Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Mateusz Matyszkowicz,
25.01.2013 17:30

Uczelnie znikają, prowincja zostaje

W Polsce znikają uczelnie wyższe. Duma liberalnych elit zadowolonych z transformacji zaczyna się chwiać. Tak kończy się tzw. polski cud edukacyjny. A konsekwencje tego procesu będą szczególnie mocno odczuwalne na polskiej prowincji.

W Polsce znikają uczelnie wyższe. Duma liberalnych elit zadowolonych z transformacji zaczyna się chwiać. Tak kończy się tzw. polski cud edukacyjny. A konsekwencje tego procesu będą szczególnie mocno odczuwalne na polskiej prowincji.

Jak podaje „Dziennik Gazeta Prawna", co roku ubywa 100 tys. studentów. Wśród 460 uczelni 26 właśnie poddanych zostało procesowi likwidacji. Wiele z nich stoi na skraju bankructwa. Uczelnie albo znikają całkowicie, albo łączą się z innymi. Ubywa oddziałów zamiejscowych. Skończyły się czasy, gdy założenie uczelni kształcącej marketingowców, socjologów i masażystów stanowiło znakomity biznes.

Ten proces może być prawie niezauważalny w wielkich miastach, w których działają prestiżowe uniwersytety i największe uczelnie prywatne. Jest za to bolesny dla mieszkańców mniejszych miejscowości, z których znikają miejsca pracy, młodzi ludzie i efektowne szyldy.

Fikcyjny cud

Przez ostatnie lata masowe powstawanie małych uczelni prywatnych i publicznych było nazywane polskim cudem edukacyjnym. W 1989 r. zaledwie 7 proc. Polaków miało wyższe wykształcenie. W ostatnich latach na studia szła połowa maturzystów.
Większość z nich studiowała w fatalnych warunkach. Absurdalne masowe kierunki, bez indywidualnego kontaktu studentów z wykładowcami, którzy pracują na wielu etatach. Pracując na wielu etatach, nie prowadzą badań. Nie badając, nie rozwijają ani nauki, ani siebie, ani studentów. To wszystko prawda. Wspomniany cud był po części fikcyjny.

Prawdą jest także, że w ostatnich latach wykształcono zbyt wielu dziennikarzy, socjologów i politologów. Większość z nich tak naprawdę nie zdobyła żadnego zawodu ani umiejętności. Jedyne, co im pozostało, to dyplom. A za tym dyplomem stoi wiedza mniejsza niż przedwojennego maturzysty.

Kolejny problem jest związany z brakiem umiejętności wieloletniego planowania. Kiedy powstawały kolejne uczelnie, które miały edukować pokolenie wyżu demograficznego z pierwszej połowy lat 80., mało myślano, że po nich zacznie się niż. Po prostu powstawały uczelnie. Najczęściej w wynajętych budynkach, bez kampusów i bez żadnych szans na uczelniane życie. Inwestycja w uczelnie miała charakter krótkoterminowy, jak uruchomienie linii do produkcji modnego rodzaju chipsów.

Ceną masowego wykształcenia III RP jest to, że prawie całe pokolenie zostało pozbawione doświadczenia nazywanego „życiem studenckim". I wcale nie chodzi tu o wielogodzinne picie w knajpach, ale o wspólnotę studiujących, dzielących się pasją i wchodzących w świat swoich mistrzów.

Stracona szansa

Wysyp uczelni niepublicznych w mniejszych miejscowościach spowodował wprawdzie obniżenie poziomu szkolnictwa wyższego, ale z drugiej strony wzmocnił peryferie. To jeden z nielicznych przypadków faktycznej decentralizacji w Polsce ostatnich lat. Problemem kraju jest bowiem nadmierne wzmocnienie Warszawy i innych metropolii. To w nich koncentruje się życie gospodarcze, tam emigrują młodzi, wyludniając prowincję, tam wreszcie powstaje kultura. Niewielkie ośrodki akademickie w oddalony od stolicy miejscowościach, dawały szansę na odwrócenie lub skorygowanie tego trendu. Młodzi nie musieli już wyjeżdżać na studia, a pracownicy uczelni mogli zacząć animować lokalne elity. Wszystkim wyszłoby to na dobre. Ten potencjał nie został jednak w pełni wykorzystany, a dziś małym uczelniom grozi zamknięcie.

W takiej sytuacji w interesie państwa powinno być dofinansowanie małych uczelni. Tę pomoc można traktować jako inwestycję w wyrównywanie szans edukacyjnych i wzmocnienie dotychczas zaniedbanych rejonów kraju. Mógłby powstać standard „małej uczelni", która wcale nie musi być drugim Oksfordem lub Harvardem. Wystarczy, że zapewni solidne wykształcenie. Przedwojenna RP niech służy za przykład. Nie tworzono wprawdzie prowincjonalnych uczelni, ale za to zbudowano system edukacyjny, dzięki któremu nawet w 50-tysięcznych miastach istniały dobre gimnazja. I maturzysta z Żywca nie musiał się wstydzić spot¬kania z abiturientem z Warszawy.

Niż, który nadszedł, jest szansą dla uniwersytetów, które uchodzą za najbardziej elitarne. Dawniej standardem były kierunki, które kończyło 20–30 absolwentów rocznie. Czasem nawet pięciu. Do tego warto powrócić. Jeśli prawo na jednej uczelni kończy 200–300 osób rocznie, a filozofię 80, to można być pewnym, że większość z tych ludzi nigdy w swoim życiu nie rozmawiała z profesorem, bo nawet egzaminy są w formie testów. Takie podejście zabija edukację, w której najważniejszy jest kontakt nieformalny i przekazywanie kultury nauki. Największe i najlepsze uniwersytety może i przekazywały wiedzę, ale nie były zdolne do reprodukowania kultury akademickiej.

Profesor, który ma tak wielu studentów, nie wciągnie ich zawczasu w swoje projekty badawcze. Ba, najczęściej nawet nie ma kiedy ich prowadzić.

Elita w Koziej Wólce

W lidze elitarnych uczelni z pewnością powinny się znaleźć te z najdłuższą i najpiękniejszą tradycją, ale dlaczego nie pomyśleć też o inwestycji poza metropoliami. Najsłynniejsze uniwersytety świata zlokalizowane są poza dużymi miastami, co sprzyja budowaniu zwartych kampusów, które służą integracji i kulturze uniwersytetu. Dlaczego w pierwszej dziesiątce najlepszych polskich uniwersytetów nie mogłaby się znaleźć uczelnia z Rzeszowa czy Suwałk? Albo z Koziej Wólki? Że niby to śmieszne? Czas odrzucić prowincjonalne kompleksy. Studiowanie w Suwałkach może być bardzo atrakcyjne. Lasy, jeziora, uroczy kampus. Potrzebna jest tylko inwestycja, dzięki której powstałaby odpowiednia infrastruktura i zespół naukowców.

Na koniec trudno nie wspomnieć o sprawie najważniejszej. Polska należy do tych krajów europejskich, które najmniej inwestują w naukę i szkolnictwo. Ktoś powie, że boom edukacyjny jest dziełem przypadku. Wcale nie. Dokonał się dzięki – nie zawsze uzasadnionej – wierze rodziców, że opłacenie czesnego jest najlepszą inwestycją we własne dzieci. To oni ponieśli koszt edukacyjnej transformacji. I teraz oni zostaną na lodzie. W Koziej Wólce i w Suwałkach. Warszawa sobie poradzi.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane