Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Media

O represjach władzy wobec mediów usłyszano w Europarlamencie! Relacja Tomasza Sakiewicza w Strasburgu

- To była największa tego typu akcja po '89 roku, w której użyto kilkuset funkcjonariuszy, ale też sparaliżowano działalność Straży Pożarnej, pogotowia, ponieważ do każdej takiej akcji wysyłano bardzo wiele wozów różnego typu służb - mówił w Parlamencie Europejskim o represjach wobec dziennikarzy Telewizji Republika prezes stacji Tomasz Sakiewicz. Podczas sesji w Strasburgu dokładnie opowiedział o działaniach rządu wymierzonych w uciszenie wolnych mediów.

Sakiewicz podkreślił, że Republika jest największą telewizją informacyjną w Polsce i największą konserwatywną w Europie. Zaznaczył, że jest szefem nie tylko tej stacji, ale i grupy medialnej, w której skład wchodzi wiele mediów - m.in. "Gazeta Polska", portal "Niezalezna.pl", "Gazeta Polska Codziennie" i wskazał, że współdziała z tym największy ruch społeczny w Europie, jakim są Kluby "Gazety Polskiej".

"Ta grupa działa od ponad 30 lat, ja nią kieruję od ćwierć wieku i to, co nas spotkało w ciągu ostatnich trzech lat przypomina mi czasy, kiedy jako młody człowiek walczyłem z komunistycznym reżimem, obawiając się wejścia Służby Bezpieczeństwa, czy milicji, które tłamsiły jakiekolwiek przejawy wolności słowa. Niestety, sceny, które pamiętam z lat '80 jako bardzo młody człowiek zaczęły się w Polsce powtarzać"

– powiedział.

Republika celem władzy

Prezes Republiki przypomniał, że zaraz po przejęciu władzy przez koalicję 13 grudnia siłowo zostały przejęte media publiczne, a wielu dziennikarzy tam pracujących trafiło do związanych ze stacją mediów. - Stąd też niesamowity rozrost Telewizji Republika, ponieważ widzowie mediów publicznych - w ilości 10 milionów w wersji telewizyjnej i ośmiu milionów w wersji internetowej - przenieśli się do naszych mediów - powiedział.

Wskazał, że represje, które spadły po zmianie władzy na media publiczne, a które dokładnie dziś mają miejsce na Węgrzech (odcięto sygnał mediów publicznych), zaczęły spotykać Republikę, która jest telewizją prywatną. - Żadna partia polityczna, żadna władza nie może nam rozkazywać i tak zawsze było - tak skonstruowane są moje media. Niestety, od pierwszych dni władzy spadały na nas ogromne represje - powiedział.

Sakiewicz podkreślił, że dziennikarze zaczęli być masowo wzywani do sądów, rozpoczęły się śledztwa policyjne i prokuratorskie, a reklamodawcy stacji zaczęli być zastraszani. Powiedział też o próbach zajmowania kont współpracujących z jego mediami fundacji, ale to "ostatnie kilka tygodni przypominało scenariusze z najgorszych czasów komunistycznych, ze stanu wojennego".  Chodziło o sytuację, która miała miejsce po ogłoszeniu, że komentatorem politycznym stacji stał się - przebywający legalnie na terenie USA - Zbigniew Ziobro.

Szczyt represji

Prezes Republiki wskazał, że współpraca z politykami, jako komentatorami politycznymi, ma miejsce także w wielu innych stacjach. Ale akurat w przypadku jego stacji ta sprawa "wzbudziła szczególną reakcję władzy". Przypomniał, że już następnego dnia po ogłoszeniu współpracy z Ziobro dostał wezwanie do prokuratury. - Niby w charakterze świadka, ale z publiczną obietnicą kierownictwa ministerstwa sprawiedliwości, że zostanę postawiony w stan oskarżenia, gdyż sam fakt, że zatrudniłem byłego ministra sprawiedliwości miał być powodem oskarżenia mnie o pomoc w ucieczce - powiedział.

"Jednocześnie rozpoczęła się kilkadziesiąt godzin później przedziwna akcja. Ta akcja została nazwana akcją cyberterrorystyczną. W ciągu mniej więcej 60-80 godzin podjęto około 20 cyberataków związanych z naszymi mediami. Polegały one na tym, że do policji, lub innych instytucji państwowych zgłaszano informacje, że ktoś chce popełnić samobójstwo, albo na terenie jednej z naszych redakcji, albo na terenie mieszkania, któregoś z naszych dziennikarzy. Te ataki zostały przez samą władzę - na co mamy dowody - zostały uznane za nieprawdopodobne, czyli niegodne uwagi i takie instrukcje wysłano do części urzędników państwowych. Niestety dokładnie odwrotne instrukcje dostała policja"

– powiedział.

Przypomniał o siłowych wejściach policjantów do mieszkań dziennikarzy i przeprowadzania przez nich rewizji bez jakichkolwiek nakazów. - Najbardziej drastyczna sytuacja miała miejsce w moim domu, który jest też biurem, gdzie policja siłą wtargnęła, odmawiając legitymowania, bez właściwych oznakowań. Została zakuta i uprowadzona moja asystentka. Porzucili ją dopiero na środku ulicy, uciekając. Była to akcja ewidentnie represyjna. Udało się nagrać tych funkcjonariuszy - powiedział.

"Zachętę do tego publicznie głosił sam minister spraw wewnętrznych, który twierdził, że tak należy reagować na cyberatak i za każdym razem, gdy będzie zgłoszony cyberatak, tak będą reagować. Oznaczało to, że każdy, kto wyśle jakikolwiek mail z cyberatakiem spowoduje siłowe wejście do mieszkań naszych dziennikarzy. Chodziło o kluczowych dziennikarzy Telewizji Republika, chodziło też o redakcję, próbę sparaliżowania, być może też wyłączenia sygnału [...] Były też daleko idące groźby wyciągania konsekwencji w tej sprawie, że rzekomo przeszkadzamy w walce z cyberterroryzmem. Dzisiaj nie są ścigani tak naprawdę policjanci za to, że złamali prawo, tylko na przykład moja asystentka za to, że skuta kajdankami z tyłu nie pokazała dowodu osobistego[...]"

– powiedział i dodał, że zachętę do takich akcji nieustannie było słychać z mediów "kontrolowanych przez władzę".

Wskazał, że akcja została przerwana dopiero po wzroście oburzenia opinii publicznej, ale podobne działania były później prowadzone wobec prezydenta Karola Nawrockiego (wtargnięcie do mieszkania rodzinnego), prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego oraz szefa BBN Sławomira Cenckiewicza.  

"To byłą największa tego typu akcja po '89 roku, w której użyto kilkuset funkcjonariuszy, ale też sparaliżowano działalność Straży Pożarnej, pogotowia, ponieważ do każdej takiej akcji wysyłano bardzo wiele wozów różnego typu służb i, jak się okazało, algorytm działania, który przyjęto na kilkadziesiąt godzin, został odwołany po akcji w moim domu - dlatego, że oburzenie opinii publicznej było tak ogromne [...] Zresztą przedstawiciel komunistycznych służb specjalnych - zaprzyjaźniony z rodziną obecnego Ministra Spraw Wewnętrznych - przyszedł i poinformował mnie, że akcja została odwołana tylko żebyśmy już nie nagłaśniali tego. Oczywiście nie zamierza nie nagłaśniać, będę o tym mówił, co się wydarzyło. Mieliśmy do czynienia z czymś, co się zdarza na Białorusi, w Rosji, ale nie zdarza się w demokratycznych krajach"

– podkreślił.

Przypominał też, że niedługo później doszło do aresztowania red. Leszka Kraskowskiego, który "tropił człowieka zaangażowanego w akcję wobec Republiki, ponieważ cała część dezinformacyjna była podporządkowana Romanowi Giertychowi". - To jest były skrajny nacjonalista, który dzisiaj jest prawą ręką Donalda Tuska i reprezentuje partię, ugrupowania liberalna lewicowe, zwolennik Rosji, przeciwnik współpracy z zachodem, a obecnie człowiek, który jest do brudnej medialnej roboty w tej ekipie, zajmuje się przede wszystkim niszczeniem wizerunku przeciwników politycznych tego rządu, ale także ma nieformalny wpływ na prokuraturę i sądy [...] - powiedział.

Źródło: niezalezna.pl

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Media