Gdy w ciągu jednej doby COVID-19 pochłonął ponad 700 ludzkich istnień, największe gwiazdy Onetu i politycy Koalicji Obywatelskiej wytykali Andrzejowi Dudzie rzekomo źle podłączony telefon stacjonarny w trakcie rozmowy głowy państwa z królem Jordanii.
„Afera kabelkowa”, czyli jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów
Zdjęcie Kancelarii Prezydenta obiegło media społecznościowe, ale mimo że kabel był widoczny na drugim planie, rozpoczęto tradycyjną jatkę. „Był kabel czy go nie było?” – dopytywała Katarzyna Lubnauer, wyraźnie szczęśliwa, że przyłapała Andrzeja Dudę na „kompromitacji”. „Ręce opadają. Ta seria ostatnich wpadek wygląda na świadomy sabotaż wobec głowy państwa” – grzmiał Michał Kobosko, główny strateg Polski 2050 Szymona Hołowni. Wpis na Twitterze wisi w najlepsze nadal, choć praktycznie wszyscy w sieci zorientowali się, że telefon został prawidłowo podłączony.
Niestety, trop podjęli również dziennikarze, wystawiając nie najlepsze świadectwo branży. „Dawno się tak nie uśmiałam. A mówią, że prezydent Andrzej Duda nie robi nic dla obywateli w smutnym czasie pandemii. Tak, wiem, że to »zdjęcie ilustracyjne«. Ale mimo wszystko zabawne” – kpiła Bianka Mikołajewska z Oko.press. Na nic dementi ze strony Kancelarii Prezydenta, a nawet zdjęcia przedstawiające zbliżenia owego aparatu telefonicznego. Kamil Dziubka uznał, że urzędnicy tak czy owak kłamią, „zamiast przyznać się do błędu”, i podzielił się ze światem instrukcją obsługi telefonu.
Na tym jednak nie koniec. Napisany w pocie czoła artykuł o konstrukcji urządzenia udostępnił naczelny Onet.pl Bartosz Węglarczyk. Gdy okazało się, że afera jest wydumana, przeprosili Andrzeja Dudę m.in. Dziubka czy Wojciech Szacki. Inni w popłochu kasowali swoje tweety, nie wracając już do sprawy. Gdyby nie była dęta, zapewne zalewaliby jak zwykle internet prześmiewczymi memami i merytorycznymi inaczej uwagami. Jeden wytrwały dziennikarz na froncie nie dał za wygraną. W myśl zasady, że jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów, Węglarczyk podzielił się uwagą dotyczącą – najwyraźniej – czytelników Onetu. „Najśmieszniejsze w tych głupich atakach na tekst Onetu o telefonie PAD jest to, że głupi autorzy tych ataków nie przeczytali tekstu, bo ten wyjaśnia, że telefon był podpięty. Jednocześnie dziękuję tym głupcom za budowanie mi zasięgów” – napisał. Sęk w tym, że kolega z redakcji jakoś przeprosił za udostępnianie fake’a. Czy też jest według Węglarczyka „głupcem”? Tak prozaiczna sprawa, jak telefon prezydenta Dudy, została podniesiona do rangi sprawy państwowej. Nie chodziło o to, by rzeczywiście zwrócić uwagę na ważny szczegół, a z premedytacją ośmieszyć „Adriana” i „wykonawcę poleceń” Jarosława Kaczyńskiego. To było przecież tak zabawne, jak zdalne wywiady dziennikarzy Onetu przeprowadzane w czasie pandemii – nie wiadomo w jakim celu – w samochodzie.
„Afera Lewandowskiego”, czyli od tego prezydenta orderów nie przyjmujemy
Nie po raz pierwszy w ostatnich miesiącach Andrzej Duda otrzymuje ostre cięgi za to, że ktoś sobie coś wymyślił albo ma umysł zaczadzony polityczną wojenką. Warto przypomnieć o odznaczeniu państwowym dla Roberta Lewandowskiego. Piłkarz Bayernu Monachium został uhonorowany Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne osiągnięcia sportowe i za promowanie Polski na arenie międzynarodowej”.
Wydawało się, że to całkiem sensowny i niebudzący żadnych kontrowersji pomysł ze strony głowy państwa.
Właśnie – wydawało się. Nie ma w tej chwili lepszego ambasadora Polski na świecie od Lewandowskiego, wybranego niedawno na najlepszego piłkarza świata. Pech chciał, że zawodnik odebrał odznaczenie z rąk „tego” prezydenta, uosabiającego wszystkie „pisowskie koszmary”. Oprócz lewicowych aktywistek, Magdaleny Środy i Klaudii Jachiry, najmocniej obruszyła się Iwona Hartwich, która wypaliła pod adresem sportowca: „Nigdy nie przyjęłabym odznaczenia z rąk Andrzeja Dudy”. Lewandowski stał się nagle zwykłym kopaczem okrągłej szmaty, zarabiającym zbyt dużo krezusem, a co gorsza, być może niezidentyfikowanym wyborcą PiS, zatem nie zasługuje na szacunek. Podkreślę: tylko dlatego, że został doceniony nie przez Andrzeja Dudę jako osobę, a najważniejszy urząd w państwie. Mowa o geście, który powinien zostać przyjęty bezdyskusyjnie, jako coś ponad podziałami.
W tych nagłych, pompatycznych deklaracjach opozycja i jej zwolennicy zapominają o jednym: Andrzej Duda wygrał wybory, a PiS nadal jest liderem w sondażach, mimo pogarszającej się sytuacji pandemicznej, świątecznej wpadki z udostępnieniem szczepień dla 40-latków i kryzysów w koalicji. Co zatem się dzieje?
A byłoby co wytknąć Andrzejowi Dudzie
Mało który polityk krytykuje prezydenta i obóz władzy merytorycznie. Od pierwszego zaprzysiężenia przypięto Dudzie łatkę „długopisu prezesa”, a przecież brak samodzielności – a raczej unikania dążenia do ponadpartyjnej prezydentury – da się merytorycznie przedstawić.
Andrzej Duda nie był w stanie pozbyć się Jacka Kurskiego z fotela prezesa TVP, mimo że w ubiegłym roku uzależnił podpisanie ustawy o rekompensacie dla mediów publicznych od tego, kto będzie szefem telewizji. Po kilku miesiącach Kurski triumfalnie powrócił na Woronicza, dziś prezydent sprawia wrażenie, że zapomniał całkowicie o tamtym ultimatum.
Trybunał Konstytucyjny orzekł ws. aborcji, a otoczenie prezydenta, bez konsultacji z partią rządzącą, przedstawiło swój projekt, łagodzący wyrok. Według Andrzeja Dudy powinna ostać się przesłanka usuwania ciąży w przypadku niezaprzeczalnych wad letalnych, gdy lekarze są pewni śmierci dziecka w trakcie lub tuż po porodzie. I co? Projekt został wyrzucony do kosza, nie zadowolił ani obrońców życia poczętego, ani protestujących spod znaku pioruna, a głowa państwa też do niego nie wraca.
W kampanii wyborczej prezydent często odwiedzał szpitale i magazyny ze sprzętem medycznym. Za to był zresztą absurdalnie atakowany, mówiono, że urządza sobie „niepotrzebne wycieczki” w czasie pandemii. Prezydent nie uzdrowi służby zdrowia, nie jest w stanie też uchronić przed zakażeniem ludzi, szczególnie tych, którzy nic nie robią sobie z sytuacji zdrowotnej na świecie. Może jednak wesprzeć słowem, częściej dziękować medykom, zachęcać do szczepień.
Aktywność prezydenta wygląda tak, jakby całą energię poświęcił na intensywną kampanię wyborczą i objazd po kraju, a po reelekcji ją nagle stracił. Jest wycofany, a przecież dysponuje ogromnym potencjałem – ponad 10 mln głosów, nadal jest liderem w sondażach zaufania. Polityk tak popularny mógłby kiedyś zostać naturalnym następcą Jarosława Kaczyńskiego albo jedną z najważniejszych postaci w obozie PiS. Pytanie, czy tego chce sam Andrzej Duda, bo na razie nie wiadomo nic o jego postprezydenckich aspiracjach.
Na finiszu pełnienia najważniejszej funkcji w państwie lokator Pałacu Prezydenckiego będzie miał dopiero 52 lata. To zbyt młody wiek na polityczną emeryturę i tym bardziej zwycięzca ubiegłorocznych wyborów nie powinien kontentować się spoczynkiem na laurach. Hejt ze strony opozycji i burze w szklance wody to jedno, ale z drugiej strony niebezpieczne jest stwarzanie pozorów, jakoby Andrzej Duda już nic nie musiał, bo wywalczył reelekcję w skrajnie niekorzystnych warunkach. Czasu ma jeszcze sporo do końca kadencji, by wrócić do gry.