Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Tomasz Teluk,
17.12.2020 18:00

Trudny sąsiad

Stwierdzenie, że relacje z Niemcami są dla Polski wyjątkowo istotne, jest banałem. To nie tylko największy partner handlowy spośród krajów Unii, lecz także kluczowy gracz na polu politycznym. I to jego siła sprawia, że zmiana relacji z podległości i posłuszeństwa za czasów przywództwa Donalda Tuska do partnerstwa nie przebiega bez perturbacji.

Prezydencja niemiecka postawiła sobie za cel powiązanie kolejnego budżetu UE z kwestiami praworządności, do czego konsekwentnie namawiała totalna opozycja. Jest to nie tylko efekt bardzo dobrych stosunków Koalicji Obywatelskiej z Niemcami, lecz także współpraca ugrupowania w ramach Europejskiej Partii Ludowej. Koledzy zza Odry wszystkimi sposobami od kilku lat starają się pomóc politykom Platformy Obywatelskiej w odzyskaniu władzy. Zostawili przecież nad Wisłą dobrze prosperujące biznesy, które obecnie stały się zagrożone.

Rozgrywki wokół budżetu

Niemcy początkowo grali twardo, uzależniając wypłatę środków unijnych w kolejnym budżecie od porzucenia reformy wymiaru sprawiedliwości. Berlinowi jest nie w smak wschodni sąsiad silący się na autonomię. Wcześniej Polska storpedowała niejeden pomysł gabinetu Angeli Merkel, choćby przymus przyjęcia bez żadnej kontroli imigrantów ekonomicznych z krajów arabskich.

Niemieccy politycy straszyli Polaków odebraniem należnych funduszy. Niemiecka wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego Katarina Barley posunęła się nawet do bardzo szczerego stwierdzenia. „Państwa takie jak Polska i Węgry trzeba finansowo zagłodzić. Dotacje unijne stanowią bowiem skuteczną dźwignię” – powiedziała.

Naturalnie, długoterminowo nie chodzi tylko o odsunięcie od władzy Prawa i Sprawiedliwości i powrót do starych, dobrych czasów PO. Zachodowi zależy też na złamaniu oporu Polaków wobec rewolucji społecznej. Po kapitulacji Irlandii Polska jest jedynym dużym krajem UE z zakazem aborcji i brakiem perspektyw na legalizację związków homoseksualnych. To zadra w oku unijnych postępowców, którzy wszystkimi sposobami starają się zmiękczyć Polskę. Stąd konsekwentna nagonka na katolickich księży i przedstawianie ich jako głównych sprawców przestępstw seksualnych, a także inspirowane z zewnątrz strajki kobiet.

Czy teza o wszechwładzy Niemiec w Unii Europejskiej jest przesadzona? Bynajmniej. Potwierdza to główny negocjator Grecji z UE w czasie, gdy Grekom groziło bankructwo, Yanis Varoufakis. W głośnej książce „Porozmawiajmy jak dorośli. Jak walczyłem z europejskimi elitami” stwierdził wprost: w Unii Europejskiej o wszystkim decydują Niemcy. Reszta jest spektaklem dla mediów. Nic nie dzieje się bez zgody Berlina.

Nierozliczona historia

Tymczasem nad wzajemnymi stosunkami polsko-niemieckimi wciąż wisi nierozliczona historia. Niemcy wciąż nie podjęły tematu należnych Polsce reparacji wojennych, które nasz kraj wylicza na gigantyczną kwotę nawet biliona dolarów. Zamiast tego Berlin wydelegował do Warszawy ambasadora związanego ze służbami, Arndta Freytaga von Loringhovena, którego ojciec – Bernd – był oficerem wermachtu w stopniu majora i adiutantem samego Adolfa Hitlera. Oczywiście dzieci nie odpowiadają za grzechy ojców, ale widać wyraźnie, że celem tej nominacji było zaostrzenie wzajemnych relacji. Świadczy o tym niedawna wypowiedź ambasadora z okazji procesu norymberskiego. „Dokładnie 75 lat temu rozpoczął się proces norymberski.

Przed sądem stanęli mężczyźni odpowiedzialni za najohydniejsze zbrodnie w historii. A mimo to sędziowie umożliwili im sprawiedliwy proces. Był to triumf cywilizacji nad barbarzyństwem” – napisał na Twitterze Arndt Freytag von Loringhoven, powielając wpis szefa niemieckiego MSZ Heiko Maasa. Słowo „mężczyźni” jest tutaj bardzo czytelną prowokacją.

Niemniej w Berlinie sprawy postrzega się inaczej. Konserwatywny „Die Welt” pisze o kampanii nienawiści wobec ambasadora RFN w Warszawie. „Jeszcze nigdy praca niemieckiego ambasadora w Warszawie nie była tak ciężka” – komentował dziennik. Fakty są jednak takie, że Niemcy starają się nie tylko ingerować w to, co dzieje się w Polsce, ale mają tendencje do narzucania swojej polityki jako jedynej korzystnej. W ostatnich tygodniach na polu opinii publicznej bardzo wyraźnie zarysował się sojusz na linii Berlin–opozycja.
Niemcy byli bardzo aktywni podczas kampanii prezydenckiej przeciwko reelekcji Andrzeja Dudy. Niemieckie organizacje pozarządowe konsekwentnie opowiadają się przeciwko interesom Polski, np. demonstrując sprzeciw wobec przekopu Mierzei Wiślanej lub domagając się zamknięcia rodzimych kopalni. Tutaj najbardziej aktywny jest Greenpeace. Do Polski na demonstracje antyrządowe przedostawały się także niemieckie bojówki anarchistycznej Antify. Szerokim strumieniem płyną pieniądze dla tęczowych aktywistów LGBT.

Narzucanie polityki

Narzucanie swojej polityki najbardziej widoczne jest w polityce energetycznej. Zielony Ład pod dyktando Niemiec w zasadzie skazał na zagładę polskie kopalnie, mimo że za zachodnią granicą wciąż wycina się lasy pod nowe elektrownie oparte na spalaniu węgla brunatnego. Ideałem Berlina jest uzależnienie naszego kraju od kupowania nowoczesnych technologii za granicą. Widać to doskonale np. nie tylko na rynku energetycznym, lecz także w motoryzacji. Berlin kontynuuje wspieranie antypolskiej polityki energetycznej UE, nie ustępując w sprawie kontynuacji projektu Nord Stream 2.

Niemcy przyzwyczaili się, że mają nad Wisłą dominującą pozycję, także poprzez swoje kanały propagandowe. W szczytowym momencie kontrolowali ponad 80 proc. mediów w Polsce za pomocą portali internetowych, tygodników opinii czy prasy regionalnej. Dlatego niechętnie przyjęli proces repolonizacji mediów i ostatnie przejęcie przez PKN Orlen firmy Polska Press, głównego właściciela dzienników i tygodników w wielu częściach kraju. Polska Press wydaje ponad 150 tytułów i posiada grupę blisko 17,5 mln odbiorców. Z pewnością zmienią one narrację z ciągłego podgrzewania antyrządowych nastrojów na rzecz zrównoważonej debaty publicznej.

Niemieckie media, podobnie jak media sprzyjające opozycji w Polsce, nie są w pełni zadowolone z kompromisu unijnego wokół budżetu. Traktują ów fakt jako oczywisty sukces Berlina, jednakże porażką jest sytuacja, w której nie udało się zmusić Węgier i Polski do uległości. Pierwotny zamysł, aby powiązać kwestie praworządności z funduszami, upadł. Obecnie mają być karane tylko kwestie nieprawidłowości w związku z ich wykorzystaniem, a więc coś, na co chyba wszystkie strony sporu godziły się bez konieczności dodatkowych uzgodnień. Niemcom ciąży zwycięstwo polskich negocjatorów pod wodzą premiera Mateusza Morawieckiego. Według „Der Spiegel” mechanizm hamujący reformy w obu krajach członkowskich został „utrącony”. „Naruszenia praworządności mają być karane tylko wtedy, gdy mają wpływ na wykorzystanie funduszy UE. Pomijane są inne naruszenia podstawowych wartości, takie jak ograniczenie wolności mediów i wolności słowa lub ucisk mniejszości” – wyjaśniła gazeta.

Warszawa zmienia kurs wobec Berlina. Partnerstwo i traktowanie na równych zasadach staje się nie sloganem, lecz faktem. Kolejnym obszarem, w którym siły sąsiada muszą się równoważyć, jest polityka klimatyczna. Zielona transformacja stała się faktem. Do uzgodnienia pozostały szczegółowe warunki oraz akceptacja, aby Polska dążyła do zmian w swoim tempie i przy wsparciu europejskich środków. Na ostatnim szczycie uzgodniono ramy porozumienia, według którego Polska może liczyć na 230 mld euro wsparcia.  

Autor jest założycielem i dyrektorem Instytutu Globalizacji (www.globalizacja.org)
 

 

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane