To był jeden z najbardziej nerwowych tygodni w obozie Zjednoczonej Prawicy. Gdy Mateusz Morawiecki i Viktor Orbán w porozumieniu z Jarosławem Kaczyńskim wypracowali odpowiedź na niemieckie propozycje wokół powiązania Funduszu Odbudowy z praworządnością, wewnątrz polskiego rządu pogłębiał się kryzys.
Napięta sytuacja wewnątrz koalicji
W sytuacji, w której premier mógł wrócić z Brukseli na tarczy, Zbigniew Ziobro prowadził swoją grę, naciskając na weto. Dla liberalnej opinii publicznej to coś nie do pomyślenia, by Warszawa mogła cokolwiek w Unii zablokować. Ale to też jedna strona medalu. Bo druga jest taka, że na szali było 770 mld euro i kluczowy konsensus wokół transformacji klimatycznej.
Rząd musiał mówić jednym głosem, tymczasem słychać było aż trzy różne. Morawiecki i Kaczyński krytykowali dyktat unijny, ostrzegając, że ewentualne zablokowanie funduszy unijnych będzie miało wysoce uznaniowy charakter, a propozycja niemieckiej prezydencji łamie traktaty unijne. Do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy delegacje polska i węgierska użyją weta. Jarosław Gowin apelował o jak najszybsze osiągnięcie porozumienia. Skądinąd słusznie zauważył, że mimo weta najsilniejsi gracze w Unii w końcu doprowadzą do niebezpiecznego precedensu i przeforsują antytraktatowe zapisy wbrew stanowisku Morawieckiego i Orbána. W rezultacie Polska i Węgry straciłyby pieniądze, które są niezbędne do odbudowy gospodarek po pandemii koronawirusa. – Weto nic by nie dało – przekonywał lider Porozumienia.
Zbigniew Ziobro prowadził natomiast własną politykę, zgodnie z którą należy podtrzymać rewolucyjne nastroje w elektoracie prawicowym i podkopać pozycję szefa rządu. Coraz więcej wskazuje na to, że konflikt premiera i ministra sprawiedliwości w końcu eksploduje.
Już we wrześniu Zjednoczona Prawica była na skraju rozpadu – Jarosław Kaczyński opisał dosadnie relacje z Solidarną Polską, porównując ją do „ogona machającego psem”. Obóz ziobrystów prowadził latem i wczesną jesienią własną politykę zagraniczną – zapowiedział wycofanie się z konwencji stambulskiej, a także krajową, wchodząc w spór światopoglądowy ze społecznością LGBT. Zawarcie nowej umowy koalicyjnej miało w teorii uspokoić nastroje wewnątrz rządu. I to nastąpiło, ale tylko na chwilę. Gdy ogłoszono kompromis podczas unijnego szczytu, Beata Kempa uznała go za zdradę polskich interesów i oświadczyła wprost: rząd poddał suwerenność. Wiceminister aktywów państwowych Janusz Kowalski ograniczył się w komentarzu do wstawienia trzech kropek na Twitterze, wcześniej mocno przekonywał do parafrazy słów Jana Rokity: „weto albo śmierć”.
Dlaczego jednak Solidarna Polska chce nadal trwać w rządzie, który okazał się – jak to ująłby Ziobro – „miękiszonem”? W tajnym głosowaniu 12 posłów tego ugrupowania opowiedziało się za dalszą współpracą w ramach Zjednoczonej Prawicy, 8 wyraziło sprzeciw. Kolejny raz padły też bardzo ostre słowa, jednak efekt awantury był taki, jak na załączonym obrazku: Solidarna Polska podwinęła „ogon”, którym zamierzała machać obozem rządzącym. Napięta sytuacja wewnątrz koalicji to zresztą najpoważniejszy w tej chwili problem Mateusza Morawieckiego.
Znaczenie konkluzji
Dobrze się stało, że wynegocjowano konkluzje, ograniczające zastosowanie mechanizmu zablokowania funduszy do malwersacji finansowych. Diabeł tkwi w szczegółach, czyli w tym, czy Komisja Europejska zamierza brać pod uwagę ów dokument. Według Solidarnej Polski konkluzje nie stanowią stosowanego prawa w Unii Europejskiej. Podobnie opis problemu przedstawia wielu specjalistów z zakresu unijnego prawa. Jeśli tak by było, po co w ogóle ustalono wspólne konkluzje? Tylko po to, by uniknąć weta?
Komisja Europejska oświadczyła, że ustalenia ze szczytu unijnego są obowiązujące. Komisja przyjmuje do wiadomości konkluzje Rady Europejskiej z 10–11 grudnia 2020 r. dotyczące projektu rozporządzenia w sprawie ogólnego systemu uwarunkowań ochrony budżetu Unii. Potwierdza rozumienie Rady Europejskiej, że Komisja, stosując rozporządzenie, jest związana zapisami, o których mowa w ust. 2 konkluzji z 10–11 grudnia 2020 r., w zakresie, w jakim wchodzą one w zakres jej obowiązków, zgodnie z traktatami – oświadczono.
– To są bardzo precyzyjne zapisy, szczegółowe: eliminujące dowolność w stosowaniu reguły praworządności. Generalna zasada: tzw. ogólne nieprawidłowości, niedociągnięcia nie mogą być powodem użycia rozporządzenia. Musi być konkret, związany np. z korupcją. Ale nawet samo stwierdzenie naruszenia nie może służyć za podstawę uruchomienia mechanizmu sankcyjnego. To są bardzo mocne sformułowania. A Rada Europejska nie zgodzi się, by łamano jej własne postanowienia. Konkluzje mogą być zmienione tylko przez konkluzje. Czyli jednomyślnie – tłumaczył premier Morawiecki.
Pewne jest, że jeśli w ciągu dwóch lat – gdy będą wypłacane środki z Funduszu Odbudowy – Komisja Europejska nie uruchomi mechanizmu powiązania pieniędzy z praworządnością, czyli np. z reformą sądownictwa, rząd Morawieckiego odniesie sukces. Czas pokaże.
Igranie z przyszłością całych narodów
Niemal wszyscy komentatorzy w trakcie unijnego szczytu i tuż po nim analizowali, kto kogo ograł, komu przyznać tytuł mistrza dyplomacji i co Polska może ugrać. Opozycja i część mediów wręcz dałyby się pokroić za przyjęcie mechanizmu uzależnienia środków unijnych od oceny stanu praworządności.
Fundusz Odbudowy w formie przede wszystkim dotacji będzie jednak ogromną pomocą dla pracowników, przedsiębiorców, systemów ochrony zdrowia, nauki. Załóżmy nawet przez chwilę, że europoseł Guy Verhofstadt i komisarz Věra Jourová mają rację. Dlaczego odpowiedzialność za sposób sprawowania władzy przez „niepraworządne” władze mają ponosić zwykli ludzie? Jakiekolwiek obwarowania wokół koronawirusa, który przyczynia się do śmierci, są zwyczajną gangsterką i szalbierstwem. Igraniem z naszym zdrowiem i przyszłością. To nie Polska i Węgry wywołały pandemię. Cały świat został okłamany w żywe oczy przez Chińczyków rok temu, że nic nam nie grozi, a teraz solidarnie ponosimy skutki tamtego kłamstwa.
Te pieniądze należą się nam bez względu na to, kto rządzi i w jaki sposób reformuje instytucje państwa. Każda władza kiedyś przeminie – ukaranie narodów w sytuacji, gdy zegar niebezpiecznie tyka, a wraz z kryzysem zdrowotnym chwieje się gospodarka, jest podłą grą obliczoną na osiągnięcie politycznych celów. Skoro elity unijne tego nie rozumieją, praktycznie nikt głośno nie protestuje, to oznacza, że nie są one już w stanie wyciągnąć wniosków z jakiegokolwiek kryzysu.
To z kolei woda na młyn antyunijnych partii na całym kontynencie. Warto w tym miejscu zacytować byłego dyplomatę, publicystę i krytyka rządów PiS Witolda Jurasza. „Przeciwnicy PiS, którzy są entuzjastami powiązania wypłat środków unijnych z przestrzeganiem zasad praworządności, wydają się zapominać, że UE nie chce jedynie »ukarać« PiS Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry, ale tylnymi drzwiami wprowadzić mechanizm, którego nie ma w traktatach, narusza suwerenność (a ta jest wartością). I jest tak ogólnie zapisany, że równie dobrze można za kilka lat użyć go w zupełnie innej sytuacji” – napisał w punkt.
Płonne są jednak nadzieje, że w plemiennej wojnie nawet 770 mld zł ma jakiekolwiek znaczenie, o wartościach już nie wspominając. Chodzi tylko o to, by dokopać PiS.