Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,​Grzegorz Wszołek,
28.04.2021 14:00

Koalicja bezalternatywna

Zjednoczona Prawica znalazła się na poważnym wirażu, choć niedzielne spotkanie liderów partii koalicyjnych ma podziałać uspokajająco przede wszystkim na wyborców obozu rządzącego. Czy większość sejmowa przetrwa do 2023 r.? Innej alternatywy w newralgicznym okresie pandemii i tak nie ma, wbrew zaklęciom czołowych ideologów opozycji.

Koalicja przetrwa, porozumienie – na razie ustne – zostało zawarte, jedziemy dalej – oznajmił w poniedziałek szef Komitetu Wykonawczego PiS Krzysztof Sobolewski. Identyczny w treści wpis na Twitterze zamieścił też rzecznik Porozumienia Jarosława Gowina, Jan Strzeżek.

Ziobro oddala się od Zjednoczonej Prawicy

Co ciekawe, żadne zapewnienie nie padło z ust przedstawicieli Solidarnej Polski, co uwypukla tylko kryzys na prawicy. Zbigniew Ziobro zdaje sobie sprawę, że jego totalna krytyka poczynań premiera Mateusza Morawieckiego, a momentami – jak niedawno w wywiadzie dla tygodnika „Sieci” – podważanie przywództwa Jarosława Kaczyńskiego oddala go znacząco od list PiS w najbliższych wyborach. To już w zasadzie jest pewne: ludzie Solidarnej Polski nie znajdą się na wspólnych listach, obojętnie, czy głosowanie odbyłoby się w tym roku, czy zgodnie z terminem.

Wątpliwe też, by taką szansę otrzymali gowinowcy, ale z pewnością ich akcje stoją niebotycznie wyżej od ziobrystów. Dla wicepremiera i lidera partii rządzącej papierkiem lakmusowym będzie głosowanie wokół Funduszu Odbudowy. Ponad 700 mld zł dla Polski na rewolucję gospodarczą, cyfryzację i inwestycje jest kluczowe dla przetrwania koalicji, i to nawet jeśli Solidarna Polska zagłosuje przeciw. Niezwykle doświadczony na scenie politycznej Kaczyński umiejętnie przedstawia projekt unijny w stylu Jana Rokity, który wieszczył niegdyś „Nicea albo śmierć”.

Szachuje dzięki temu opozycję, która może stracić wiele w oczach wyborców, jeśli zagłosuje przeciwko jedynemu w tej chwili programowi wsparcia z Unii. Gdyby była jakaś alternatywa, sprzeciw Koalicji Obywatelskiej byłby do przełknięcia, ale takowej nie ma. Nieoficjalnie spora grupa posłów opozycji zastanawia się, czy nie wstrzymać się od głosu w geście sprzeciwu wobec PiS. Jeśli głosami części KO, PSL i Lewicy (komunikaty po wtorkowych rozmowach premiera Morawieckiego z przedstawicielami Lewicy w kontekście poparcia KPO brzmią obiecująco) – bo na Konfederację PiS nie może liczyć – uda się wdrożyć Fundusz Odbudowy, wówczas Ziobro przetrwa w rządzie, nawet przy wecie Solidarnej Polski. Ale dalej, po 2023 r., będzie musiał radzić sobie już sam. A niewykluczone, że będzie to okres prosperity gospodarczej na miarę lat 2016–2020, bez Solidarnej Polski w parlamencie.

Dokąd może pójść Solidarna Polska?

Ziobryści obrali ewidentny kurs na antyunijną i narodową retorykę, która cechuje Konfederację. Stąd nie można wykluczyć takiego scenariusza, wedle którego – w wariancie nadal odległym, ale branym pod uwagę – Solidarna Polska zwiąże się z ugrupowaniem Grzegorza Brauna i Krzysztofa Bosaka.
– Ziobro zdaje sobie sprawę, że dla PiS jest spalony. Chodzi nie tylko o podważanie pozycji premiera i Funduszu Odbudowy, ale choćby inicjatywę koalicyjnego ugrupowania w rozmowach z górnikami na temat planu na wygaszanie kopalń, gdy negocjacje z ramienia rządu prowadzi wicepremier Jacek Sasin – mówi mi źródło z otoczenia Zjednoczonej Prawicy.

Ziobro w ostatnich miesiącach rzeczywiście wychodził przed szereg kilka razy. Zapowiedział wycofanie Polski z konwencji stambulskiej, choć z nikim tego kroku nie konsultował. Nowy Ład to dla ziobrystów zdrada interesów narodowych, a pozycja negocjacyjna Morawieckiego była podważana przez koalicjanta już w czasie rokowań na temat unijnego budżetu na lata 20. po pandemii. Skutkowało to odwołaniem Janusza Kowalskiego, neofity, niegdyś wpatrzonego w Donalda Tuska jak w obrazek, a potem jednego z najwierniejszych druhów Ziobry i krytyków Platformy Obywatelskiej. Odwołanie go z funkcji wiceministra aktywów państwowych mocno rozsierdziło Solidarną Polskę. Mijają jednak już dwa miesiące, a poza buńczucznymi zapowiedziami rozłamu w koalicji nadal nie ma. Przyboczni ministra sprawiedliwości też mają problem z wiarygodnością: bo skoro premier Morawiecki „stchórzył” i nie zawetował unijnego budżetu, który rzekomo zrujnuje polski system prawny, jak tłumaczą, to co oni jeszcze robią w strukturach rządowych?
Odpowiedź jest prosta: Solidarna Polska nie ma alternatywy. Konfederacja jako ewentualna siła koalicyjna to daleka perspektywa, obliczona tylko na wypadek ostatecznego wypadnięcia z orbity PiS. Odejście z rządu wiązałoby się również z zakończeniem reformy sądownictwa i prokuratury przez Ziobrę, a z prozaicznych spraw także utratą kontroli w spółkach skarbu państwa.

Gowin pewniejszy

Nieco inaczej wygląda sytuacja Porozumienia, bo pomimo konfliktu między Gowinem a stronnictwem Adama Bielana to ten koalicjant akurat nie podważa strategicznych działań gabinetu Morawieckiego – choć traktuje się go w PiS jako ciało obce, niemal platformersów. Jarosław Kaczyński nadal pamięta Gowinowi zablokowanie wyborów kopertowych wiosną 2020 r., ale mieszane rozwiązanie i tak nie skutkowało zmianą lokatora Pałacu Prezydenckiego. Wtedy zresztą – tuż przed walką o reelekcję Andrzeja Dudy – doszło do największego w historii podziału Zjednoczonej Prawicy z chwilowym odejściem Gowina z rządu. Kiedy wydawało się we wrześniu, już po zwycięstwie kandydata PiS na prezydenta, że to koniec rządu w obecnej formule, a projekt koalicji dogorywa, Jarosław Kaczyński ze Zbigniewem Ziobrą i Jarosławem Gowinem jednak się porozumieli.

Ugrupowanie wicepremiera jest w o tyle gorszej sytuacji, że w razie odrzucenia polityków na listach wyborczych PiS, Porozumienie będzie zmuszone dogadać się np. z PSL. A przecież i to nie zapewni powtórki z sukcesu w 2019 r., gdy Gowin wprowadził 18 posłów do Sejmu. Poniekąd kierownictwo PiS również odpowiada za rozprężenie koalicjantów – zgoda, nie byłoby ich prawdopodobnie w parlamencie, gdyby nie szyld z orzełkiem i trzema literami na karcie wyborczej. Tyle że ktoś zaproponował Solidarnej Polsce i Porozumieniu miejsca biorące, prawdopodobnie licząc na ich niepowodzenie kosztem swoich kandydatów, a jeśli nawet, to na zachowanie pełnej lojalności. Oliwy do ognia dolewa co jakiś czas marszałek Ryszard Terlecki: zagroził, że najchętniej wyrzuciłby mniejsze partie z rządu w trakcie nieprawdopodobnego kryzysu zdrowotnego podczas trzeciej fali pandemii. Innym razem obrazowo przedstawił sytuację w koalicji, porównując ziobrystów do ogona, który merda psem – czyli w domyśle PiS. Z pewnością interesujące dla dziennikarzy bon moty nie okazały się lekarstwem na napięcia w Zjednoczonej Prawicy.

Czas na odbudowę Polski po pandemii

Jeśli jakimś cudem dojdzie do rozłamu, a rząd z dnia na dzień straci większość, to wszystkie trzy partie stracą życiową szansę. Mimo sześciu lat rządów nadal obóz pod przywództwem Kaczyńskiego dzierży palmę pierwszeństwa w sondażach (np. ostatni IBRIS dla Onetu wskazuje na nawet nieznaczną poprawę notowań). Krytycy PiS co chwila wieszczą przełom, „bo już blisko”, ale czyż nie jest ewenementem niesłabnące zbytnio poparcie mimo największego kryzysu zdrowotnego w III RP i potężnego ryzyka tornada gospodarczego? Czy Platforma Obywatelska z Donaldem Tuskiem albo Borysem Budką u steru rządów i wizją prowadzenia spraw publicznych z lat 2007–2015 notowałaby też wyniki powyżej 30 proc. w sondażach? Bardzo wątpliwe. Niewykorzystanie potencjału potężnego zastrzyku gotówki po pandemii, przy jednoczesnym dość spokojnym bilansie ekonomicznym jak na rozmiary lockdownu, to byłoby coś gorszego niż zbrodnia. To byłby błąd, a nawet kompromitacja.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane