Dawno nie czytałem tak szczerych wypowiedzi, które w idealny sposób obnażają to, co od dawna dostrzec można gołym okiem. Partia Borysa Budki maskuje swoją indolencję, zrzucając za każdym razem winę na PiS, 500+ i media publiczne.
Najprościej było oszukać wyborców
Czy rozmowa Budki z „Gazetą Wyborczą” była autoryzowana? Kto zdecydował o tym, aby zaszkodzić krytykowanemu zewsząd liderowi KO? Czy w redakcji na Czerskiej działają PiS-owskie siły sabotażu? Te pytania nasuwają się po lekturze głośnego wywiadu.
Nie, wypowiedzi w dzienniku sprzyjającym opozycji potwierdzają: to Platforma ma problem, i to ogromny, na wielu polach – programowym, tożsamościowym, a nawet w codziennym funkcjonowaniu. Jak inaczej rozumieć słowa Budki, który oszukuje 10 mln wyborców, bo wie, że ruch Trzaskowskiego nie powstanie? Zgoda, ogromna część w wyborach prezydenckich głosowała nie za Rafałem Trzaskowskim, a „przeciw” Andrzejowi Dudzie. Byli to nie tylko wyborcy Koalicji Obywatelskiej, lecz także Konfederacji, Szymona Hołowni czy zwolennicy Lewicy. Wielu z nich liczyło na to, że prezydent Warszawy wyrwie się ze szponów miałkiej partyjności i zostanie kimś w rodzaju nowego Donalda Tuska, czyli „Tuska 2.0”. Jak już wiemy, a co z wdziękiem słonia w składzie porcelany obwieścił Budka, nie były to prawdziwe i dobrze przemyślane plany.
− To było pod wpływem emocji. Rzuciliśmy hasło i potem trzeba się było tłumaczyć. Taki jest kalendarz wyborczy, że wybory mamy dopiero za trzy lata. Nie da się utrzymać aktywności kampanijnej przez tak długi okres – mówi to ktoś, kto zamierza zostać premierem po przejęciu władzy przez front antypisowski. Przekaz Budki brzmi: przegraliśmy wybory, nie mieliśmy pojęcia, jak wytłumaczyć kolejną porażkę naszym wyborcom, dlatego ich okłamaliśmy, nie planowaliśmy bowiem stworzenia żadnego poważnego ruchu.
Inicjatywa Rafała Trzaskowskiego szybciej zatem się skończyła, niż zaczęła. Formalnie konwencja otwarcia odbyła się 17 października ubiegłego roku, ale nikt nawet o niej już nie pamięta. Później Trzaskowski wystąpił w lutym podczas konferencji, podczas której ogłosił powstanie Koalicji 276, nie informując o tym potencjalnych partnerów z opozycji.
Pomysł budowy think tanku, nowej świeżości i intelektualnego zaplecza, upadł. A to przede wszystkim oznacza, że kierownictwo partii nie traktuje Trzaskowskiego poważnie. Z jednej strony Koalicja Obywatelska często krytykuje Andrzeja Dudę za brak podmiotowości na scenie politycznej, niekiedy słusznie, choć zdarza się jej przekraczać granicę dobrego smaku, gdy posuwa się do zwyczajnych wyzwisk. Z drugiej – traktuje Trzaskowskiego instrumentalnie − miał tylko wygrać wybory, by ułatwić drogę KO do rządzenia w parlamencie. Nie udało się, więc niech wraca do ścieków w Wiśle, korków i budowy III linii metra. Budka świadomie zrezygnował z zagospodarowania potężnej bazy wyborczej, wśród której, mimo rozczarowania tych wyborców Platformą, w ramach antypisowskiego frontu można było sporo ugrać.
KO nie wie, jak wygrać z Kaczyńskim
Obraz totalnej bezradności największej formacji opozycyjnej w Sejmie dopełnia ten fragment wywiadu. „Ludzie oczekują sprawczości i ciągle nas pytają: »Dlaczego PiS jeszcze rządzi?!«. »Czemu wy nic nie robicie?!«. »Kaczyński robi tyle błędów, a wy tego nie wykorzystujecie«. A jak mamy to wykorzystać, pytam tych, którzy tak mi mówią. Chętnie skorzystam z rady, zapraszam, proszę mi powiedzieć. I wtedy oni: »Nie wiem, to pan od tego jest«” – dziwi się Budka.
Niezadowoleni wyborcy Koalicji Obywatelskiej mają rację: od tego jest opozycja, by przekonywać do własnego programu, wizji rządzenia. Jeśli się nie ma ani jednego, ani drugiego, wówczas pozostaje frustracja. Nie po to wybiera się swoich przedstawicieli do Sejmu, by to wyborca musiał rywalizować z rządzącymi od 2015 r. Tego też najwyraźniej nie rozumie Budka, bo inaczej nie zdecydowałby się na publiczne polityczne harakiri.
Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek Jarosław Kaczyński utyskiwał na bezradność w starciach z Donaldem Tuskiem czy z rozbrajającym uśmiechem zgłaszał pretensje do zwolenników Prawa i Sprawiedliwości. Boleśnie przegrywał, używał twardych argumentów, stawiał poważne oskarżenia wobec przeciwników politycznych, ale nigdy nie przedstawiał się jako bezużyteczny lider. A dokładnie tak wypadł w „Gazecie Wyborczej” Budka. To powinien być sygnał ostrzegawczy dla PO, skłaniający do wymiany przewodniczącego.
Chcemy uzmysłowić wszystkim, że jesteśmy niewybieralni
Dzieła wizerunkowego zniszczenia dopełnił pomysł likwidacji niektórych humanistycznych kierunków, które według Budki są kompletnie nieprzydatne, ponieważ nie przynoszą wymiernych korzyści finansowych na rynku pracy. − My wciąż na naszych uniwersytetach mamy kierunki, które – mówiąc delikatnie – odbiegają od oczekiwań nowoczesnego państwa. No, nie bójmy się powiedzieć, że państwo finansuje naukę ludzi, którzy po tych studiach nie będą mieli zatrudnienia – wyznał lider KO. Jak dodał, „nie da się wyłącznie na studiach historycznych budować nowoczesnego państwa”. To o tyle ciekawe stwierdzenie, że grono wpływowych polityków, i to o liberalnej proweniencji, ukończyło właśnie historię. Donald Tusk, Grzegorz Schetyna, Rafał Grupiński, Paweł Kowal czy były prezydent Bronisław Komorowski – to tylko kilka przykładów z brzegu. Nauka o dziejach uczy krytycznego myślenia, weryfikacji źródeł, wreszcie zmusza do pogłębiania wiedzy. Czy w takim razie Budka byłby skłonny wycofać finansowanie z budżetu kierunków filozoficznych, psychologii i polonistyki? Co z zarządzaniem w sporcie albo towaroznawstwem? Gender studies to bardziej dochodowa działka? Można zaryzykować twierdzenie, że lider KO obniża notowania swojej partii wśród absolwentów i studentów wymienionych przez siebie wydziałów. Nic, tylko pogratulować.
Próbą wyjścia z wizerunkowego kryzysu była rozmowa z „Rzeczpospolitą”, gdzie Budka już nie wspominał ani o nieudanym ruchu Trzaskowskiego, ani o bezużytecznych studiach. Padło tam jedno z wartych zapamiętania zdań. „Chcemy uzmysłowić wszystkim, że demokratyczna opozycja tym różni się od rządzących, że dla nas człowiek jako jednostka jest najważniejszy, a nie wszechwładne państwo, które w istocie, w czasie próby, jaką jest pandemia, okazuje się bezradne” – podkreślił były minister sprawiedliwości w rządzie PO-PSL. W rządzie, który sprawował już władzę przez dwie kadencje. Może jednak jest to powód, dla którego „uzmysłowienie wszystkim” działa tylko na przekonanych?
Gdy opozycja powoli łapie wiatr w żagle, sztorcując codziennie PiS przy wydatnym udziale „Gazety Wyborczej” zamieszczającej artykuły ws. majątku Daniela Obajtka, w tej samej gazecie ukazuje się wywiad będący jaskrawym dowodem na tezę, że środowisko Platformy stało się po prostu niewybieralne. Wątpliwe, by pod starym szyldem i bez rewolucji kadrowej największa antypisowska partia kiedykolwiek wróciła do łask wyborców tak, jak miało to miejsce w latach 2007−2015. I nie jest temu winna używana ciągle antypisowska narracja, stosowana, by zakamuflować własne słabości. W wywiadzie dla „Wyborczej” mamy odpowiedź, dlaczego Zjednoczona Prawica wygrała sześć wyborów z rzędu i wciąż jest w grze o zwycięstwo za trzy lata, mimo poważnych turbulencji.