W ubiegłym tygodniu Radosław Sikorski mało wiarygodnie próbował tłumaczyć się ze swojej wypowiedzi dla Politico. W wywiadzie udzielonemu portalowi przyznał, że w 2008 r. Władimir Putin złożył Donaldowi Tuskowi propozycję rozbioru Ukrainy. Marszałek Sejmu wykręcał się później, że tekst był nieautoryzowany, następnie stwierdził, że autor tekstu dokonał nadinterpretacji, a według ostatecznej wersji, zawiodła go pamięć i spotkania Tuska z Putinem w Moskwie nie było w ogóle.
Teraz bajki o braku autoryzacji zaczyna opowiadać wicepremier i minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak. Jak informowaliśmy, Siemoniak powiedział agencji Associated Press, że Polska przerzuci tysiące żołnierzy w kierunku swojej wschodniej granicy. Jak dodał, więcej wojska na wschodzie jest potrzebne ze względu na konflikt w sąsiedniej Ukrainie.
Kiedy tylko słowa Siemoniaka dotarły do Polski, ten zaczął się ze wszystkiego wycofywać. „Doposażyć te jednostki. Ani w Siedlcach, ani do AP nie mówiłem o liczbach żołnierzy, bo to nie jest ustalone” – napisał na Twitterze.
„Wiedząc, że w amerykańskich mediach nie ma autoryzacji, nie mówiłem nic ani o tysiącach, ani setkach żołnierzy” – tłumaczył się szef resortu obrony.
W końcu oskarżył Associated Press o manipulację. „Mówiłem do AP to samo co w czwartek PL mediom. AP podbiła to tytułem o "tysiącach żołnierzy". Żadnej liczby nie podawałem” – napisał Siemoniak.
Występy polityków Platformy Obywatelskiej w zachodnich mediach zaczynają coraz bardziej przypominać kabaret. Niestety, kabaret mało zabawny. To nie jest „błądzenie” Ewy Kopacz po czerwonym dywanie. Sikorski i Siemoniak udzielili wypowiedzi, które mają bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo Polski i odbiły się szerokim echem nie tylko w kraju.
