Andrzej Stankiewicz podczas wyborów na przewodniczącego PO pokazał karty do głosowania i opisał, że istnieje możliwość manipulacji wynikami. Oburzona działaczka Platformy z Chojnic poinformowała prokuraturę, która wszczęła dochodzenie. Podstawę prawną ma stanowić art. 276 KK, mówiący o użyciu dokumentu przez osobę nieuprawnioną.
Członków PO, którzy uważają tę sprawę za skandaliczną jest znacznie więcej. Zdaniem posłanki Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, system wyborczy był szczelny, a karty prawdopodobnie przekazał członek partii. – Rozpatruję rzecz w kategoriach przyzwoitości, a nie prawa – mówi w rozmowie z „Rzeczpospolitą". Według posłanki PO nie ma nic złego w tym, że sprawę zbada prokuratura.– Jeśli ktoś chce to sprawdzić, powinien to zrobić – stwierdza.
Innego zdania są natomiast eksperci. – Prokuratura nie ma podstaw, żeby tak zakwalifikować ten czyn. Żadne z ustawowych znamion przestępstwa nie zostało wyczerpane – zauważa karnista Piotr Kruszyński.
W październiku tygodnik "Newsweek" opublikował nagrania pokazujące kulisy zjazdu dolnośląskiej Platformy. Według informacji tygodnika poseł Jaros i radny z Polkowic Tomasz Borkowski mieli namawiać delegata do głosowania na eurodeputowanego Jacka Protasiewicza (który ostatecznie wygrał z Grzegorzem Schetyną w wyborach na szefa regionu), a w zamian sugerować, że działacz mógłby trafić do rady nadzorczej jednej z państwowych spółek.
Ani sejmowa komisja etyki ani prokuratura nie dopatrzyły się przestępstwa. "Komisja rozmawiała z posłem i nie dopatrzyła się nadużyć" - powiedział Franciszek Stefaniuk (PSL), szef komisji etyki, która zajmowała się sprawą posła PO Michała Jarosa, bohatera skandalu z "taśmami Platformy".