Powtarzając znaną z poprzedniej publikacji (Smoleńsk – krok w dobra stronę, 25 maja br.) trafną tezę, iż współpraca prokuratury z prof. Wiesławem Biniendą i innymi polskimi uczonymi angażującymi się w badanie tej sprawy przez Parlamentarny Zespół ds. Badania Katastrofy Tu-154M z 10 kwietnia 2010 r. byłaby ze wszech miar pożyteczna, tym razem red. Skwieciński osłabił wymowę swoich argumentów, używając w artykule szeregu niezgodnych z prawdą stwierdzeń oraz nieuprawnionych ocen i insynuacji.
W szczególności:
Punkt pierwszy
Red. Skwieciński pisze m.in., iż:
Narzuca się, niestety, przykra interpretacja tej sytuacji: z punktu widzenia parlamentarnego zespołu jakakolwiek forma współpracy Biniendy z prokuraturą jest zagrożeniem, do którego nie można dopuścić. Ocenie tej przeczą znane red. Skwiecińskiemu – o czym świadczą jego własne słowa – fakty, a w szczególności: złożona przez szefa biura zespołu parlamentarnego propozycja spotkania prokuratorów z Biniendą na posiedzeniu prezydium tego zespołu.
Red. Skwieciński ocenia tę propozycję jako niepoważną, co w niczym nie zmienia opisanych (i nie opisanych) przez niego faktów, w szczególności zaś faktu złożenia takiej propozycji i otrzymania jej przez prokuraturę, która – gdyby tylko zechciała – mogłaby z niej skorzystać.
Punkt drugi
Red. Skwieciński insynuuje, iż spotkanie prokuratorów z prof. Biniendą podczas posiedzenia Prezydium Zespołu Parlamentarnego oznaczałaby uczestnictwo prokuratorów w show o jednoznacznie politycznym charakterze.
Bezpodstawnie insynuując posłom i senatorom z Zespołu Parlamentarnego tego rodzaju niegodne intencje, red. Skwieciński pomija milczeniem niewygodny, bo niezgodny z przedstawioną przez niego wizją fakt, iż posiedzenia prezydium zespołu są z reguły (i tak miało być także w tym przypadku) zamknięte dla mediów i publiczności. Taka formuła obrad skutecznie uniemożliwia przekształcanie tych posiedzeń – gdyby ktoś miał (a nie pamiętam, żeby ktoś kiedyś miał) taki zamiar – w polityczne lub jakiekolwiek inne show. Gdyby red. Skwieciński czerpał wiedzę o pracach Zespołu Parlamentarnego z osobistej obserwacji lub od przedstawicieli Zespołu Parlamentarnego a nie z innych, niebezpośrednich źródeł, to doskonale znałby te fakty i nie narażałby na szwank swej reputacji dziennikarskiej publikowaniem tego rodzaju bezpodstawnych insynuacji.
Punkt trzeci
Oceniając fakt niedojścia do rozmowy prof. Biniendy z prokuratorami, red. Skwieciński mianem „spektaklu” i dość żenującej zabawy w kotka i myszkę z wojskową prokuraturą, w którą niestety zaangażował się Binienda określa oczywiste oczekiwania profesora obecności przy swojej ewentualnej rozmowie z prokuratorami amerykańskiego dyplomaty (rozumiem, że jako zabezpieczenie przed możliwością wyrządzenia mu przez rozmówców jakiejś strasznej krzywdy...), a także odbycia się spotkania poza terenem prokuratury. A po zgodzie prokuratury na te warunki (prokuratorzy zgodzili się wręcz na dowolnie określone przez naukowca miejsce i czas spotkania) milczy i odlatuje do USA.
Po pierwsze – o czym dziennikarz tak doświadczony jak red. Skwieciński powinien doskonale wiedzieć – jest rzeczą naturalną, iż cudzoziemiec wezwany przez prokuraturę lub inne organa śledcze obcego państwa domaga się obecności przy rozmowie konsula lub innego przedstawiciela ambasady swego kraju. Tak samo mógłby zachować się każdy obywatel RP (np. red. Piotr Skwieciński, czego mu nie życzę), gdyby dostał w Waszyngtonie pilne wezwanie na rozmowę do amerykańskiej prokuratury lub do FBI – a wówczas amerykański dziennikarz, który jego żądanie obecności przy tej rozmowie przedstawiciela polskiej ambasady nazwałby „spektaklem” lub „żenującą zabawą w kotka i myszkę” jeżeli nie skompromitowałby się na długie lata, a tylko na długie tygodnie, to jedynie z racji niewysokiej rangi zdarzenia i krótkiej pamięci mediów.
Po drugie – profesor Biniedna odleciał do Ameryki w z góry zaplanowanym terminie, więc wiązanie daty jego powrotu do kraju z działaniami polskiej prokuratury jest nieuzasadnioną insynuacją.
Po trzecie i najważniejsze – skoro prof. Binienda proponował alternatywnie odbycie spotkania poza terenem prokuratury, a prokuratorzy – jak twierdzi red. Skwieciński – zgodzili się na te warunki (prokuratorzy zgodzili się wręcz na dowolnie określone przez naukowca miejsce i czas spotkania) to dlaczego nie przyszli na posiedzenie Prezydium Zespołu Parlamentarnego, gdzie mieliby możliwość odbyć z prof. Biniendą rozmowę w warunkach – jak z powyższego wynika – odpowiadających obu stronom?
Punkt czwarty
Red. Skwieciński wyprowadza ze swoich przeświadczeń nie liczącą się z faktami konkluzję o rzekomej niechęci Zespołu Parlamentarnego do współpracy z prokuraturą:
Spora część zwolenników teorii zamachowej stanęłaby bowiem wobec szoku poznawczego. Jak to jest? Przecież tu jesteśmy my, wolni Polacy z posłem Macierewiczem i naszym profesorem Biniendą, a tam są oni - platformersko-komunistyczni zdrajcy, agenci i ich najemnicy. Zdrajcy, agenci i najemnicy, którzy nie dopuszczają do głosu naszego profesora, i między innymi po tym poznać, że to zdrajcy, agenci i najemnicy.
Gdyby do świadomości tych, którzy skłonni są do takiego postrzegania rzeczywistości, dotarła wiadomość, że Binienda współpracuje z prokuraturą (czy raczej: że prokuratura współpracuje z Biniendą), mogliby nie wiedzieć, co o tym myśleć. I klarowność wielkiego podziału zostałaby w ich oczach zakłócona. A ta klarowność to przecież podstawa politycznej taktyki opcji smoleńskiej.
Cała ta skomplikowana konstrukcja nie wytrzymuje konfrontacji z faktami, gdyż jest nie do pogodzenia z faktem, że prokuratura od wielu miesięcy posiada ekspertyzy opracowane przez prof. Biniendę, gdyż natychmiast po ich zaprezentowaniu na posiedzeniu Zespołu zostały one przekazane przez Zespołów (w formie nagrań na płytach CD) nie tylko Wojskowej Prokuraturze Okręgowej, ale także Prezesowi Rady Ministrów Donaldowi Tuskowi (jako zwierzchnikowi Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, czyli tzw. Komisji Millera).
Punkt piąty
Skoro prokuratura tak bardzo chciała spotkać się z prof. Biniendą, że aż się z nim nie spotkała, to właściwie dlaczego? Red. Skwieciński ma pogląd w tej sprawie, a choć jego wypowiedzenie ozdabia zbędnymi impertynencjami pod adresem prof. Biniendy, to warto się z nim uważnie zapoznać: choć profesor zachował się w sposób, który można, niestety, określić jako mało poważny, to prokuratura wojskowa nie powinna kierować się urazą, którą jej funkcjonariusze mogą odczuwać. Uważam, że powinna ona zaproponować Binendzie spotkanie na terenie Stanów Zjednoczonych. A głównym celem tego spotkania powinno być ustalenie formy dalszej współpracy między prokuraturą a profesorem. Sprawa jest zbyt ważna, żeby wpływ na jej rozwiązanie mogła mieć kwestia kilku biletów do USA.
Czyżby – jak można by wywnioskować z tego akapitu – celem całej tej prokuratorskiej zabawy w gonienie i niedogonienie króliczka był wyjazd prokuratorów do Ameryki oraz związane z tym wyższe diety i inne atrakcje, a wszystko po to, żeby dopiero za jakiś czas i w Ameryce (a nie już w maju w Polsce) ustalić harmonogram i miejsca dalszych spotkań? W sumie, czemu nie.
Zapewne także red. Skwiecińskiemu przyjemniej byłoby uprawiać komentowanie spraw smoleńskich w klimatyzowanych przedpokojach Waszyngtonu niż w ciasnych i dusznych kanciapach naszego Sejmu i poczekalniach prokuratury. Czy jednak godzi się, żeby częścią ceny za bilet do Waszyngtonu było obrażanie posłów i senatorów z Zespołu oraz społecznie (czyli: na własny koszt) współpracującego z nimi prof. Biniendy?
