Pod pewnymi względami cofnęliśmy się do PRL, i to nie owego bezzębnego, z końcówki lat 80. czy też „socjalizmu o ludzkim portfelu” doby Gierka. W kręgach posługujących się „listą Michnika” jako wytyczne obowiązują zasady niczym za Stalina – „Kto nie jest z nami, jest przeciw nam!”
W „dekadzie sukcesu” np. nie do pomyślenia było wrzucenie do jednego wora wszystkich, którzy bezkrytycznie nie popierają władzy. Byli więc dysydenci, pół dysydenci, ćwierć dysydenci. Jednych rzeczywiście kneblowano, drugich ograniczano, trzecich połowicznie tolerowano, a wszystkich próbowano zjednać, przekupić lub chociaż skłonić do neutralności.
Teraz to przeszłość. Nie ma rozróżnień – każdy, od Jerzego Roberta Nowaka po Pawła Lisickiego – to wróg. A dla wrogów nie ma litości ani pobłażania.
Naiwna jest wiara niektórych publicystów, że jak będą trochę grzeczni, to im się upiecze... Nic z tego! Pełna samokrytyka, oplucie kolegów i przyniesienie głowy najbliższego przyjaciela to ewentualna przepustka do grona „akcepotwanych”, a i tak nie ma gwarancji, że zostanie się przygarniętym, jak to się udało Tomaszowi Wołkowi czy Cezaremu Michalskiemu.
Tylko czego to dowodzi? Siły czy niepewności demiurgów „salonu” i ich akolitów? Pogardy w stosunku do siebie, własnego serwilizmu i nadziei, że uda się oddalić Czas Prawdy jak najdalej. Najlepiej do czasów po własnej śmierci (a po nas choćby potop!). Niestety, niezależnie od tego, jak się dziś trudzą, są bez szans. Jak nieraz się już zdarzało, niesława, pogarda i hańba dopadną nawet za grobem.
Więc może z tą wściekłością, o której wspomniałem na wstępie, przesadziłem. Wściekać się można na wielkich ludzi i wybitnych przeciwników, na małych głupio, a w dodatku powinno być ich żal.