Albo w Niemczech, w resorcie byłego wicekanclerza, a teraz szefa Bundestagu, wybucha afera korupcyjna, aresztowanych jest dwóch wysokich rangą urzędników plus czterech kontrahentów, chodzi o wydanie 500 mln euro... bez przetargu. No, to dopiero byłaby medialna jazda bez trzymanki! Zaraz też zaczęto by się dopatrywać politycznego kontekstu, bo owego szefa parlamentu RFN nie znosił kanclerz, skądinąd z tej samej partii. A u nas o aferze w resorcie Schetyny, wykrytej akurat wtedy, gdy marszałek Sejmu dogadał się z prezydentem przeciw premierowi – mówi się półgębkiem, i to przeważnie bez kontekstu toczącej się walki wewnątrz PO. Tak medialno-polityczny krawiec kraje, jak mu materii staje...
Wreszcie wyobraźmy sobie, że podczas prezydencji Wielkiej Brytanii szef rządu Jej Królewskiej Mości jest systematycznie wypraszany ze szczytów eurolandu. Co prawda Zjednoczone Królestwo nie jest w eurozonie, ale jest dużym krajem i przewodzi Unii. Wyobrażamy sobie w ogóle taką sytuację? Nie? Słusznie. Taka byłaby jatka w Izbie Gmin, jakiej jeszcze brytyjski parlament nie widział. Pierwsza by się zbuntowała partia rządząca. A u nas? Cisza, spokój, sielanka. Więcej: chór polityków i dziennikarzy gorliwie przekonuje Polaków, że tak właśnie trzeba, że to naturalne, a w zasadzie to nasza wina, bo przecież nie jesteśmy w eurolandzie. A konkretnie nie tyle „nasza” wina, co oczywiście, jak zwykle, wina PiS, który (rzekomo) mógł nas wprowadzić tam, gdzie nas po prostu nie chcieli. Inna rzecz, że nie było to opłacalne wtedy i dziś.
Tak, jest różnica między nami a prawdziwym Zachodem. No, ale Zachód nie leży przecież na zielonej wyspie, jak III Rzeczpospolita.