Prof. Szwagrzyk powiedział, że siły bezpieczeństwa innych krajów działały podobnie – zabijano tych, którzy w jakikolwiek sposób przeciwstawili się nowej władzy lub tych, którzy po prostu zostali przez komunistów uznani za wrogów. Mordowanie było zawsze masowe, a aparat państwowy nie kończył swej pracy w momencie zabicia, zacierano też wszelkie ślady po bohaterach, mieli zniknąć ze świadomości ludzkiej, z pamięci. Puszczano w świat kłamstwa o nich, przedstawiano w negatywnym świetle. Do końca systemu komunistycznego w całej Europie działania wobec podziemia, pochówki ofiar, były objęte ścisłą tajemnicą państwową, rodziny nie miały podstawowych praw, nie mogły dowiedzieć się, gdzie są groby ich bliskich.
Jesteśmy w Gdyni, w 2026 roku, po kilkudziesięciu latach nowej rzeczywistości, wydawałoby się, że nie powinno już być nieznanych dołów śmierci, że powinniśmy mieć dziś pełną wiedzę o ofiarach, że powinniśmy ich już dawno odnaleźć, z honorami pochować… Ale tak nie jest… Mówię to z żalem na przykładzie polskim, ale w innych państwach posocjalistycznych zapewne jest podobnie. Tysiące rodzin oczekuje na podstawowe informacje, gdzie są ich bliscy. Znając skalę ofiar, muszę powiedzieć, że za naszego życia nie wypełnimy tego zobowiązania państwa polskiego, tej misji, którą na IPN nałożono, poszukiwania muszą trwać dalej, dopóki wszyscy nie zostaną odnalezieni.
Prof. Szwagrzyk dodał, że w Polsce jest ponad 300 Urzędów Bezpieczeństwa i wszędzie tam są napewno doły śmierci i pogrzebane w nich ofiary. Robiono tam, bo nikt, za czasów komuny, nie odważyłby się sprawdzać terenów UB. Do tego trzeba dodać obozy i więzienia, gdzie także grzebano zamordowanych, zamęczonych przez katów, ludzi.
Dr Áron Máthé mówił, że mianem węgierskiej „Łączki” określa się Kwaterę 301 na cmentarzu w Budapeszcie. Po grzebano tam patriotów, zamordowanych ludzi kościoła, przeciwników politycznych, ale jednocześnie zakopywano tam szczątki zwierząt z budapesztańskiego zoo, a na koniec zrobiono w tej kwaterze śmietnik.
Kiedy Węgrzy otwierali Muzeum Terroru, przyjechał prof. Zbigniew Brzeziński i powiedział, że historia nigdy nie ukryje winy i grzechów komunistów. Zanim powstał nasz Komitet Pamięci Narodowej, odpowiednik polskiego IPN, to już rozpoczęto praca poszukiwawcze i ekshumacyjne. Szukano także ofiar Powstania Węgierskiego. Ale prace ekshumacyjne trwają dalej, bo oprócz szczątków zwierzęcych na węgierskiej „Łączce” dorzucano odpady medyczne ze szpitali np. amputowane kończyny ludzkie. Tam były pochówki w wielu warstwach, przemieszane ze sobą. Węgrzy nawet do końca nie wiedzą, kto jest tam pochowany. Na listach zaginionych jest ponad 600 tysięcy nazwisk.
Dr Petr Blažek z Muzeum Pamięci XX w. w czeskiej Pradze mówił, że dzięki Festiwalowi NNW w Pradze także powstał siedem lat temu podobny festiwal robiony przede wszystkim dla młodego pokolenia.
U nas sytuacja z pochówkami ofiar jest bardzo podobna. Cmentarz Ďáblický, gdzie zakopywano ciała ofiar ma specjalnie pogmatwaną numerację. Ciągle pracujemy nad listą ofiar, to jest bardzo trudna sytuacja. Reżim totalitarny wykorzystał prawo jeszcze z XIX wieku na pochówki socjalne, więc jest tam dużo szczątków faktycznych zbrodniarzy, czy ludzi biednych, kolaborantów z czasów wojny – wszystko przemieszane razem. W latach 90. była tylko jedna ekshumacja – to były szef służby bezpieczeństwa zamordowany przez komunistów. A jego ofiary są tam do dzisiaj…