Z zebranych informacji wyłania się następujący obraz standardowego partyzanckiego dnia. Najczęściej nad ranem oddział po całonocnej wędrówce przychodził do wioski lub gospodarstwa. Miejsce musiało być obstawiane i zabezpieczone, od razu wystawiano warty. Następnie rozdzielano żołnierzy do kwater.
Przy sztabie „Bartka” działał pluton wartowniczy składający się z 10 najwierniejszych i najbardziej pewnych ludzi. Wartowników często w swoim oddziale pilnował Marian Pawełczak ps. „Morwa”:
„No cóż, w ciągu dnia trzeba było sprawdzić warty, jak czuwają. Przedtem współdziałaliśmy w rozstawieniu. Myśmy już wiedzieli, gdzie trzeba stać, które miejsca są wrażliwe. Warty przeważnie były przebrane po cywilnemu, żeby nie rzucały się za bardzo w oczy. (…) Później obserwowaliśmy w ramach swoich możliwości ruch w otoczeniu. Gospodarzy pilnowaliśmy, żeby nie przechodzili do sąsiadów, gdzie się nie kwaterowało. Była taka zasada, że kto przyszedł sąsiadów odwiedzić, u których byliśmy, to już z nami zostawał. Ale później niektórzy mówili: »Panowie ja sam/sama, a tam u mnie krowy głodne ryczą lub, że trzeba wydoić«. Wtedy po cywilnemu jeden z nas jako asysta tam szedł”.
Na miejscu oddział w miarę możliwości przeznaczał czas na sen, jedzenie i higienę osobistą. Oddziały „Sztubaka” miały zwyczaj wstawania zawsze wcześnie rano. Było to spowodowane tym, że UB często organizowało obławy właśnie o poranku. Jeśli partyzanci zostawali w danym miejscu wystarczająco długo, mieli czasami także czas na inne sposoby odpoczynku, jak uczestniczenie w zabawie we wsi. Były także prowadzone wszelkiego rodzaju ćwiczenia bądź szkolenia. Kolejną istotną rzeczą, na którą w znakomitej większości oddziałów był kładziony nacisk, było regularne i możliwie jak najczęstsze czyszczenie broni. Dbanie o nią było trudne, warunki do naprawy zniszczonego sprzętu prowizoryczne, a każda broń była na wagę złota.
„Zimową porą tośmy zawsze nawet specjalne robili nasmarowanie broni, bo np. gdy była ta wazelina, no bo broń też musi być smarowana, to myśmy jeszcze do tej wazeliny czy do takiego oleju gęstego dodawaliśmy naftę. Nafta miała to do siebie, że nie zamarzały zamki”
– mówi Wacław Szacoń ps. „Czarny”. W czasie, kiedy część przebywała na kwaterach, wydzielone patrole wyruszały na zwiad w celu zdobycia informacji o sytuacji w okolicy.
Nieodzownym elementem dnia był także apel. Dowódca przedstawiał na nim cele, które stawiały sobie oddziały, wizję i sposób walki. Odbywały się one zwłaszcza podczas wszelkiego rodzaju koncentracji i zgrupowań całego oddziału. U „Groźnego” apele zawsze miały miejsce przed wymarszem. Zdaniem władzy ludowej już „w pierwszej fazie formowania się bandy ważniejsze rozkazy d-cy były odczytywane na apelach przed frontem”. Wówczas był ustalany porządek dnia zgodnie z regulaminem wojskowym. U „Sztubaka” w obozowisku apel miał miejsce z samego rana, po nim przydzielano poszczególnym drużynom zadania do wykonania, szkolono nowych żołnierzy, a nowi wartownicy udawali się na wyznaczone posterunki. Z kolei w 6 Wileńskiej Brygadzie zdaniem Olgierda Zawadzkiego ps. „Longin” zadania były wyznaczane przez dowódcę albo rano, albo wieczorem, najpierw dla całego oddziału, a później dla poszczególnych żołnierzy. W trakcie dłuższych postojów, w przypadku koncentracji, komendant często zarządzał odprawę dowódców patroli, grup lub szwadronów. Każda taka narada musiała być obstawiona przez warty i wydzielone patrole. 15 lipca 1945 roku szwadron Zygmunta Błażejewicza ps. „Zygmunt” podczas ochrony odprawy kadry dowódczej 5 Wileńskiej Brygady we wsi Olszewo stoczył bitwę z przybyłą samochodami grupą żołnierzy LWP. W efekcie rozbrojono pojmanego wroga.
Zwyczaje dotyczące modlitwy były różne. Jedni modlili się wspólnie rano, inni wieczorem. W niektórych oddziałach każdy robił to we własnym zakresie. Częstą praktyką była modlitwa razem z gospodarzami, u których się kwaterowało. Marian Pawełczak wspomina, że często modlił się podczas długich marszów. U „Sztubaka” we wszystkich oddziałach każdy dzień zaczynał się od modlitwy. Z kolei wszystkie pododdziały podległe „Łupaszce” miały w taki sposób zarówno zaczynać, jak i kończyć dzień. Lucjan Deniziak wspomina:
„Zawsze przed wymarszem codziennie odmawialiśmy: »O Panie, który jesteś w niebie, wyciągnij sprawiedliwą dłoń, wołamy z wszystkich stron do Ciebie, o polską moc i polską broń. O Panie, usłysz modły nasze i usłysz nasz tułaczy śpiew, znad Wisły, Bugu, Sanu, Niemna męczeńska do Cię woła krew. O Boże, skrusz ten miecz, co siecze kraj, do wolnej Polski nam powrócić daj, by stał się twierdzą naszej siły, nasz dom, nasz kraj«. To była nasza modlitwa”.
Także „Zapora” nauczył tej modlitwy swoich żołnierzy. Była ona zresztą popularna w całym antykomunistycznym podziemiu. Ponadto jeżeli we wsi, w której przebywał oddział, był kościół i była taka sposobność, partyzanci brali udział w nabożeństwie. W miarę możliwości modlono się także przy mijanych kapliczkach, krzyżach czy mogiłach poległych towarzyszy.
Przeważnie wieczorem, po zachodzie słońca, następował wymarsz w zorganizowany sposób, z zachowaniem wszystkich zasad ostrożności. Ustalany był szyk, miejsce docelowe, sposób poruszania się, wyznaczane były czujki, a także awaryjne miejsce na wypadek nieprzewidzianych zdarzeń, takich jak obława. Oddział, wychodząc wieczorem, miał przed sobą całą noc na przedostanie się do następnego miejsca. Kończąc wędrówkę nad ranem, zaczynał nowy dzień.
Taki rozkład dnia przeważnie dotyczył jednak większych zwartych oddziałów, które aktywnie prowadziły działalność zbrojną. Były tam dokładnie ustalane obowiązki poszczególnych osób, dzień musiał mieć ustalony porządek, a w ciągu dnia często w ogóle nie było czasu wolnego. Oddziały, takie jak 5 Wileńska Brygada, były jednostkami bojowymi w całym tego słowa znaczeniu. Docelowo, w dobrze prowadzonych pododdziałach miało w ogóle nie być czasu wolnego.
Podczas każdego postoju jedni odpoczywali, drudzy się myli, następni gotowali, dowództwo planowało kolejne akcje, a oddelegowany pododdział pełnił wartę. Ruch w oddziale musiał być ściśle podzielony, żeby zachować porządek i sprawne działanie.
Inaczej natomiast przedstawiała się sytuacja, gdy oddział był mniejszy. Jan Jabłoniec ps. „Fiat” przyznał, że organizacja dnia w oddziale „Uskoka” zależała głównie od tego, jaki w danym momencie był jego stan osobowy645. Zarówno w dużej, jak i mniejszej jednostce działał Wacław Szacoń ps. „Czarny”:
„Była różnica między zwartą grupą a małymi, które były potem. Na przykład jak była grupa zwarta, to rano była normalnie pobudka, modlitwa była, no i śniadanie. (…) Jak jeszcze grupa taka jak u nas była, »Jastrząb«, »Żelazny«, to jeszcze były prowadzone poranne i wieczorne modlitwy, czyszczenie broni, zaznajamianie się z tematem, uzupełnianie umiejętności. Każdy miał robotę koło siebie, wartowanie. Zawsze było coś do zrobienia. Wszystko odbywało się tak jak w wojsku. Było jeszcze patrolowanie terenu, niezależne od tego. (…) W małej grupie to już było więcej luzu, skupiało się przede wszystkim na obserwacji, na czyszczeniu broni, na czytaniu jakiejś książki czy prasy, czy słuchaniu radia”.
Oddziały, które później przerodziły się w duże jednostki bojowe, przeważnie początkowo także były grupami przetrwania, ze stosunkowo niskim stanem osobowym. Wiele oddziałów leśnych w 1945 roku było „przechowalnią” ludzi w ciężkim okresie przejściowym. Podobna sytuacja miała miejsce ponownie w późniejszym okresie, kiedy partyzanci działali w coraz mniejszych, odseparowanych od siebie grupach, a ich działalność bojowa spadała. Miron Borejsza przyznaje, że w 1946 roku jego jednostka skupiała się głównie na tym, żeby nie wpaść w obławę i nie dać się rozbić siłom komunistycznym, co przekładało się na organizację oddziału.
W mniejszych oddziałach i tych prowadzących mniejszą aktywność bojową standardowy dzień wyglądał mniej rygorystycznie. Często nie było tak ściśle ustalonej hierarchii w grupie, chociaż każda taka jednostka miała swojego dowódcę. Co za tym idzie, nie było ściśle ustalonego podziału obowiązków.
Ponadto, mimo iż zawsze dbano o bezpieczeństwo, odpowiednie zakonserwowanie broni i możliwie dużą mobilność, takie rzeczy jak apele, ćwiczenia, zbiorowe modlitwy czy nawet warty były praktykowane rzadziej lub w ogóle.
„Później chodziło się małymi grupkami. Inaczej się nie dało, nie mogło chodzić 100 na raz, w dodatku tak zakwaterować bez wsypy byłoby ciężko. Także zwłaszcza ten okres, koniec 1946 i początek 1947 roku, to już to wszystko było bardzo rozluźnione. Było spanie, pobudka, śniadanie i zbiórka. Już nie było odpraw ani dziennej służby wartowniczej stojącej na baczność, ani w ogóle wart”
– mówi Miron Borejsza.