Urodził się 1 marca 1935 r. w Warszawie.
Był dziennikarzem, szefem zespołów filmowych, kierownikiem literackim teatrów, tłumaczem, autorem musicali, dramaturgiem i dyplomatą. Jest poetą - opublikował prawie 40 tomów wierszy.
"Niektórzy krytycy powiadają, że jego poezja ociera się o grafomaństwo. Inni uważają go za wieszcza. Tymczasem nakłady książek Ernesta Brylla sięgają tysięcy, co jest nieosiągalne dla wydawanej współcześnie twórczości poetyckiej. A na spotkaniach z autorem bywa po kilkaset osób"
– napisał Mateusz Wyrwich w tekście "Poety życiorys nieprosty". "Jego poezja kształtowała gusta estetyczne Polaków" - ocenił.
Mimo że nie było to jego zamiarem Bryll stał się autorem tekstów kilku popularnych piosenek – m.in. "Psalmu stojących w kolejce", który - w wykonaniu Krystyny Prońko - stał się przebojem Karnawału Solidarności w latach 1980-81.
"Nigdy nie pisałem specjalnie tekstów piosenek, bo jak się za to zabierałem, zawsze były do chrzanu"
– mówi Bryll. "Jeden kompozytor powiedział mi kiedyś: nie pisz piosenek, nie myśl o tym. Pisz wiersze i pozwalaj nam, muzykom, w nich buszować" - wyjaśnia.
Bywał też postacią literacką – opisywali go w swojej prozie m.in. Jan Himilsbach i Janusz Krasiński. Nie występował tylko w powieściach kryminalnych – brakowało mu kwalifikacji na czarny charakter.
Dziennikarze odwiedzający dom Ernesta Brylla skwapliwie odnotowują napis na furtce "Dobry pies".
W czasie okupacji był Zawiszakiem – członkiem najmłodszej drużyny Szarych Szeregów. Po wojnie krótko konspirował w podziemnym skautingu, maturę zdał jako szesnastolatek. Po krótkim epizodzie robotniczym w gdyńskiej elektrowni portowej dostał się na polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim.
Wychowany w tradycji patriotycznej II Rzeczypospolitej – ojciec Stanisław był przedwojennym wojskowym - bez większych skrupułów odnalazł się jednak w powojennej rzeczywistości.
"Po sfałszowanych w 1947 r. wyborach opuścił nas Mikołajczyk; wcześniej alianci, akceptując naszą podległość wobec Sowietów. Ojciec powiedział mi wówczas: czeka nas długa droga"
– wspomina Bryll. Wiele lat później zresztą ojcowską diagnozę potwierdził spotkany w Stanach Zjednoczonych Stefan Korboński, który poradził: "nie daj się nabierać Amerykanom i Anglikom. Bo oni potrzebują nas tylko wykorzystać i zawsze nas sprzedadzą".
Na początku lat 50. młody Bryll miał typowe dla młodych ambicje: "Chciałem obracać się wśród intelektualistów i propozycja żałoby narodowej była trudna do przyjęcia" - wspomina.
A ci intelektualiści nie byli wcale wrogo nastawieni do nowego ustroju. Bryll zapamiętał np. Jana Kotta rozprawiającego się z Conradem jako "pisarzem faszystowskim". Gdy napisał krytyczny tekst o kradzieżach i pijaństwie w Państwowym Gospodarstwie Rolnym – stanowiącym "osiągnięcie przodującego ustroju" - usłyszał od Jerzego Andrzejewskiego, że napisał nieprawdę. "To jest prawda, bo ja to widziałem!" - zaprotestował 19-letni dziennikarz. "A on mi na to: widziałeś, ale to jest twoja subiektywna prawda. A prawda obiektywna wymaga od pisarza, by zobaczył i pokazał nowego rodzącego się człowieka. A ty go nie zobaczyłeś. I to jest twój błąd pisarski" – wspomina Bryll.
Było to dla mnie dramatyczne doświadczenie – on był autorytetem. No więc pracowałem nad "szukaniem prawdy obiektywnej", ale na szczęście w wierszach mi to nie wychodziło
- dodaje.
Z wierszami też jednak na początku "nie szło". Julian Przyboś oznajmił mu, że nigdy nie będzie poetą. Po dwóch latach przyznał, że się pomylił. "Zresztą w pierwszych moich wierszach było sporo grafomaństwa. Za dużo słów. I to widocznie Przybosia denerwowało" - mówi Bryll. Przypomina się anegdota o cesarzu Józefie II Habsburgu, który zarzucił nadmiar nut w utworze Mozartowi.
Wciąż pracuje, jest ekspertem Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Nie decyduje, tylko doradza - może więc mówić, to co myśli. Od 10 lat zajmuje się "Bryllowaniem" – występowaniem z młodszym o 34 lata pieśniarzem, kompozytorem i autorem tekstów Marcinem Styczniem. Wspólnie zrealizowali też kilka innych artystycznych przedsięwzięć, jak choćby poemat pasyjny "Golgota Jasnogórska" czy "Duchy poetów" – książkę i płytę stanowiącą zapis rozmowy o nieżyjących już poetach, których Bryll znał osobiście. Są to Stanisław Grochowiak, Władysław Broniewski, Tadeusz Nowak, ks. Jan Twardowski, Julian Przyboś, Marian Ośniałowski, Stanisław Swen Czachorowski, Mieczysław Czychowski i Jakub Zonszajn.
"W tej książce nie zajmuję się szczegółową biografią poetów ani wnikliwą analizą ich poezji. Opowiadam prawdziwe historie, przywołuję spotkania z poetami, którzy tak mocno zapisali się w mej pamięci, że powrócili po latach w moich snach"
– wyjaśnia Bryll.
"Duchy Poetów stały się częścią także mojego świata. Zaczęły do mnie mówić przez swoje wiersze. Domagały się, abym je śpiewał. Nie mogłem odmówić"
– mówi Marcin Styczeń. "Czułem się trochę tak, jakby w moją duszę wstępowały błąkające się duchy zmarłych. Wiedziałem jednak, że nie chcą mi zrobić krzywdy, ale przeze mnie pragną coś jeszcze światu powiedzieć. W tym sensie czuję się narzędziem w rękach naprawdę wybitnych artystów" - dodaje.
Współpracy ze Styczniem Bryll zawdzięcza, że do licznych życiowych zajęć doszło mu jeszcze śpiewanie. W kilku piosenkach słychać jego głos. "To ja namówiłem Ernesta, by zaśpiewał" - potwierdza Marcin Styczeń.
Niedzielnym wspólnym koncertem w Służewskim Domu Kultury artyści uczczą 85. urodziny Poety - bilety wyprzedane.