Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Gospodarka

Pusty budżet, puste portfele Polaków. „Czeka nas minimum 1,5 roku gospodarczego marazmu”

Sytuacja finansów publicznych jest bardzo zła, żeby nie powiedzieć tragiczna. Koszty życia coraz bardziej rosną, zadłużenie gospodarstw domowych będzie coraz większe, a państwo nie generuje nowych miejsc pracy. Przed nami perspektywa półtorarocznego marazmu. Coraz trudniej będzie nam zejść z jakości życia, do której się przyzwyczailiśmy – ostrzega w rozmowie z portalem Niezależna.pl Andrzej Kosztowniak, poseł PiS, były minister finansów.

W tym tygodniu Ministerstwo Finansów na podstawie szacunkowych danych o wykonaniu budżetu państwa po 7 miesiącach tego roku poinformowało, że dochody budżetu państwa sięgnęły niemal 333,9 mld zł zł, (tj. 51,6 proc. kwoty zaplanowanej na cały rok). W tym samym czasie wydatki państwa wyniosły blisko 474,97 mld zł, co stanowi 51,7 proc. zaplanowanej na cały rok kwoty.  

Obserwuj Niezalezna.pl w Google! Wejdź na nasz profil, a następnie kliknij „Obserwuj w Google”

Deficyt budżetu na koniec lipca wyniósł 141,06 mld zł, czyli 51,8 proc. kwoty zaplanowanej na br. w budżecie państwa. Miesiąc wcześniej wskaźnik ten przekroczył 123,7 mld zł. Oznacza to pogłębienie dziury finansowej o ponad 17 mld złotych. 

Tymczasem z najnowszych danych ERIF Biura Informacji Gospodarczej, wynika, że o ponad 700 zł wzrosło w ciągu roku średnie zadłużenie przypadające na jednego mieszkańca Polski. Przekroczyło ono poziom 22,7 tys. zł. Najwięcej osób z zaległościami mieszka w województwach mazowieckim (145,2 tys.), śląskim (143,7 tys.) i dolnośląskim (117,9 tys.).

Analiza bazy ERIF pokazuje zróżnicowaną strukturę zadłużenia. Pod kątem finansowym bezwzględnie dominują zaległości alimentacyjne, które generują aż 62 proc. łącznej kwoty długów, mimo że odpowiadają za zaledwie 16,2 proc. zarejestrowanych spraw. Z kolei najczęstszym powodem wpisu do rejestru są nieopłacone faktury za usługi telekomunikacyjne i multimedialne (23 proc. wszystkich przypadków). Mimo swojej powszechności, w ujęciu kwotowym stanowią one niespełna 3,5 proc. całkowitego zadłużenia.

Drugie miejsce pod względem wartości długu przypada zobowiązaniom wobec banków – głównie z tytułu niespłaconych kredytów gotówkowych i konsumenckich. Przypada na nie 17,9 proc. ogólnej sumy zaległości oraz blisko 13 proc. liczby wszystkich spraw.

Tusk "załatwił" Polakom chude lata

Sytuacja finansów publicznych jest bardzo zła, żeby nie powiedzieć tragiczna – ocenia w rozmowie z portalem Niezależna.pl Andrzej Kosztowniak, były minister finansów. 

Część decyzji wpływających na realną gospodarkę i bezpośrednio na nas, konsumentów, jest mocno niekorzystna. Mam na myśli przede wszystkim rosnące ceny nośników energii: prądu, gazu, ciepła oraz usług komunalnych. Czasem wydaje nam się, że podwyżki rzędu 50-60 złotych przechodzą niepostrzeżenie, ale niestety tak nie jest. Płacimy coraz więcej. 

– wskazuje polityk PiS.

W ostatnich 10 latach przyzwyczailiśmy się do wyższego standardu życia, bo statystycznie jako społeczeństwo zaczęliśmy żyć lepiej i bogaciej. Dziś bardzo trudno nam z tego poziomu zejść, a koszty funkcjonowania nieustannie rosną.

– dodaje.

Im droższe będzie nasze życie codzienne, z tym większą koniecznością zaciągania zobowiązań będziemy się mierzyć. Zadłużenie indywidualne gospodarstw domowych będzie rosło. Nie zarabiamy na tyle dużo, by sprostać rosnącym potrzebom i oczekiwaniom. Z czasem nadejdzie moment bolesnej, ale nieuchronnej korekty. Nakładają się tu na siebie dwa negatywne zjawiska: zła sytuacja w finansach publicznych oraz realne problemy w gospodarce, które bezpośrednio uderzają w nasze portfele.

– ostrzega nasz rozmówca.

"Kluczowe jest to, aby państwo generowało dzisiaj nowe miejsca pracy, a w tym obszarze mamy ogromny problem" – uzupełnia Kosztowniak. 

Kontrakty w Polsce, szczególnie te samorządowe, są coraz mniejsze, wręcz zamierają. Program Polski Ład w zasadzie kończy się w tym roku, w samorządach obserwujemy już tylko ostatnie inwestycyjne niedobitki. Widmo kurczącego się rynku pracy wkrótce do nas dotrze. Przełoży się to bezpośrednio na nasze wynagrodzenia – może jeszcze nie na masową utratę zatrudnienia, ale na pewno na drastyczny spadek dynamiki wzrostu pensji. Przy rosnących kosztach życia doprowadzi to do kolejnej fali zadłużania się Polaków.

– mówi.

Należy odwrócić obecną politykę i wrócić do filozofii proponowanej przez Prawo i Sprawiedliwość, czyli pompowania środków z finansów publicznych w realną gospodarkę. Dzisiaj tego brakuje. Odcięcie od inwestycji dusi rynek pracy i hamuje wzrost wynagrodzeń. Bez nowych miejsc pracy kolejne roczniki będą miały problem z debiutem na rynku, a obecni pracownicy nie wynegocjują podwyżek. Pracodawcy nie tylko nie mają na to środków, ale widząc dużą konkurencję wśród pracowników, nie będą skłonni płacić więcej. Zahamowanie wzrostu wynagrodzeń to perspektywa najbliższych miesięcy, a może nawet roku czy dwóch. Przed nami co najmniej półtora roku gospodarczego marazmu, który utrwali te negatywne tendencje.

– przewiduje ekspert..

Musimy zacząć zatrzymywać pieniądze w budżecie państwa. Zamiast pozwalać na ich wyprowadzanie z systemu, trzeba kierować je prosto w obszar inwestycji. Kapitał musi być w ciągłym obrocie, pieniądze muszą jak najwięcej pracować. Dzisiaj tego mechanizmu nie ma. Środki znikają z rynku i w konsekwencji nie pracują dla Polski.

– kończy.

 

Źródło: niezalezna.pl

NAJNOWSZE Gospodarka