Płaca minimalna bardzo mocno wzrosła i wydaje mi się, że tego wzrostu już wystarczy. Ważne, żeby rosły nasze płace, tych, którzy pracują nie na minimalnej” – mówił niedawno mediom bardzo z siebie zadowolony Ryszard Petru z klubu parlamentarnego Centrum. Niegdysiejszy lider Nowoczesnej ma znów swoje pięć minut, czy raczej pięć sekund, w polskiej polityce, za sprawą nagłośnionych przez media plotek, że ma zostać wiceministrem w Ministerstwie Rozwoju i Technologii.
Polska wedle Petru
Na razie Andrzej Domański, któremu podlega MRiT, zaprzecza pogłoskom na ten temat. Otwarte pozostaje pytanie, czy w tym przypadku sprawdzi się pochodzące jeszcze z czasów PRL powiedzonko, że warto wierzyć tylko zdementowanym informacjom. Rozpad Polski 2050 sprawia, że z drugiego i trzeciego szeregu wychodzą politycy, którzy szukają dla siebie nowej szansy i znów chcieliby nacieszyć się blaskiem fleszy i politycznymi apanażami.
Petru doskonale się czuje w tej sytuacji: skompromitowany przed laty „najgorętszym politycznym romansem” w drodze na Malagę, autor niezliczonych lapsusów językowych, które pokazują niemałą ignorancję człowieka chętnie grającego rolę eksperta, szuka każdej okazji, by przekonać opinię publiczną, że jeszcze coś znaczy w otoczeniu Donalda Tuska. I bardzo dobrze: nikt tak jak on nie potrafi przypomnieć Polkom i Polakom, jak aroganccy, zadufani w sobie, zainteresowani wyłącznie przywilejami najbogatszych są ludzie otaczający lidera trzynastogrudniowej koalicji.
Nie jest żadną tajemnicą, że do 2015 r., czyli do czasu, gdy rządzili ludzie Donalda Tuska, niska płaca minimalna i głodowa wręcz stawka godzinowa były dogmatem ekonomii politycznej III RP. Marne zarobki milionów Polek i Polaków przedstawiano wręcz jako potężny walor naszej gospodarki: tania siła robocza uchodziła za zasób, który przyciągał do nas zachodnie inwestycje, a równocześnie pozwalał na coraz większe i łatwe zyski biznesowi. To był fetysz, który doprowadzał wręcz do ekscytacji polityków pokroju Ryszarda Petru i innych wiernych uczniów Leszka Balcerowicza. Nikt w tym gronie nie zastanawiał się nad społecznymi i gospodarczymi skutkami tej sytuacji: mnóstwo polskich rodzin, pomimo ciężkiej pracy, było zamkniętych w finansowej klatce.
90 groszy żenady
Prawo i Sprawiedliwość doprowadziło do radykalnej zmiany sytuacji: zarówno mocne podniesienie minimalnej, jak i stawki godzinowej wraz z wprowadzeniem polityki 500+ i bardzo dużym spadkiem bezrobocia doprowadziło do sytuacji nieznanej w III RP – dużego wzrostu dobrostanu mnóstwa zwykłych ludzi. Gospodarka od tego nie upadła – wręcz przeciwnie, wiele biznesów przeżyło renesans, od edukacji po turystykę, ponieważ pojawili się nowi klienci. Do końca swoich rządów PiS dbało, by płaca minimalna rosła sensownie, tak że nawet wzrost inflacji nie niszczył pozytywnego bilansu dla polskich portfeli. Problem był gdzie indziej: staro-nowa elita poczuła się zagrożona i bardzo nie podobało się jej to, że większa niż dotąd część dochodów wypracowanych przez zwykłych ludzi trafia do ich kieszeni.
Dziś wracamy na stare, ultraliberalne i antyspołeczne koleiny. W tym tygodniu rząd przedstawił propozycję minimalnego wynagrodzenia za pracę w 2027 r.: 4950 zł brutto miesięcznie oraz 32,30 zł za godzinę. Strona społeczna żądała kwoty 5200 zł brutto. Przypomnijmy, że w tym roku płaca minimalna wynosi 4806 zł brutto, a stawka godzinowa – 31,40 zł. Jeśli rządowe propozycje wejdą w życie, podwyżki wyniosą odpowiednio 144 zł i 90 gr!
Cofamy się o dekadę!
Ktoś powie, że to dla rządu pośmiewisko i wstyd. Wprost przeciwnie – dla tej ekipy to powód do dumy. Dociskanie pracowników najemnych nogą do ziemi, gdy rośnie bezrobocie, to stara strategia balcerowiczowskiej szkoły. Idzie wyłącznie o to, by rosły zyski najbogatszych i wielkiego biznesu. Zwykli ludzie, jak w wielu popularnych planszówkach, właśnie wdepnęli na złe pole i cofają się o ponad dekadę, do czasów sprzed 2016 r.
Oficjalne wytłumaczenie jest takie, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat potężnie wzrosła w Polsce płaca minimalna. Tyle że żadna to zasługa Donalda Tuska i ludzi z jego układu. Przeciwnie, zgodnie z neoliberalnymi założeniami oni od zawsze dbali o to, żeby w Polsce utrzymać „tani, bezrobotny zasób” jako specyficzny kapitał gospodarki na usługach Niemiec i innych zachodnich państw, którym opłacała się znacznie biedniejsza środkowo-wschodnia i południowa Europa. Byliśmy ich bliską kolonią – doskonale wpisywało się to w mentalność naszych „Europejczyków”, choćby pokroju Ryszarda Petru.
Z rozbawieniem obserwuję komentarze części lewicujących znajomych, którzy jesienią 2023 r. poparli Trzecią Drogę i bardzo sobie chwalili Polskę 2050. Teraz ze zdumieniem wołają: „Co robi Ryszard Petru w rządzącej koalicji?! Dlaczego znów wygaduje swoje antyspołeczne dyrdymały wzięte żywcem z balcerowiczowskiego lamusa?”. Drodzy koledzy i koleżanki, to wyście go wybrali w 2023 r., to z jego powrotu do władzy cieszyliście się, wygadując komunały o nowej jakości w polityce, powrocie demokracji, praworządności, wolności słowa i czego tam jeszcze. Wybraliście dla siebie i dla nas powrót na koleiny III RP z jej najgorszymi patologiami.
Ponieważ jednak zwykle należycie do wielkomiejskiej klasy średniej, uważaliście, że nawet jeśli „osiemsetplusowemu plebsowi” się pogorszy, to was to nie dotknie. Teraz z przerażeniem odkrywacie, że cięcia budżetowe, uderzające z całą siłą w ochronę zdrowia, pełzający wzrost bezrobocia, który dotyka również branże, w których pracujecie, a wreszcie śmiesznie niskie podwyżki płacy minimalnej i stawki godzinowej to również wasz problem. I to wszystko fundują wam politycy, którzy tak ładnie się do was uśmiechali.
I wy także wyuczyliście się tego coraz bardziej sztucznego uśmiechu, który odkleja wam się od twarzy, gdy uświadamiacie sobie, że twarzą profilowanej pod was polityki miał być Szymon Hołownia, a ostatecznie został nią Ryszard Petru. Ani trochę mi was nie szkoda – żal za to wszystkich, którzy dobrze wiedzieli, dlaczego tak koszmarne postaci nie mogą już do polskiej polityki wrócić.