1 września Marek Mikos obejmie kierownictwo nad Narodowym Starym Teatrem im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie po kończącym kadencję Janie Klacie. Wraz z nim nową ekipę zasili Michał Gieleta, który będzie sprawował funkcję dyrektora artystycznego: - Jeśli kiedykolwiek myślałem o swoim powrocie do Polski, liczyłem na bardziej ciepłe powitanie. Jednak, mimo wszystko jestem dobrej myśli – mówi twórca w rozmowie z Niezalezna.pl.

Obejmuje pan stanowisko dyrektora artystycznego Starego Teatru w bardzo napiętej atmosferze – część środowiska teatralnego nadal nie może pogodzić się z odejściem Jana Klaty. To chyba musi powodować jakiś dyskomfort?

Przede wszystkim czuję, że to dla mnie ogromny przywilej. Zdaję sobie sprawę z tego, że sytuacja jest skomplikowana. Mogę tylko uszanować uczucia zespołu i zrozumieć, że sporo osób może być rozczarowanych tym, że kadencja pana Klaty nie została odnowiona. Nie mniej, mam głowę pełną pomysłów i serce pełne entuzjazmu i nie widzę powodu, dla którego nie mógłbym zespołu – a przynajmniej jego części – zarazić tym entuzjazmem i opowiedzieć o planach, ideach, które mnie i dyrektorowi Markowi Mikosowi przyświecają.

Ma pan na koncie liczne sukcesy na arenie międzynarodowej, kształcił się pan pod okiem samego Franco Zeffirellego. Czego nauczył się pan od swojego mistrza?
Myślę, że przede wszystkim pewnej wrażliwości wizualnej. To, co było dla mnie rewelacją przy pracy z Franco, to jego niezwykle plastyczne podejście do spektaklu i ogromna uwaga przywiązywana do scenografii. Zanim stałem się jego asystentem i uczniem, współpracowałem z twórcami, którzy czytali sztukę intelektualnie – przez dogłębną analizę tekstu, czy podróże psychologiczne w głąb postaci dramatu. Franco patrzy zawsze przez pryzmat przestrzeni, tego, jak ma dana scena wyglądać, przede wszystkim jest scenografem. Później, gdy widziałem jego filmy czy spektakle, było dla mnie ewidentne, że ma niezwykły talent do „czucia przestrzeni”, również w jej malarskim wymiarze. Potrafi zresztą sam malować sceny, które mu się konceptualizują w głowie. Kilka z tych obrazków podarował mi osobiście i wiele dla mnie znaczą.

W Polsce nie miał pan zbyt wielu okazji, by zaprezentować swoje artystyczne możliwości. Za kilka miesięcy obejmie pan kierownictwo nad jedną z najważniejszych, jeśli nie najważniejszą polską sceną teatralną. Co dla pana oznacza powrót do ojczyzny?
Wiele razy próbowałem rozmawiać z polskimi twórcami, ale zaliczyłem kilka falstartów. Na ten moment trudno mi rozstrzygnąć, czy jest to „powrót” czy „przyjazd” do Polski – czy są to śluby złożone temu teatrowi, czy epizod. Mam nadzieję, że atmosfera się ociepli – bo jeśli kiedykolwiek myślałem o swoim powrocie do Polski i o wykorzystaniu tych wszystkich doświadczeń, które zdobyłem za granicą, liczyłem na nieco inne, bardziej ciepłe powitanie (śmiech). Szczególnie, że bardzo ciężko w życiu pracowałem, żeby osiągnąć to, co osiągnąłem. Nie będąc urodzonym Brytyjczykiem i nie pochodząc z rodziny z koneksjami czy pokaźnym kapitałem, o wiele trudniej było mi dojść do miejsca, w którym dziś jestem. I w momencie, kiedy jest to w jakiś sposób bagatelizowane, czy wyśmiewane, to jest to przykre. Więc na pewno ten mój powrót nie odbywa się w taki sposób, jak sobie to wyobrażałem, ale rzeczywistość często odbiega od naszych wyobrażeń. Mimo wszystko jestem dobrej myśli.

To na koniec krótkie pytanie - gdyby miał pan określić trzema przymiotnikami to, jak w najbliższym czasie widzi pan krakowską scenę, to jakie by to były określenia?
Otwarty, inkluzywny i dobry – a nawet bardzo dobry, jeśli chodzi o jakość spektakli.


Z Michałem Gieletą rozmawiała Magdalena Jakoniuk.

Wywiad z Markiem Mikosem znajdziecie Państwo w czwartkowym wydaniu "Gazety Polskiej Codziennie".