W nocy USA dokonały ataku na bazę lotnictwa syryjskiego z użyciem 59 pocisków samosterujących Tomahawk. Była to odpowiedź na atak chemiczny na opanowane przez rebeliantów miasto Chan Szajchun, o który Stany Zjednoczone oskarżyły reżim prezydenta Syrii Baszara el-Asada.
 
Redaktor naczelny tygodnika „Gazeta Polska” podkreśla, że jest to wyraźny sygnał od Donalda Trumpa i Waszyngtonu dla Kremla i Władimira Putina.

- Putin testował Trumpa w Syrii i się doigrał  - podkreśla Tomasz Sakiewicz.

 
Jak poinformował szef Pentagonu James Mattis, atak z użyciem pocisków manewrujących Tomahawk został przeprowadzony o godzinie 20.45 czasu waszyngtońskiego w czwartek (2.45 czasu polskiego w piątek) w samym środku nocy w Syrii aby zminimalizować ofiary w ludziach. O planowanym ataku Pentagon poinformował wcześniej dowództwo sił rosyjskich stacjonujących w Syrii aby uniknąć przypadkowych rosyjskich ofiar ataku.

Celem ataku przeprowadzonego z dwóch amerykańskich niszczycieli USS Porter i USS Ross, znajdujących się we wschodnim rejonie Morza Śródziemnego, była baza lotnictwa syryjskiego al-Shajrat, w prowincji Homs.

Według amerykańskiego wywiadu to właśnie z tej bazy wystartował samolot syryjskiego lotnictwa wojskowego, który we wtorek zrzucił bombę ze śmiercionośnym gazem bojowym sarinem na miejscowość Chan Szajchun.

Co najmniej czterech syryjskich wojskowych, w tym jeden oficer, zginęło w ataku rakietowym przeprowadzonym przez USA w nocy z czwartku na piątek na bazę syryjskich sił rządowych Szajrat w prowincji Hims - poinformowało Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka.

CZYTAJ WIĘCEJ: Odwet USA za atak chemiczny. Kilkadziesiąt pocisków Tomahawk uderzyło w bazę wojskową w Syrii