Władze Ukrainy zdecydowały o wydaniu zakazu wjazdu na terytorium tego kraju Julii Samojłowej, mającej reprezentować Rosję w Eurowizji. Na reakcję strony rosyjskiej nie trzeba było długo czekać. Kreml jest wściekły i żąda dopuszczenia Rosjanki do udziału w konkursie.

Przedstawicielką Rosji na Eurowizję jest niepełnosprawna wokalistka Julia Samojłowa. Władze ukraińskie ustaliły, że w 2015 roku wystąpiła ona na zaanektowanym przez Rosję Krymie. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) uznała, że Samojłowa złamała w ten sposób ukraińskie prawo i zabroniła w środę piosenkarce wjazdu na Ukrainę przez trzy lata.

- Decyzja strony ukraińskiej w poważny sposób dewaluuje konkurs, który się odbędzie, zadaje to cios prestiżowi Eurowizji. Uważamy tę decyzję na nadzwyczaj niefortunną i faktycznie oczekiwalibyśmy, że do momentu konkursu zostanie ona zrewidowana i rosyjska uczestniczka zdoła w nim uczestniczyć - rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow.

Komentując głosy na temat ewentualnej rezygnacji Rosji z udziału w Eurowizji Pieskow wskazał, że zakaz dotyczący Samojłowej wydały władze Ukrainy, a nie organizatorzy samego konkursu.

- Jednak faktem jest, że autorytet Eurowizji zostaje zachwiany, przynajmniej dla tak ważnego uczestnika, z tak wielką liczbą ludności, jak Federacja Rosyjska – grzmiał rzecznik Kremla.

Stacja informacyjna Rossija24 podała w czwartek, że w związku z nieobecnością przedstawiciela Rosji żaden rosyjski kanał telewizyjny nie będzie transmitował występów z Kijowa. Jednak jeszcze w środę wieczorem państwowy Kanał 1. dementował takie informacje. W razie rezygnacji stacja ta straciłaby miliony widzów, którzy Eurowizję oglądaliby i tak, tyle, że w internecie i ominęłyby ją wpływy z reklam.