Warszawska Opera Kameralna staje na rozdrożu swojej historii. Po latach deregulacji finansów, gigantycznym zadłużeniu i przeroście zatrudnienia faktycznie ma dwie drogi: reformę lub likwidację. Wariantów pośrednich nie ma.

Szefowa WOK-u dr Alicja Węgorzewska przejęła jesienią instytucję po Jerzym Lachu. Ten przez kilka lat prowadził ją po człowieku legendzie Stefanie Sutkowskim. Jak mówią jednomyślnie krytycy i melomani, Lach w cztery lata zaprzepaścił wiele z długoletniego dzieła twórcy WOK-u. Błędy programowe, w opinii wielu karykaturalne nowe inscenizacje i coś, co zdaje się być gwoździem do trumny – długi. Lach zaciągnął gigantyczne zobowiązania pod – jak widać – nietrafione inwestycje. Sam sobie wypłacał horrendalne kwoty za reżyserię, a na WOK-ku ciążą zobowiązania względem kontrahentów na ok. 3 mln zł. Teraz musi to naprawić obecna dyrektor WOK-u Alicja Węgorzewska.

To stajnia Augiasza. Prawie 300 etatów, dwie orkiestry, zastępy dyrygentów i pół setki śpiewaków-solistów na etatach! Tak nie ma nigdzie w Polsce, żaden szanujący się teatr tak nie marnotrawi pieniędzy, tym bardziej że to środki publiczne. Można powiedzieć, że w WOK-u jest chora sytuacja, bo ta instytucja wydaje więcej, niż ma!

– nie kryje oburzenia obecna dyrektor placówki.

W jej opinii złamano wszelkie zasady ekonomii i logiki. Orkiestra klasyczna ma dwa razy więcej osób niż mieści się w orkiestrowym kanale. Pół setki solistów, z których większość w ciągu roku pojawiała się w pracy raz albo dwa. Niskie wynagrodzenia i brak perspektywy na godne życie. Do tego praca pozorowana. Czy należy to kontynuować? Każdy zdroworozsądkowy człowiek powie: nie. 

Szefowa WOK-u 14 lutego skierowała do związków zawodowych informację o konieczności zwolnień grupowych, co oznacza, że za zwolnienia nowa dyrekcja chce zapłacić niemałe przecież odszkodowania. Mimo że pisma tego typu to pisma służbowe, szybko zostały upublicznione. Oczywiście wyłącznie na zasadach czarnego piaru. 

Takie opiniowanie to wymóg ustawowy – mówi szefowa WOK-u. Niejako początek negocjacji, ale zdumiewa mnie fakt, że rozmawia się przez media, a nie przy stole. Ktoś chce prać brudy rękami mediów zamiast zadać sobie pytanie: czy nie lepiej zadbać o operę – ludzi? 

Dyrektor rozmawia z pracownikami, nie unika wyzwań, ma czas dla ludzi. Z tego, co mówią anonimowi pracownicy WOK-u, po przyjściu do Opery Węgorzewska od razu podjęła działania dotyczące zwrotu pracownikom tego, co im poprzednik zabrał – m.in. wypłaty zaległych wynagrodzeń z Festiwalu Mozartowskiego. Mówią także, że po raz pierwszy ktoś docenił pracę muzyków, ich dokonania. Dał nagrodę.

Prawda jest taka, że reforma, którą przeprowadza nowa szefowa WOK-u, to być albo nie być dla instytucji. Na jej budżet w razie likwidacji czekają chętni. Widać też, że cały temat jest rozgrywany politycznie. Ci, którzy latami szkalowali Operę Kameralną, nagle stają w jej obronie. Jak to tłumaczyć? Komu przeszkadza dobra zmiana w tym zakresie? Komu zależy na konflikcie i – co realne – likwidacji placówki?

Tajemnicą poliszynela jest to, że za protestem stoją muzycy i śpiewacy z tzw. drugiej linii albo związkowcy, którzy chronią się poprzez ustawę o związkach zawodowych. Na takie działanie mówi się w środowisku „bunt czwartych pulpitów”. Ci z pierwszych nie potrzebują adwokatów. Węgorzewska chce przeprowadzić egzaminy wszystkim artystom, powołała do tego niezależne jury złożone z zagranicznych autorytetów.

To uczciwe postawienie sprawy, jedyna możliwa weryfikacja. Cięcia kadrowe to jedyna droga do tego, aby ci, którzy chcą i potrafią pracować, zarabiali godnie i nie musieli łapać chałtur, gdzie tylko się da.

Czas dać godne wynagrodzenie tym, którzy są w stanie podźwignąć wymagania XXI w. Ciekawe, że ci, którzy znają swoją wartość i są ulubieńcami publiczności, mają markę, nie protestują – mówi Węgorzewska. – W tym kontekście dziwi postawa Stefana Sutkowskiego, który po spektaklu z udziałem orkiestry instrumentów dawnych Musicae Antiquae Collegium Varsoviense (MACV) pochwalił drogę, którą zmierzamy. Stwierdził w wywiadzie dla TV Republika, że w końcu poczuł ducha Mozarta po wykonaniu „Cosi fan tutte” przez MACV pod kierownictwem Friedricha Haidera – niekwestionowanego lidera, jednego z najwybitniejszych dyrygentów, osobowości muzycznych Europy. To był ewenement. Jak widać po recenzjach, entuzjastycznie przyjęty nie tylko przez dyr. Sutkowskiego, ale także przez znawców muzyki, jak też i publiczność. Kilkuminutowa owacja na stojąco! Czy trzeba lepszej recenzji? – konkluduje Węgorzewska. Teraz, zapewne w kontekście całego zamieszania, nagle zmienił zdanie. A opcje są dwie: opera zreformowana albo jej likwidacja. Nie da się wydać 200 zł, gdy ma się w portfelu 100. 

Chcę opery na światowym poziomie, godziwie wynagradzanych i dyspozycyjnych muzyków, solistów. Bo cóż z tego, że solistów jest wielu, jak przychodzi skonstruować plan artystyczny, to mamy problem z ich dostępnością. Mają inne zobowiązania! Jak będą w WOK-u naprawdę godziwie zarabiali, to będą dla nas zawsze dostępni

– kwituje Alicja Węgorzewska.

Warszawska Opera Kameralna przez kilka dekad etatowo się rozrastała, niczym śnieżna kula. Przerost etatów krytykują nawet jej pracownicy. Wystarczy kliknąć w internecie, aby przeczytać, że stała się w opinii wielu swoistym „przytułkiem”, dającym etaty. Tak nie ma nigdzie na świecie.