Dziś wieczorem startuje 41. odsłona Festiwalu Filmowego w Gdyni. Zwycięskie grono szesnastu tytułów, w tym aż siedmiu debiutantów, powalczy o prestiżowe Złote Lwy. „Uważam, że to najlepsza selekcja spośród tych trzech, przy których miałem okazję pracować” – zdradził portalowi niezalezna.pl dyrektor gdyńskiego festiwalu Michał Oleszczyk na kilka godzin przez uroczystą inauguracją wydarzenia. 

Jak Pańskie samopoczucie przed galą otwarcia? 

Zawsze jest trochę tremy, ale tak naprawdę bardziej stresujące są przygotowania do festiwalu niż on sam. Przede wszystkim czuję radość i ekscytację na myśl o dzisiejszym wieczorze.

Wiadomo, że wybór tytułów startujących w konkursie głównym to nierzadko sztuka kompromisów. Jest pan zadowolony z wyłonionej szesnastki?
Uważam, że to najlepsza selekcja spośród tych trzech, przy których miałem okazję pracować - wszystkie filmy, na których mi zależało znalazły się w Konkursie Głównym festiwalu. Jestem bardzo ciekaw werdyktu i myślę, że jury będzie miało trudne zadanie, bo nie dość, że wszystkie filmy prezentują wysoki poziom artystyczny, to mówi się o co najmniej kilku mocnych kandydatach do Złotych Lwów.

Wśród wyłonionych tytułów znalazło się aż siedem debiutów. O czym to może Pana zdaniem świadczyć?
Rzeczywiście, ponad połowa z wyłonionych finalistów urodziła się w latach 80. To pokazuje, że pokolenie 30-latków dochodzi do głosu, również za kamerą.

„Smoleńsk” podzielił środowisko filmowe w Polsce. Pan zdecydował się pokazać obraz Antoniego Krauzego podczas specjalnego pokazu pozakonkursowego. Dlaczego?
Z dwóch powodów – po pierwsze jest to najbardziej dyskutowany polski film sezonu, więc uznałem, że ta dyskusja powinna zaistnieć również w Gdyni. Po drugie pan Antoni Krauze pracował nad tym obrazem długo, w niełatwych warunkach, i film, mimo politycznych burz wokół niego, ostatecznie ukończył. Festiwal w Gdyni został stworzony jeszcze w latach 70. przez filmowców dla filmowców i panu Krauzemu, ze względu na jego dorobek, taki pokaz pozakonkursowy po prostu się należy.

W tym roku 75 lat skończyłby Krzysztof Kieślowski. Część festiwalowych wydarzeń będzie poświęcona właśnie jemu. Jak Pan myśli, czy młodzi twórcy, których w konkurencji po Złote Lwy znalazło się tak wielu, potrafią czerpać z jego dorobku?
Jak najbardziej. Niektóre z obrazów niemal wprost nawiązują do stylistyki charakterystycznej dla Kieślowskiego – echa jego twórczości pobrzmiewają np. w „Zjednoczonych stanach miłości” Tomasza Wasilewskiego, które ukazując portret blokowiska w okresie transformacji, przywodzą na myśl „Dekalog”. Tę inspirację widać również w filmie „Body/Ciało” zeszłorocznej zwyciężczyni Małgorzaty Szumowskiej. Z drugiej strony pamiętajmy też, że Kieślowski był dokumentalistą  - kiedy oglądam takie filmy jak np. „Fale” Grzegorza Zaricznego, to mam wrażenie, że to dokumentalne oko Kieślowskiego też jest tutaj obecne. To dowód na to, że Krzysztof Kieślowski nadal żyje – nie tylko w filmach, które po sobie zostawił, ale również w obrazach wykreowanych przez jego uczniów.

Czego mogą się nauczyć młodzi filmowcy od reżysera „Dekalogu”?
Myślę, że poza warsztatem, przede wszystkim pewnej uwagi i empatii – ciekawości drugiego człowieka, która tak bardzo wyróżniała obrazy Kieślowskiego.