Kartoteki funkcjonariuszy służb specjalnych PRL-u, agentura Departamentu IV, meldunki operacyjne komunistycznego wywiadu, dane tajnych współpracowników działających m.in. w sferze biznesu i mediów składają się na zawartość zbioru zastrzeżonego, tzw. Z, Instytutu Pamięci Narodowej. Znalazły się w nim również dotyczące lustrowanych osób dokumenty, które nigdy nie trafiły do sądów podczas ich procesów lustracyjnych. Jednak odtajnienie tego zbioru nie nastąpi szybko. Jak ustaliła „Gazeta Polska”, jeszcze do końca I kwartału br. szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego kierował do IPN wnioski o przedłużenie okresu zastrzeżenia tajnych dokumentów

Ujawnienie zbioru zastrzeżonego wstrząśnie polską opinią publiczną – można go jedynie porównać do publikacji „Raportu z weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych”. Dziesięć lat temu komisja weryfikacyjna pracująca pod przewodnictwem Antoniego Macierewicza, na podstawie dokumentów, zgromadziła informacje dotyczące nielegalnej działalności wojskowych służb specjalnych działających po 1990 r. Okazało się wówczas, że wpływy agentury w najważniejszych dziedzinach życia publicznego w III RP mają swój początek w PRL. Raport z weryfikacji WSI objął wyłącznie służby wojskowe – teraz mają być ujawnione zasoby cywilnych służb specjalnych PRL-u.

Zlustrowani nie do końca

W ostatnim czasie ze zbioru zastrzeżonego zostały wyodrębnione dokumenty dotyczące nieżyjącego już Roberta Mroziewicza, polityka Unii Wolności, którego lustracja toczyła się przez wiele lat. Teraz okazuje się, że w zbiorze zastrzeżonym były dokumenty, które nigdy nie trafiły do sądu. Robert Mroziewicz był bardzo wpływowym politykiem wywodzącym się ze środowiska Adama Michnika i Jacka Kuronia – od 1992 do 1997 r. przez kolejne rządy (Hanny Suchockiej, Waldemara Pawlaka, Józefa Oleksego, Włodzimierza Cimoszewicza) był wiceministrem spraw zagranicznych, a w rządzie Jerzego Buzka pełnił funkcję wiceministra obrony narodowej, zajmując się integracją Polski z NATO.

Proces lustracyjny Mroziewicza, który rozpoczął się w 1999 r., wywołał burzę. Rzecznik interesu publicznego sędzia Bogusław Nizieński znalazł się na celowniku „Gazety Wyborczej”. W obronę Mroziewicza zaangażowali się m.in. Helena Łuczywo i Piotr Pacewicz, zastępcy Adama Michnika, redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”. Jacek Kuroń, wówczas polityk Unii Wolności, publicznie skrytykował lustrację, a za okoliczność obciążającą uznał to, że nazwisko Mroziewicza dostało się do publicznej wiadomości przed wyrokiem sądu.

14 czerwca 2000 r. sąd uznał, że Mroziewicz był kłamcą lustracyjnym, ponieważ nie ujawnił kontaktów z wywiadem i kontrwywiadem PRL podczas pobytu za granicą w latach 70. i 80. W 2002 r. Sąd Najwyższy uwzględnił jego skargę kasacyjną, a w 2007 r. proces o kłamstwo lustracyjne umorzono, ponieważ sąd uznał, że Robert Mroziewicz „działał w błędzie”.

„Jak poinformował jeden z sędziów Sądu Lustracyjnego, uznano, że R. Mroziewicz w swym przekonaniu złożył prawdziwe oświadczenie lustracyjne o tym, że nie był agentem, choć »obiektywnie było ono nieprawdziwe«.

Sędzia wyjaśnił, że w latach dziewięćdziesiątych Mroziewicz kilka razy był dopuszczany przez polskie służby specjalne jako wiceszef MON do tajemnic państwowych, w tym do sekretów NATO (w tej procedurze sprawdza się m.in. związki danej osoby ze specsłużbami PRL, które same w sobie nie uniemożliwiają wydania certyfikatu dopuszczającego do tajemnic). »Lustrowany uznał, że jeśli jest dopuszczony do tajemnic, to jego kontakty z SB nie były współpracą w rozumieniu ustawy; sądził, że gdyby istotnie współpracował, nie wydano by mu tych dopuszczeń« – wyjaśnił sędzia. Zarazem sąd uznał, że obiektywnie była to współpraca w rozumieniu ustawy, bo zachowało się »kilka dokumentów sporządzonych przez Mroziewicza dla SB«. Reasumując: ponieważ Robert Mroziewicz w sprawie swojej współpracy z SB kłamał wcześniej wielokrotnie i zawsze mu się udawało, to miał prawo oczekiwać, że uda się i tym razem. Działał więc »w wyniku błędu« co do oceny sytuacji, ponieważ tym razem jednak wyszło na jaw, że skłamał” – czytamy w książce pt. „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka. Przewodniczącym składu orzekającego był sędzia Piotr Hofmański; oprócz niego w składzie orzekającym byli sędziowie Jacek Sobczak i Józef Szewczyk.

Teraz okazało się, że część dokumentów dotyczących Roberta Mroziewicza nigdy do sądu nie dotarła – były skutecznie schowane w zbiorze zastrzeżonym. Według nieoficjalnych informacji nie jest to jedyny przypadek – w „Z” znajduje się znacznie więcej dokumentów, które odsłonią nieznane historie z przeszłości wielu znanych osób.

Ochrona służb PRL i agentury

Zbiór zastrzeżony budzi emocje od chwili opisania go w ustawie o Instytucie Pamięci Narodowej z 18 grudnia 1998 r. Składa się on z dokumentów przesłanych od momentu powstania IPN przez szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, szefa Agencji Wywiadu, szefa Straży Granicznej oraz ministra obrony narodowej, a po reformie służb także przez szefów Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Służby Wywiadu Wojskowego oraz Centralnego Biura Antykorupcyjnego.

Według ustawy, przez określony okres w tajnym zasobie znajdują się dokumenty istotne dla bezpieczeństwa państwa. Jak ustaliła „Gazeta Polska”, trafiły tam dokumenty dotyczące m.in. agentury wywodzącej się z mediów, biznesu oraz służb. W „Z” do dziś są teczki funkcjonariuszy służb specjalnych PRL, z których większość jest już na emeryturze i trudno wytłumaczyć, dlaczego są oni chronieni ze względu na bezpieczeństwo państwa. Część dokumentów dotyczy agentury powołanego do walki z Kościołem Departamentu IV, w którym pracowali zabójcy księdza Jerzego Popiełuszki – Grzegorz Piotrowski, Leszek Pękala, Waldemar Chmielewski i Adam Pietruszka. Departament IV miał bardzo silnie rozbudowaną agenturę, a odtajnienie dokumentów pozwoli na pokazanie skali problemu.

W „Z” znalazły się również meldunki, szyfrogramy i korespondencja Departamentu I, czyli wywiadu PRL. Jak cenne są to papiery, świadczą inne tego typu dokumenty, które już zostały ujawnione. Wystarczy przypomnieć korespondencję wywiadu wojskowego PRL-u, czyli Zarządu II Sztabu Generalnego. To właśnie dzięki tej dokumentacji wiadomo o kontaktach Grzegorza Żemka, szefa FOOZ i agenta wywiadu wojskowego, z funkcjonariuszami tej służby – w korespondencji są opisane m.in. zadania, które miał realizować dla wojskowej bezpieki.

W zbiorze zastrzeżonym IPN w korespondencji wywiadu cywilnego są także wymienieni agenci, którzy realizują zadania dla cywilnej bezpieki – są to m.in. ludzie z kręgów biznesu. Z ujawnionych do tej pory dokumentów wynika, że w biznesie i mediach były osoby zarejestrowane przez cywilną bezpiekę, m.in. Leszek Czarnecki, właściciel Getin Banku, potentat farmaceutyczny Jerzy Starak czy dziennikarz Marek Niedźwiecki.

Spór o zbiór zastrzeżony

Chociaż ustawa IPN jeszcze nie weszła w życie, już rozgorzała dyskusja, czy zbiór zastrzeżony ma być w całości ujawniony.

Byłbym tu bardzo ostrożny. Jest w nim, owszem, sporo materiałów, które nigdy nie powinny się tam znaleźć, ale są również materiały, których ujawnienie może narobić dużo szkód poszczególnym ludziom, krajowi i polskim służbom. Niektóre materiały trzeba jednak obłożyć klauzulami tajności i dobrze pilnować, żeby pod pretekstem badań naukowych nie dotarli do nich np. przedstawiciele obcych służb. Tu muszą obowiązywać stosowne zabezpieczenia

– mówił w styczniu br. portalowi wpolityce.pl dr Piotr Gontarczyk, historyk z IPN.

Jak ustaliła „Gazeta Polska”, w pierwszym kwartale tego roku szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Piotr Pogonowski skierował do IPN cztery wnioski o zastrzeżenie 33 jednostek archiwalnych (akt, które znajdują się pod jedną sygnaturą) oraz zastrzeżenie 113 kart. Oznacza to, że nie będą mogły być one ujawnione ze zbioru zastrzeżonego przez okres, który we wniosku określił szef ABW.

Nowy prezes IPN w porozumieniu z szefami służb ujawni dokumenty, które przez 26 lat były ukryte przed opinią publiczną – już dziś wiadomo, że klucz tworzenia zbioru zastrzeżonego nie był czytelny i zrozumiały.

Argument o tzw. tajnych współpracownikach tajnych służb, po 26 latach licząc od daty od likwidacji SB, należy uznać za nietrafny, a wręcz zahaczający o budowanie motywu, który ma za zadanie usprawiedliwić w oczach opinii publicznej kontynuację ukrywania akt operacyjnych komunistycznego aparatu represji. Tymczasem do zbioru zastrzeżonego były wprowadzane dokumenty także bez jakiejkolwiek podstawy merytorycznej, co wprost wynika z dotychczasowych badań. Miało to na celu ukrywanie dowodów zbrodni oraz interesów komunistycznej bezpieki

– mówi nam Piotr Woyciechowski, ekspert podkomisji ds. nowelizacji ustawy o IPN.

I dodaje:

Zapytam retorycznie – co istotnego dla bezpieczeństwa państwa miało ukrywanie przez ostatnie 15 lat w zbiorze zastrzeżonym akt Jerzego Zelnika lub też skazanego w latach 60. w procesie kryminalnym Mariana Kargula vel Kierdela? Na ukrywanie w tajnym zbiorze tych, a także innych dokumentów nie ma żadnego merytorycznego uzasadnienia. Trzeba go ujawnić jak najszybciej, tym bardziej że jest on skatalogowany i opisany.

Pierwsze dokumenty ze zbioru zastrzeżonego poznamy najwcześniej za pół roku – wszystko będzie zależało od wyboru nowego prezesa IPN.

Cały tekst przeczytasz w najnowszym numerze „Gazety Polskiej”