Moskwa zbiera siły na kierunku zachodnim. Szykuje się na wielką wojnę

  

Wyścig zbrojeń na europejskiej granicy Rosji i NATO zdecydowanie wygrywa ta pierwsza. Na wciąż symboliczną obecność zachodnich żołnierzy i amerykańskie deklaracje zwiększenia sił Moskwa odpowiada budową potężnych uderzeniowych zgrupowań.

Rosja odmówiła udziału w czwartym szczycie bezpieczeństwa atomowego w Waszyngtonie – choć w trzech poprzednich takich inicjatywach Baracka Obamy uczestniczyła. USA uznały to za dowód „samoizolowania się Rosji”, Rosja zaś uzasadniała absencję „brakiem zrozumienia ze strony Waszyngtonu”. Amerykanie od dawna oskarżają Moskwę, że łamie traktat INF, przewidujący zakaz prac nad pewnymi rodzajami broni jądrowej.

Demonstracyjna absencja Władimira Putina na waszyngtońskim szczycie pokazuje, że mimo pewnego politycznego dialogu (częste spotkania i rozmowy Johna Kerry’ego z Siergiejem Ławrowem i Władimirem Putinem), na płaszczyźnie bezpieczeństwa tak napiętych relacji nie było od połowy lat 80. Z jednej strony szef Pentagonu Ashton Carter oraz generałowie Philip Breedlove i Ben Hodges wskazują na Rosję jako główne zagrożenie dla USA, z drugiej mamy ostre wypowiedzi moskiewskich polityków, a rosyjscy wojskowi od niedawna zaczęli znów oficjalnie używać zimnowojennego określenia „bardzo prawdopodobny przeciwnik” w odniesieniu do USA i ich sojuszników. Konfrontacja ta nie ogranicza się zresztą tylko do słów. Wzmacnianie wschodniej flanki NATO ma wybitnie defensywny charakter i ma przekonać Moskwę, że nie warto atakować któregokolwiek państwa Sojuszu. Sądząc po posunięciach Kremla, na razie nie przynosi to skutku.

Rozwiązania zimnowojenne na topie
W grudniu 2015 r. minister obrony Siergiej Szojgu przedstawił kadrze dowódczej obraz „rozbudowy” potencjału militarnego NATO u granic Rosji, na co – jak podkreślił – należy odpowiedzieć asymetrycznie [jest ok, chodzi o to, że Rosja ma zwiększać siły szybciej i bardziej niż przeciwnicy] i wzmacniać własne siły w Zachodnim i Południowym Okręgu Wojskowym.

Podczas gdy NATO z wolna zwiększa swój potencjał na wschodniej flance, Rosja – w dużo szybszym tempie – formuje na tzw. zachodnim kierunku strategicznym nowe pancerne zgrupowania. Tylko w Zachodnim OW wojsko ma do końca roku dostać ponad 1100 sztuk nowego i zmodernizowanego sprzętu wojskowego. Biorąc pod uwagę formowane nowe jednostki, Rosja na zachodnim kierunku zwiększy liczbę czołgów do 850–900 oraz 1500 wozów bojowych. Większość będzie rozmieszczana na obszarze graniczącym z Ukrainą (obwody rostowski, woroneski, smoleński) w odległości 80–100 km od granicy.

Rozbudowę tego potencjału charakteryzują zmiany strukturalne, oznaczające odchodzenie od modernizacyjnych reform Anatolija Sierdiukowa (2008–2011) i powrót do rozwiązań zimnowojennych. Tak należy odbierać formowanie nowych dywizji: w Zachodnim OW powstaną dwie, w Południowym OW – jedna. W tych jednostkach pancernych i zmechanizowanych przywracana jest na miejsce dotychczasowej struktury batalionowej struktura pułkowa, która istniała w rosyjskich wojskach lądowych i została zlikwidowana w czasie, gdy ministrem obrony był Anatolij Sierdiukow.

Czerpiąc z sowieckich tradycji
W Zachodnim OW formowane są 1. Armia Pancerna i 20. Armia Połączonych Rodzajów Sił. Nazwy nie powinny mylić, w rzeczywistości mają to być duże jednostki, de facto wielkie dywizje armijne, składające się z sześciu pułków każda – jak za sowieckich czasów. Nowe dywizje mają mieć siedziby w Jelnej i Boguczarze. Wbrew pozorom, nazwy mają tu duże znaczenie. 1. Armia Pancerna była jedną z sześciu sformowanych w czasach sowieckich potężnych grup czołgowych, które szły na czele ofensywy przeciwko III Rzeszy. W czasach zimnej wojny stacjonowała w NRD. Została rozformowana w 1998 r. Trzon reaktywowanej jednostki stanowić mają dwie elitarne brygady: Tamańska Dywizja Zmechanizowana i Kantemirowska Dywizja Panceerna. 1. Armia Pancerna ma łącznie liczyć pół tysiąca czołgów, w tym T-72B3, T-80 oraz najnowsze, słynne T-14 Armata.

Z kolei trzon 20. Armii będą stanowiły dwie brygady zmotoryzowane z dowództwami w Smoleńsku i Woroneżu. Łącznie 20 tys. ludzi. Jak za czasów sowieckich, teraz każda dywizja pancerna (w tym wypadku 1. Armia Pancerna) będzie miała trzy pułki czołgów, pułk zmotoryzowany, pułk artylerii samobieżnej i pułk rakietowej obrony przeciwlotniczej. Każda zmotoryzowana dywizja (w tym wypadku 20. Armia) natomiast ma mieć trzy pułki zmotoryzowane, jeden pułk czołgów, pułk artylerii samobieżnej i pułk rakietowej obrony przeciwlotniczej. Dywizję mają wspierać pododdziały wywiadu, łączności, logistyki, walki elektronicznej, wojsk chemiczno-biologiczno-atomowych. To ma być trzon sił lądowych SZ FR. Te właśnie jednostki jako pierwsze dostaną nowe czołgi T-14 Armata i pojazdy bojowe Kurganiec. Podobna reforma jest realizowana w Południowym OW. Do końca 2016 r. w Rostowie nad Donem ma być nowa dywizja zmotoryzowana. Z 10 tys. ludzi i strukturą, jak w dywizjach Zachodniego OW.

Wymienione trzy dywizje nie powstają od podstaw. Mają się oprzeć na już istniejących brygadach, a w nowej formule będą to jednostki z dużo większą siłą ognia, większymi możliwościami uderzeniowymi i zdolne do wykonywania działań na dużo większym teatrze wojennym. Oczywiście Moskwa nie chce całej armii narzucać struktury dywizyjnej. Ma ona się składać z różnych formacji, od dywizji właśnie, przez brygady po batalionowe grupy taktyczne (takiego rodzaju zgrupowań bojowych Rosja używa w Donbasie) – chodzi o zachowanie zdolności działania na różnych frontach, w różnych warunkach i w celu osiągnięcia różnych zadań.

Na wszystkich frontach
Pod koniec marca, przemawiając na naradzie kadry dowódczej, minister obrony Siergiej Szojgu ogłosił rozmieszczenie nowych systemów rakietowej obrony przeciwlotniczej S-400 koło Nowosybirska w Centralnym Okręgu Wojskowym. Nowe jednostki mają być sformowane do 2020 r., aby „drastycznie zwiększyć strefę obrony przed atakami powietrznych formacji prawdopodobnego wroga – będziemy zdolni zestrzeliwać sterowane pociski rakietowe lecące na niskich, średnich i dużych wysokościach”. Lokalizacja S-400 koło Nowosybirska nie jest przypadkowa. To kolejny etap rozbudowy obrony przemysłu zbrojeniowego w wielkich miastach w głębi Rosji.

Ostatnie posunięcia Moskwy wskazują, że rosyjska armia gotuje się do wielkiej wojny na wszystkich frontach, na ziemi, morzu i w powietrzu. Rozbudowa potencjału militarnego odbywa się więc nie tylko na zachodzie kraju, w Europie, ale też na dwóch innych potencjalnych frontach wojny z USA: w Arktyce i na Dalekim Wschodzie. Bazy mają być budowane na Wyspie Wrangla, na północy Czukotki i na Morzu Arktycznym.

Właśnie amerykański kontekst wydaje się tłumaczyć na pozór zaskakującą, w świetle całkiem niezłych relacji z Japonią, decyzję o wysłaniu wojsk na Kuryle. W tym jeszcze roku na wyspach Kunaszyr i Iturup, do których pretensje zgłasza Tokio, pojawią się nowe systemy przeciwokrętowych pocisków sterowanych Bal i Bastion, jak też nowe szpiegowskie drony. Na Kuryle mają być też wyprawione dodatkowe okręty Floty Pacyfiku. Rosyjski Sztab Generalny uważa archipelag za strategiczny rejon pierwszej kategorii. W ramach wzmacniania tej wschodniej flanki w obliczu wroga amerykańskiego, rosyjska flota rozmieści w bazie Wiljuczińsk na Kamczatce swoje najnowsze podwodne okręty atomowe klasy Borej, uzbrojone w nowe pociski balistyczne z głowicami jądrowymi Buława. Z ośmiu planowanych do budowy takich jednostek, aż pięć będzie stacjonowało na Kamczatce. Operując na Pacyfiku, okręty Borej będą mogły w razie konfliktu razić buławami cele w USA, i to nie tylko na Alasce. Wysłanie większości borejów na Morze Ochockie jest motywowane chęcią lepszego zabezpieczenia tych nowych okrętów przed wrogim atakiem. W przeciwieństwie do otwartego od północy (USA) Morza Barentsa, Morze Ochockie jest niemal wewnętrznym akwenem rosyjskim. Od otwartych wód Pacyfiku oddzielają je właśnie Kuryle. To dlatego Rosjanie chcą je zamienić w najeżony bronią szaniec uniemożliwiający wrogim siłom penetrowanie wód, na których będą się chroniły boreje.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie


Wczytuję komentarze...

Lisiewicz: Jan Olszewski to człowiek, który zdefiniował epokę. Testament AK w III RP

śp. premier Jan Olszewski / @prezydentpl

Piotr Lisiewicz

Szef działu „Kraj” w tygodniku „Gazeta Polska”. Na jej łamach publikuje m.in. całostronicowe felietony o charakterze satyry politycznej.

Kontakt z autorem

  

„Dzisiaj widzę, że nie wszystko się skończyło, że jednak wiele jeszcze trwa i że to, czyja będzie Polska, to się dopiero musi rozstrzygnąć” – te słowa premiera Jana Olszewskiego z nocy z 4 na 5 czerwca 1992 zdefiniowały najważniejszy spór w III RP na ponad ćwierćwiecze. Należy je uznać za kontynuację „Ostatniego rozkazu dziennego dowódcy Armii Krajowej”, w którym „Niedźwiadek” pisał: „Nigdy nie zgodzimy się na inne życie, jak tylko w całkowicie suwerennym, niepodległym i sprawiedliwie urządzonym społecznie Państwie Polskim”. 4 czerwca Olszewski przerwał taniec polskiego chochoła i wyznaczył, czym jest realizacja testamentu Armii Krajowej w nowych czasach – pisze w najnowszym numerze „Gazety Polskiej” Piotr Lisiewicz.

Kazimierz Wierzyński w wierszu „Na rozwiązanie Armii Krajowej” tak pisał o rozkazie generała Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka”:

Zwinąć chorągiew z masztu. Krepą jest zasnuta
Za dywizję Rataja, Okrzei. Traugutta.
Pociąć sztandar w kawałki. Rozdać śród żołnierzy,
Na drogę, niech go wezmą. Na sercu niech leży.

„Każdy z Was musi być dla siebie dowódcą” – pisał w cytowanym rozkazie „Niedźwiadek”. Można powiedzieć, że Jan Olszewski, ówczesny nastolatek z Szarych Szeregów, pseudonim „Orlik”, całym życiem wypełniał tamten testament. To było naturalne także dlatego, że był krewnym wymienionego przez Wierzyńskiego patrona jednej z ostatnich powstańczych dywizji z 1944 r. - Stefana Okrzei. Okrzeja, działacz niepodległościowy i socjalistyczny, był jednym z założycieli Organizacji Bojowej Polskiej Partii Socjalistycznej. Został powieszony na stokach Cytadeli Warszawskiej.


Ale w 1992 r. Olszewski nie był już dowódcą tylko dla siebie, a dla narodu. I zdefiniował, czym jest realizacja testamentu AK na odmienionym polu bitwy. Od której uczciwy Polak nie ma prawa zdezerterować.


Spadek komunizmu: rozległy, straszny, zagrażający narodowi

Zdania, które padły w przemówieniu z 4 czerwca 1992 były słowami politycznego wizjonera, któremu los pozwolił wcześniej, jako obrońcy prześladowanych w komunistycznych procesach, lepiej niż innym poznać mechanizmy działania bezpieki. Olszewski w czasie dramatycznej nocy z 4 na 5 czerwca zdefiniował je jako zagrożenie dla interesu narodowego, dla programu odbudowy niepodległości, dla egzystencji państwa:

„(…) nikt lepiej ode mnie nie wie, jak straszliwy jest ten spadek, jak rozległy, jak wielki, jak straszne może pociągać skutki dla losów jednostek w niego wplątanych, wtedy, kiedy te jednostki biorą udział w kierowaniu życiem politycznym. W warunkach, w których my działamy – jak tragiczne może mieć to skutki dla interesu już nie publicznego, dla interesu narodowego”.

Amen! – możemy dodać znając dalsze losy III RP. Brak rozliczenia Jaruzelskiego i Kiszczaka, sądowa bezkarność komunistycznych zbrodni, posmoleńska bezradność polskiej wspólnoty, fasadowa scena polityczna i medialna zdominowana przez ugrupowania mające powiązania z dawną bezpieką, zdrada wielkiej części inteligencji ukształtowanej przez komunizm, sprowadzenie gospodarczej konkurencji do fikcji, masowa emigracja tych, którzy nie dostali w III RP szans bo byli z niewłaściwych rodzin – wszystko to znamy na pamięć. (…)


Jan Olszewski umarł młodo

Gdy Jan Olszewski wypowiadał historyczne słowa „Czyja jest Polska”, wygłaszał je może nie w politycznej próżni, ale w sytuacji, gdy dla większości Polaków, w tym ówczesnego młodego pokolenia, były to tezy niezrozumiałe, dalekie od jego emocji  i wyobrażeń. A i pamięć o tradycji, której wyrazicielem był przegrywający premier czy nawet o samym Powstaniu Warszawskim, zaprzątała głowy nielicznych.


Minęło prawie 27 lat i dziś spór o to, czyja będzie Polska, któremu strona będąca w defensywie nadaje różne obraźliwe nazwy, jest pierwszoplanowy. A ofensywa obozu, który wziął za swój postulat Olszewskiego, dokonała się przy kluczowym udziale młodego pokolenia. Dodajmy, że w ukształtowaniu wyobraźni politycznej tego pokolenia porzucone ćwierć wieku temu symbole z czasów Powstania Warszawskiego odegrały rolę decydującą.


W tym sensie także Olszewski z 1992 r. okazał się wizjonerem, mężem stanu, bo postawił na program trudny, ale perspektywiczny. Można powiedzieć, że gdy miał 62 lata i był odwołanym premierem, mógłby czuć się człowiekiem starym, reprezentującym dawny świat, po którego przegranej zapowiadano szumnie tryumf „depczącej przeszłości ołtarze” młodości.


Odchodząc z tego świata w 2019 r., mając lat 88, mógł Olszewski czuć się człowiekiem młodym, bo to jego idea porwała miliony wnuków i prawnuków. Młodość wzięła sobie na sztandary - mówiąc Asnykiem - nie deptanie owych ołtarzy, a czerpanie z ich „świętego ognia”. I w 2019 r. odpowiedź na pytanie „Czyja Polska”, jest dziś nieporównywalnie bliższa tej, że właśnie Jana Olszewskiego i wszystkiego, co było mu bliskie.


Zło kontra dobro, wolność kontra niewolnictwo


Co takiego było w owym „Ostatnim rozkazie dziennym dowódcy Armii Krajowej”, że stał się on programem obozu niepodległościowego? Podpisany pseudonimem „Niedźwiadek” generał Okulicki pisał 19 stycznia 1945 rozwiązując Armię Krajową:

„Polska, według rosyjskiej receptury, nie jest tą Polską (…) dla której popłynęło morze krwi polskiej i przecierpiano ogrom męki i zniszczenie Kraju (…) nigdy nie zgodzimy się na inne życie, jak tylko w całkowicie suwerennym, niepodległym i sprawiedliwie urządzonym społecznie Państwie Polskim”.


To był rozkaz na dziesięciolecia: „Obecne zwycięstwo sowieckie nie kończy wojny. Nie wolno nam ani na chwilę tracić wiary, że wojna ta skończyć się może jedynie zwycięstwem jedynie słusznej Sprawy, tryumfem dobra nad złem, wolności nad niewolnictwem”.


„Jedynie zwycięstwo”, „jedynie słusznej sprawy”, „tryumf zła nad dobrem”, „wolności nad niewolnictwem” – to był katechizm pokolenia, a nie partyjny postulat. Zwalniając żołnierzy AK z przysięgi Okulicki wydał im jasną instrukcję także na czas pokoju: „Starajcie się być przewodnikami Narodu i realizatorami niepodległego Państwa Polskiego. W tym działaniu każdy z Was musi być dla siebie dowódcą”. (…)


„Nowa Rzeczpospolita” kontra „Polska nie całkiem nasza”


Jan Olszewski w nocy z 4 na 5 czerwca 1992 wyszedł na sejmową mównicę jako reprezentant obozu realizującego testament Armii Krajowej, który tak mówił o niepełnej jego realizacji: „Jest Polska, była Polska przez czterdzieści parę lat – bo to jednak była Polska – własnością pewnej grupy. Własnością z dzierżawy, może nawet raczej przez kogoś nadanej. Po tym myśmy w imię racji, własnych racji politycznych, zgodzili się na pewien stan przejściowy. Na kompromis, na to, że ta Polska jeszcze przez jakiś czas będzie i nasza, i nie całkiem nasza”.


Można więc powiedzieć, że Olszewski tłumaczył się jakby przed Okulickim i brał na siebie odpowiedzialność za zgodę na „stan przejściowy”, w czym tak naprawdę udziału nie miał (…)


To właśnie jego stanowisko, bezpośrednio wynikające z testamentu Armii Krajowej, czyli likwidacja ustroju przejściowego spotkało się z oporem, o którym mówił:

„I zdawało się, że ten czas się skończył. Skończył się wtedy, powinien się skończyć, kiedy uzyskaliśmy władzę pochodzącą z demokratycznego, prawdziwie demokratycznego wyboru. A dzisiaj widzę, że nie wszystko się skończyło, że jednak wiele jeszcze trwa i że to, czyja będzie Polska, to się dopiero musi rozstrzygnąć”.


Nienawiść


To te słowa spowodowały największe oburzenie mediów III RP. No bo jak to: Polska ma być „czyjaś”? To już nie wspólna? Znowu ktoś sobie uzurpuje prawo do niej? To nie możemy demokratycznie spierać się „jaka”, tylko mamy ją sobie wyrywać z rąk, wykluczać niektórych?


Właśnie dlatego przemówienie Olszewskiego było kluczowe: wykluczało ze sceny politycznej niepodległego państwa formacje oparte na zdradzie, z których udziałem owego państwa budować się nie da. Nie prawicę, nie lewicę (to z lewicowej tradycji wywodził się Olszewski), nie centrum, tylko agenturę.


Program ten błyskawicznie nazwano programem nienawiści – tak wiersz swój zatytułowała na czołówce Gazety Wyborczej przyszła noblistka Wisława Szymborska, twarz Olszewskiego ze słowem „Nienawiść” straszyła z okładki tygodnika „Wprost”, o ludziach chorych z nienawiści mówił Jacek Kuroń. (…)


Wola wielkości, a nie małości


Ale dla pełnego obrazu sytuacji dodajmy, że obóz który miał zrealizować program Jana Olszewskiego, wielokrotnie go porzucał bądź głosił w wersji częściowej, niepewnej, wręcz skarlałej. Bo był za trudny, zbyt ambitny, wymagający wielkości, a nie małości. Wymagał podjęcia ryzyka, co pokazały „Nocna zmiana”, obalenie pierwszego rządu PiS w 2007 r., wreszcie najbardziej dramatycznie Smoleńsk. Ale także przeżywanie codziennych medialnych ataków.


Da się wskazać niemały zastęp publicystów konserwatywnych, którzy nierzadko wprost, wymieniając nazwisko Olszewskiego, odrzucali jego program - uznając zarysowany przez niego podział za niesłużący racjonalnemu definiowaniu naszych problemów i reformowaniu Polski. W tekście „Salon, Przedpokój, Ulica” nazwałem ich obozem „Przedpokoju”.


Czym usiłowano zastąpić program Okulickiego/Olszewskiego? Lista takich pomysłów była długa, począwszy od ekonomizmu i technokratyzmu, po ich przeciwieństwo – samoograniczenie programu do kwestii socjalnych. A więc jak najmniej o niepodległości, wystarczy samo „sprawiedliwie urządzone społecznie” państwo. Takie myślenie pojawiało się choćby za rządów AWS-UW, w czasie których reformowano postkomunizm, natomiast postulaty niepodległościowe zrealizowane zostały w stopniu niewielkim.

Nie mam śladu wątpliwości, że ile razy nasza strona lub jakaś jej część odrzucała niepodległościowy program, tyle razy samodegradowała się. Zwolennicy wolnego rynku czy obyczajowi konserwatyści, nie głoszący niepodległościowego programu kończyli żałośnie, jako element rosyjskiej układanki partii prawicowych w Europie. Z kolei sama realizacja programu prorodzinnego i socjalnego programu AWS, przy jednoczesnym układaniu się z postkomunistyczną oligarchią, skończyła się zniknięciem tego ugrupowania ze sceny politycznej.


Ale był też błąd inny – głoszenie hasła niepodległości w oderwaniu od potrzeb zwykłych Polaków. Prawdziwą syntezą, stawiającą za Okulickim postulat państwa „całkowicie suwerennego, niepodległego i sprawiedliwie urządzonego społecznie” stał się dopiero program PiS.


Elementem każdej skutecznej polityki, w tym także tej prowadzonej przez obóz niepodległościowy, jest atak i obrona, czas prowadzenia polityki zdecydowanej i bardziej kompromisowej. Ona musi korzystać z nowoczesnych narzędzi PR-u, ba, czasem musi kłaniać się współczesnym czasom. Ale nie wolno jej strategicznie odejść od programu sformułowanego w 1992 r. z sejmowej mównicy przez Jana Olszewskiego i przemówienie Lecha Kaczyńskiego w Tbilisi w roku 2008. Tylko wtedy testament pokolenia AK będziemy mogli uznać za zrealizowany.

Cały tekst w tygodniku „Gazeta Polska”, dostępnym w kioskach do wtorku.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl