Ujawnione publicznie kłamstwo kiedyś piętnowało i wykluczało. Tego piętna nie mógł spokojnie nosić żaden król, minister, generał. Dziś jest ono po prostu sposobem bycia, funkcjonowania, załatwiania spraw. Kłamca nie musi już ukrywać się w krzakach, ma tylko wymyślać coraz to nowe atrakcje dla odwrócenia uwagi. Ale cena, jaką trzeba zapłacić za posługiwanie się kłamstwem jako narzędziem, fortelem i bronią, jest nadal taka sama: człowiek sam siebie degraduje, sam sobą skrycie pogardza, bowiem nie jest w stanie sam siebie uniewinnić. Jest coraz słabszy, ima się rozpaczliwych chwytów, by choć na chwilę baczne spojrzenie cudzych oczu przeniosło się z jego twarzy na inny przedmiot. Tak upadały mocarstwa, tak upadały monarchie i republiki. Na kłamstwie można tylko zbudować domek z kart, udając, że to prawdziwa twierdza.
„Wydało się!”
Tak krzyczą dzieci na podwórku, gdy chcą napiętnować kłamczucha w swoim gronie. Czerwony jak burak winowajca najczęściej ucieka i ukrywa się w krzakach. Płonie ze wstydu. Nie śmie stanąć wobec rówieśników z podniesionym czołem. Dziś taki okrzyk rozlega się często, ale zdemaskowani kłamcy tylko otrzepują ubrania i uśmiechnięci paradują dalej w szeregach elity.