Większości Czytelników „Codziennej” nie muszę przypominać – znamy się wszak od początków naszej gazety, a to za chwilę już 15 lat – że zaliczam się do grona fanów Cracovii, i to przez tę perspektywę często oceniam zarówno sprawy sportowe, jak i szerzej – społeczne. Oczywiście, to perspektywa kibica, jednak często mówi ona więcej o Polsce niż niejedna rzekomo wyważona analiza. Bywanie na sportowo-kibicowskich wydarzeniach jest też doskonałą okazją do różnorakich obserwacji, także uczestniczących.
Zawsze po stronie silnych (razem)
Podobnie mogę zrobić i tym razem, bo przynajmniej część wydarzeń, które miały miejsce w Krakowie przy okazji jubileuszu Cracovii, pokazuje szerszy problem. Głównym wydarzeniem z okazji świętowania uznawanej za rocznicę powstania Pasów daty 13 czerwca (tego dnia w 1906 r. w Parku Jordana odbył się pierwszy trening Akademickiego Klubu Footballistów, przekształconego finalnie w Cracovię) był piknik przy stadionie, podczas którego oprócz pokazów lotniczych, skoków ze spadochronem odbyły się występy artystów.
Wydarzenie nie było biletowane, więc wziąć mógł w nim udział każdy, jak łatwo się domyślić – dominowali ludzie związani emocjonalnie z krakowskim klubem. Wszystko było wspaniale, aż do momentu gdy na scenie pojawił się przedstawiany jako gwiazda wieczoru krakowski pieśniarz Maciej Maleńczuk.
W tym momencie dodać trzeba, że Maleńczuk jest autorem aktualnego, napisanego w 2004 r., hymnu Cracovii i uważa się za kibica Pasów, czego kwestionować nie sposób. Szkoda, że jednocześnie Maleńczuk od wielu lat – a na pewno od 2010 r. – należy do grona najbardziej fanatycznych zwolenników partii Donalda Tuska. I choć same przekonania polityczne mogłyby nie mieć tu większego znaczenia, wszak na każdym stadionie spotykają się przecież ludzie różni, to jest Maleńczuk jednocześnie jednym z największych hejterów, nienawistnie odnoszących się do wszystkiego, co wiąże się z prawicą. I daje temu niekontrolowany upust.
Tak było np. wówczas, gdy ów krakowski śpiewak pobił działacza pro-life, na którego w trakcie trwania demonstracji Fundacji „Pro-Prawo do Życia” na krakowskim Rynku Głównym rzucił się z pięściami. Przed sądem (został skazany na grzywnę) tłumaczył potem, że był to jego „moralny obowiązek”. Cóż, specyficzna to moralność.
Tymczasem powodowanych tą specyficznie pojmowaną moralnością wybryków z udziałem Maleńczuka było więcej. A to określił prezydenta Karola Nawrockiego „alfonsem”, a to w programach propagandowych TVP w likwidacji atakował sercanina Michała Olszewskiego, drwiąc, że „z tego księdza, którego zamknęli, to chcieli Popiełuszkę zrobić, tego, co sto baniek ukradł, tego egzorcysty od salcesonu”.
Kto wie, może i ta „moralna powinność” kazała Maleńczukowi śpiewać dla samego Dmitrija Miedwiediewa w grudniu 2010 r., kiedy to chwilę po tragedii smoleńskiej trwał w najlepsze reset z Rosją. Zresztą wspomniany koncert był najlepszym dowodem na to, że ówcześnie rządzące Polską elity rządu PO-PSL i zaprzyjaźnieni z nimi artyści doskonale się w tym resecie odnajdywali. Maleńczuk był uczestnikiem wydarzenia obok m.in.: Artura Barcisia, Janusza Gajosa, Maryli Rodowicz, Andrzeja Grabowskiego czy Hanny Bakuły i Olgi Lipińskiej, a całość uświetnił obecnością sam prezydent Bronisław Komorowski.
Ulało mu się jak zwykle
W późniejszych latach Maleńczuk również wielokrotnie dawał upust swoim nienawistnym emocjom, jak wówczas, gdy już na początku tego roku w trakcie koncertu w Zamościu atakował wyborców PiS. – Pozdrawiam wszystkich „pisiorów” obecnych na sali! Czołem „pisiory”! Wiem, że tak naprawdę jesteście porządnymi ludźmi, tylko presja społeczeństwa i otoczenia wpływa na to, jak głosujecie – mówił do zaskoczonej publiczności. No właśnie, mówił to do ludzi, którzy jako żywo zapewne nie po to przyszli na jego koncert, a ten – dodajmy – odbył się za publiczne pieniądze.
Zresztą podobnych ekscesów z udziałem śpiewaka było znacznie więcej. To owa bezczelność i bezkarność (po usłyszeniu wyroku za pobicie Maleńczuk stwierdził, że zrobiłby to samo i zapłaciłby kolejną grzywnę) w połączeniu z kreowanym przez lata wizerunkiem „artysty niepokornego” sprawiają, że ustawiający się od lat po stronie silniejszych i będący – cóż, trzeba to powiedzieć – klakierem władzy pieśniarz zapewne uznał, że może zachowywać się tak przez cały czas.
Tak myślał zapewne w trakcie wspomnianego na wstępie pikniku na Cracovii, kiedy to wyraźnie „zmęczony” pomiędzy nienajlepiej zaśpiewanym hymnem własnego autorstwa a piosenkami, których słowa mylił, postanowił obrazić ze sceny polityków Zjednoczonej Prawicy: Zbigniewa Ziobrę, Marcina Romanowskiego, Dariusza Mateckiego i Łukasza Mejzę. Zrobił to, stojąc przed tłumem ludzi, którzy przyszli świętować jedno z najważniejszych wydarzeń w sportowej historii Krakowa. Ot, tak po prostu – ulało mu się, jak to zazwyczaj mu się ulewa.
Szantaże i zastraszanie
Cóż, nie przypinam sobie za to orderu, ale to ja byłem tą osobą, która zareagowała na to dość stanowczo, apelując w dość niewybredny sposób, by Maleńczuk raczej zajął się śpiewaniem piosenek. I to wcale nie dlatego, że darzę jakąś szczególną sympatią wymienionych przez niego polityków, ale dlatego że uważam podobne zachowanie za skandaliczny dowód na to, że niektórym ludziom po prostu wydaje się, że mogą bezkarnie obrażać innych, w tym przede wszystkich widzów i słuchaczy. A nasze milczenie jedynie utwierdza ich w poczuciu bezkarności.
Zauważmy przy tym, że tego typu wystąpienia są domeną w zasadzie wyłącznie osób sympatyzujących z obozem koalicji 13 grudnia czy szerzej – III RP. Nikt nie obraża ze scen Donalda Tuska, Waldemara Żurka czy Sławomira Nitrasa, prawda? Że to nie nasz poziom, to nie powinno nas to jednak dziwić – przez lata zobaczyliśmy, jak przeżarte koniunkturą jest środowisko artystyczne i jak sekuje się tam każdego, kto śmie przyznać się do konserwatyzmu poglądów. Ostracyzm, brak kontraktów, wykluczenie poza nawias showbiznesowego światka – to cena, jaką się za to płaci.
Czy może więc dziwić, że i widzowie (a przecież w przypadku opisywanego koncertu Maleńczuka było wielu takich, którym się to nie podobało) nie reagują? To jednak tego typu incydenty przez lata budowały coś, co dziennikarze i publicyści mający się za symetrystów określają mianem rzekomej wojny polsko-polskiej. Może już więc dość tego?
Sam Maleńczuk, rozpytywany o tę sprawę przez lokalny oddział orlenowskiego Polska Press, „Gazetę Krakowską”, zareagował oczywiście w swoim stylu – arogancko i butnie, w dalszym ciągu atakując polityków, ale i mnie, któremu zagroził, bym nie szukał guza. Cóż, Panie Maćku, ostatni raz tak się bałem, gdy red. Piotr Lisiewicz zaskoczył mnie na korytarzu Republiki, wyskakując zza rogu w przebraniu pszczoły.