Tymczasem dla partii obywatele nigdy nie byli gospodarzami własnego kraju. Od początku trzymała się ona żelaznego podziału na „my i oni”, na rządzących i rządzonych. Studenci nigdy nie byli częścią „my”. Byli wrogiem. W nocy z 3 na 4 czerwca 1989 r. wojsko otworzyło ogień do pokojowych demonstrantów zgromadzonych na Placu Niebiańskiego Spokoju. Odtajnione dokumenty dyplomatyczne mówią o co najmniej 10 tys. zabitych i 7 tys. rannych, a KPCh do dziś niszczy pamięć o skali tej zbrodni. Za rządów Xi Jinpinga nic się nie zmieniło, a podział „my i oni” jest jeszcze ostrzejszy. Zachód przez lata nie chciał tego widzieć: łudził się, że handel z Chinami przyniesie demokratyzację, a przy tym był zachłanny i wolał liczyć zyski. Latami umacniał reżim, który dziś otwarcie podważa wolny świat i staje w jednym szeregu z putinowską Rosją.
Rocznica krwawej rzezi
W przededniu 37. rocznicy masakry na Placu Tiananmen Wang Dan, jeden z przywódców ruchu studenckiego z 1989 r., sformułował gorzką lekcję: studenci nie rozumieli natury Komunistycznej Partii Chin. Wierzyli, że wszyscy Chińczycy są jednym narodem i wspólnymi gospodarzami swojego kraju, że z władzą można rozmawiać jak równy z równym.