Tuż po tym, jak Donald Tusk zaczął obcesowo podważać lojalność sojuszniczą USA, Niemcy jakby w pełnej koordynacji wykonały ruch dokładnie odwrotny. Potwierdziły przywiązanie do relacji transatlantyckich, wydały przełomowe dokumenty strategiczne i zadeklarowały pomoc w rozminowywaniu cieśniny Ormuz. Innymi słowy: dyplomatycznie oddajemy zachodnim partnerom pole i wycofujemy się z roli kluczowego sojusznika USA w regionie. Ktoś mógłby powiedzieć, że obóz prezydencki mógł zrobić więcej – zintensyfikować kontakty, przejąć inicjatywę od sceptycznego wobec USA rządu. Być może. Znamienne jest to, że prof. Sławomir Cenckiewicz, odchodząc z BBN, powiedział, że będzie teraz walczyć o odsunięcie Tuska od władzy metodami politycznymi. Myślę, że zrozumiał, co jest ważniejsze. Jak zauważył Maciej Kożuszek, można tworzyć rozmaite strategie, nawet śnić o bombie atomowej jak Albert Świdziński, ale dopóki szefem rządu jest Donald Tusk, dopóty cała nasza polityka zagraniczna będzie jedynie przypisem do działań Berlina.
Oddajemy pole Berlinowi
Nawet komentatorzy, którzy nie są klasycznymi „tuskożercami”, stracili w sobotę cierpliwość.