Warto jednak zacząć od obrony Agaty Bielik-Robson. Otóż głównym argumentem jej przeciwników jest to, że stara się ona bronić Epsteina, w jakiś sposób relatywizuje jego zbrodnie etc. Nic takiego tam jednak nie ma. Z tej prostej przyczyny, że tak naprawdę ten wywiad nie jest w ogóle o Epsteinie. Sprawa tego degenerata jest dla Bielik-Robson czysto pretekstowa.
Epstein czy Pluton?
Autorytet „Gazety Wyborczej” stawia tezę, że ktoś, krytykując Epsteina, chce zniszczyć całą kulturę Zachodu – niemniej w żaden sposób nie próbuje tej „mądrości” uzasadnić. Co więcej, błyskawicznie okazuje się, że owo „dziedzictwo Zachodu”, które źli ludzie chcą wyrzucić na śmietnik, jest przez Bielik-Robson utożsamione z... nią samą.
Epstein służy naszej intelektualistce jako rodzaj lustra, za pomocą którego pokazuje ona światu swoją wielkość. Jest pretekstem, by mogła się pławić, oczywiście za pomocą odpowiednich pytań prowadzącej wywiad, we własnej wspaniałości. Podczas gdy większość społeczeństwa to histeryczni durnie, niezdolni w sposób właściwy rozeznać rzeczywistości, Bielik-Robson – to słowa z wywiadu – potrafi „chłodno obserwować”, unikać „ogólnych i totalnych diagnoz” oraz „mocnych sądów i silnych emocji”. Jest zdolna „zachować sceptycyzm” i nie „dołącza do zbyt pochopnego, totalnego potępienia”. Potrafi dostrzec „metapoziom” i „spokojnie analizować”, zamiast być „wciąganą w logikę natychmiastowego osądu”.
Nawet jeśli akurat Agata Bielik-Robson nie mówi bezpośrednio o sobie, to i tak właściwie w każdym zdaniu wywiadu pozycjonuje ona siebie, a także własne środowisko na zasadzie kontry, jako tych lepszych, mądrzejszych, których głosu należy słuchać. Jedyne, o czym potrafi mówić Bielik-Robson, to o sobie samej.
Ten solipsyzm, rodzaj pustki informacyjnej (bowiem wartość poznawcza słów naszej filozofki jest zerowa, jeśli chodzi o sprawę Epsteina) jest tak znaczny, że ten wywiad mógłby być właściwie o czymkolwiek innym, a 90 proc. wypowiedzi pozostałaby bez zmian. Przykładowo Bielik-Robson mogłaby być pytana o to, czemu Pluton przestał być nazywany planetą – i możemy być pewni, że z równym zadęciem opowiadałaby nam o tym, że może i faktycznie Pluton był za mały na taki status w obrębie naszego Układu Słonecznego, ale przecież to nie powód, żeby „histeryzować”, „wydawać radykalne osądy”, wywracać do góry nogami całą naukę o wszechświecie, że ona teraz pokaże nam, maluczkim, w jaki sposób należy właściwie mówić o kosmosie.
Apokalipsa tuż-tuż
O ile więc trudno oskarżać autorytet „Gazety Wyborczej” o obronę Epsteina, skoro właściwie nic o nim nie mówi, o tyle można już, umieszczając jej słowa w szerszym kontekście prezentowanych od lat przez nią poglądów, zauważyć, jak wygląda u Bielik-Robson gradacja zła.
Okazuje się bowiem, że w sprawie Epsteina stosowne są: „chłodna analiza”, „umiar w opisie”, „brak silnych emocji”. Za to, gdy poruszany jest temat Kaczyńskiego i PiS, powinno być wręcz odwrotnie. Wtedy Bielik-Robson nie przeszkadzają wielkie kwantyfikatory, absurdalne porównania (np. do nazizmu) czy spiskowe, skrajnie paranoiczne tezy. Innymi słowy, nasza pani filozof ewidentnie czuje większą miętę do zbrodniarza i szefa siatki pedofilów niż do przywódcy opozycji w Polsce.
Zresztą nie trzeba się cofać do wcześniejszych wypowiedzi Bielik-Robson, bo i w tym wywiadzie mamy do czynienia z niezbyt ukrytą krytyką PiS – i to przeprowadzoną w skrajnie histerycznym, emocjonalnym tonie. Co prawda nazwa tej partii akurat nie pada, niemniej opowiadając o swojej własnej wielkości, Bielik-Robson wciąż odwołuje się do swoich oponentów, złych „populistów”.
To – znowu przytaczam słowa samej Agaty Bielik-Robson – „grabarze świata”, paranoicy o skrajnie spiskowej mentalności. Jaki jest ich cel? Zdaniem Bielik-Robson jest nim: „destrukcja społeczna”, „koniec świata” i „zniszczenie demokracji”. W konsekwencji – doprowadzenie do sytuacji, w której naczelną zasadą rzeczywistości jest „wojna wszystkich ze wszystkimi”. Wprost porównuje ich do barbarzyńców, którzy doprowadzili do upadku Rzymu, a także dziś chcą „powrotu ciemnych wieków”.
W ten sposób Bielik-Robson – opisująca siebie jako tę, która chłodno analizuje, trzyma się z daleka od „gorących emocji” i walczy ze „spiskową wizją świata” – sama konstruuje wizję rodem z jakiegoś prymitywnego horroru. Swoich oponentów politycznych nie traktuje jako ludzi o odmiennych poglądach politycznych, co jest rzeczą konstytutywną dla systemu demokratycznego. Zamiast tego tworzy równie fałszywą, co zwyczajnie głupią i infantylną opowieść, w której są oni przedstawiani dokładnie tak, jak w horrorach hordy zombie, sprowadzające na świat apokalipsę.
Testament idiotyzmu
Cały dowcip polega więc na tym, że Bielik-Robson, opisując swoich wrogów, opowiada tak naprawdę o sobie samej. To ona okazuje się populistyczna, wyjątkowo agresywna, histeryczna czy dziecinna. Tworzy prymitywny, uproszczony i jednoznacznie manichejski opis świata, w którym oczywiście ona jest elementem sił światła.
Skąd jednak aż taka agresja Bielik-Robson? W pewnym momencie, chyba nieświadomie, sama się do tego przyznaje, mówiąc o tym, czego chcą ci straszni „populiści” – świata bez elit. Dla Bielik-Robson jest to jednoznaczny atak na jej pozycję i to wywołuje jej furię.
Co ciekawe, w omawianym wywiadzie dowiadujemy się jednak, jak możemy się przed tym „zagrożeniem” bronić. Oddajmy więc jeszcze raz głos autorytetowi „Wyborczej”: „Wyciągnijmy konstruktywne wnioski z tej afery. Po pierwsze, globalizacja wymknęła się spod skutecznej kontroli demokratycznych instytucji. (...). To oznacza potrzebę wzmocnienia mechanizmów kontroli – także ponadnarodowych, a nie tylko narodowych. Unia Europejska powinna się obudzić i stać bardziej sprawcza. Bo w założeniu to ona jest właśnie takim ponadnarodowym systemem kontroli, który jako gracz globalny mógłby znaczyć więcej niż w tej chwili. Europa po prostu powinna wrócić do gry jako instytucja”.
Czyli sama demokracja już „nie wystarczy”. Tak naprawdę ten system polityczny jest postrzegany przez Bielik-Robson jako potencjalne zagrożenie (w końcu może wygrać taki Kaczyński), oczekuje ona więc „mocniejszej” obrony swoich interesów. Jak? Poprzez narzucenie odpowiedniego systemu twardej kontroli, uniezależnionego zarówno od demokracji, jak i od suwerennych prerogatyw państw członkowskich UE (stąd użycie przez nią określenia „ponadnarodowych”).
I to tyle, jeśli chodzi o to, co ma do zaoferowania współczesny pseudoliberalizm, którego Agata Bielik-Robson czuje się częścią i rzeczniczką: agresję oraz skrajnie infantylny i do maksimum uproszczony obraz świata. Pseudoliberalizm okazuje się myślą niezdolną do jakiegokolwiek opisu rzeczywistości, potrafiącą tylko mówić o sobie. A przy okazji antydemokratyczną, z ciągotami do zamordyzmu, przemocową i zwyczajnie nieciekawą.