Raszyzm i dwójmyślenie

Termin „raszyzm” został przez Ukraińców wynaleziony dla opisania ideologii/stanu ducha/obłędu ogarniającego coraz szersze kręgi i tak zdegenerowanego wielowiekową zgodą na niewolę społeczeństwa rosyjskiego. Piszę – „społeczeństwa”, bo chyba o istnieniu czegoś takiego jak „naród rosyjski” nie ma mowy.

Zręcznie ukuty z „rusizmu” i „rasizmu”, z domyślnym odwołaniem i do faszymu, „russhism” dobrze brzmi i po angielsku, podparty obrazkami z Buczy, wpadając łatwo także w zachodnie ucho. Ale czy ten „rusizm”, to nie wymysł polskiego lub ukraińskiego rusofoba? Nic z tych rzeczy! Mój amerykański przyjaciel Michaił Epstein, filozof niegdyś rosyjski, przypomniał dwa wzajemnie się wykluczające fragmenty prozy pisarza rosyjskiego, który bodaj jako pierwszy użył tego terminu:

Rusizmu namiętności nieuświadomione

„Z całą pewnością naród rosyjski nie z samego tylko utylitaryzmu przyjął reformy [Piotra I], a bez wątpienia poczuwszy od razu dalszy, niezrównanie wyższy cel, przyjął je nieświadomie, ale jednak bezpośrednio i całkowicie życiowo. Nie wrogo (jak wydawało się, że musi to się zdarzyć), a przyjaźnie, z miłością przyjęliśmy w naszą duszę geniuszy obcych nacji, wszystkich razem… Tak, przeznaczenie człowieka rosyjskiego jest bez wątpienia wszecheuropejskie i wszechświatowe. O, narody Europy nawet nie wiedzą, jak są nam drogie!” [przekład z rosyjskiego J.L.].

„Czyż nie odbiła się w tym protestująca rosyjska dusza, której kultura europejska zawsze, od czasów samego Piotra, była nienawistna i pod wieloma, nazbyt wieloma względami, okazała się obca duszy rosyjskiej? Ja tak właśnie uważam. Tak, to prawda, że ten protest następuje prawie zawsze nieświadomie, ale drogi mi jest tym, iż rosyjskie wyczucie nie umarło: dusza rosyjska choć nieświadomie, to protestowała właśnie w imię swego rusizmu, w imię swego rosyjskiego zdławionego pierwiastka”.
Epstein zwrócił uwagę na użycie tych samych słów „dusza rosyjska”, „obcy”, „przeczucie” w obu tekstach mających zupełnie przeciwstawny sens, a szczególnie podkreślił, że owa rosyjska dusza i kochała „nieświadomie”, i nienawidziła „nieświadomie”.

Może trudno uwierzyć, ale ten bełkot wydał z siebie uważany za jednego z największych geniuszy rosyjskich Fiodor Dostojewski („Mowa Puszkinowska” 1880 i „Dziennik pisarza” 1876), na którego wielkie dzieła powołują się obecnie obrońcy wielkiej kultury rosyjskiej „wykluczanej” wskutek knowań ukraińsko-polskich. Co więcej, na tej mętnej myśli na przełomie XIX i XX w. zbudowano w Rosji cały prąd „filozoficzny”, w istocie polityczny, mający uzasadniać prawo reżimu moskiewskiego do podbijania kolejnych ludów w glorii „wyzwalania” z ich odrażających błędów.

Nacjonalistyczno-imperialistyczny mesjanizm

Jak pisze dr Evangelina Skalińska z UKSW w swojej pasjonującej pracy porównującej mesjanizm Dostojewskiego i Norwida: „Podążając dalej tropem myśli Dostojewskiego, dowiadujemy się, że zbawienie świata łączy się w jego koncepcji z dominacją. Naród-zbawca, naród-bogonośca ma wchłonąć, przyłączyć do siebie inne narody i dopiero wtedy będzie mógł je poprowadzić ku lepszemu jutru. Omawiany przeze mnie teraz fragment wywodu autora »Braci Karamazow« nosi wszelkie cechy klasycznego, popartego instrumentalnie wykorzystaną myślą chrześcijańską ̨wywodu nacjonalistyczno-imperialistycznego (...). Wobec powyższych deklaracji autorskich wyraz politycznego i publicystycznego mesjanizmu Dostojewskiego wydaje się jasny. Każdy naród powinien zachowywać się tak, jakby był narodem wybranym (lub przynajmniej w to wierzyć), natomiast prawdziwym »narodem wybranym« stają się w widzeniu pisarza jedynie Rosjanie, lud rosyjski”.

W praktyce oznacza to, że najgorsze nawet zbrodnie dokonywane na Ukrainie przez morderców w rosyjskich mundurach są absolutnie usprawiedliwione, ba, stają się wręcz zasługami, za które prezydent Rosji nagrodził degeneratów z Buczy. Zasługą bowiem jest „wyzwolenie” – choćby zarazem od życia – przedstawicieli dowolnego narodu z ich całkowicie błędnych poglądów, by jego resztki ku swojej własnej korzyści i zbawieniu przyjęły wielką myśl rosyjską i rozpłynęły się bez śladu w wielkim rosyjskim narodzie. Sprzeciwianie się temu jest straszliwym grzechem.

Znów kłania się Dostojewski, który wedle świetnego znawcy mentalności wschodniej Jerzego Stempowskiego („Hostowca”) nienawidził polskich współtowarzyszy niedoli na katordze, ponieważ „...jak gdyby uchylają się od istotnego męczeństwa i dlatego właśnie, wbrew pozorom, nie tylko nie zasługują na litość, ale przeciwnie, powinni być zdemaskowani. Polacy reprezentują dla niego najbardziej niebezpieczną, bo schodzącą aż na samo dno katorgi próbę racjonalnego czy mistycznego wytłumaczenia męki potępionych, która w całej twórczości Dostojewskiego ma nosić zasadniczo charakter niczym niewytłumaczony, apelujący do nas swym wiekuistym, niemożliwym do stłumienia protestem”.

Cienka warstewka, bardzo cienka

Uważając, że cierpieli w słusznej sprawie, polscy zesłańcy podważali same podstawy „nawracania” innych przez Rosjan knutem, bagnetem i szubienicą. A jak oni mają żyć bez tego? Same „Jezioro łabędzie” i „Dama pikowa” nie wystarczą. Dlatego nawet wielu uczciwych Rosjan, zarówno od lat z powodów politycznych mieszkających za granicą, jak i świeżych emigrantów sprzeciwiających się napaści na Ukrainę, wpada w pułapkę, broniąc kultury używanej przez Kreml jako usprawiedliwienie się, którą świat nagle rzekomo zaczął niesprawiedliwie sekować.

Na szczęście nie wszyscy, bo pułapka ta tylko pozornie oparta jest na logicznym myśleniu, co jasno wykazała Jelena Fanaiłowa z rosyjskiego Radia Swoboda: „Sporo wiem o mieszkającym w »głubince« narodzie-bogonoścu, bo dawnymi laty leczyłam go jako terapeuta. Poznałam jego infantylizm, chęć oddania decyzji naczalstwu, konformizm i agresywność. Mówić o kulturze oddzielnie od tego poznania wydaje mi się nieuczciwe. Poprzedni post głosi: Świadomość przeciętnego mieszkańca skonstruowana jest tak, że kultura to jest to, co go obsługuje, a nie wychowuje, stanowi rozrywkę, a nie zobowiązuje do pracy moralnej. Właśnie dlatego kultura rosyjska poniosła krach po Mariupolu i Buczy. Nie wychowała ona elementarnego szacunku wobec życia ludzkiego u żołnierzy, którzy niedawno »przerabiali« tekst klasyków w szkole średniej, a potem mordowali i gwałcili bezbronnych obywateli Ukrainy. Po tym wszystkim można z przekonaniem mówić o śmierci kultury rosyjskiej. Nie dała sobie rady z najprostszym zadaniem – niech idzie w ślad za rosyjskim okrętem. Cienka warstewka cywilizacji szybko się osypała. Kultura – to nie artefakty sztuki ani hipsterskie kafejki, to moralne wyzwanie i sposób kontroli nad agresją antroposa”.

Ta „cienka warstewka” zostaje teraz zastąpiona w Rosji o wiele głębszymi warstwami tradycji niewolniczego uwielbienia dla wszelkich działań władzy, jak w czasach Iwana Groźnego czy Stalina. Moi moskiewscy korespondenci przytaczają coraz częstsze drakońskie, ostatnio jeszcze zaostrzone w nowych prawach wyroki za wszelkie myślozbrodnie, a ze szczególnym przerażeniem i odrazą widzą narastającą falę donosów pisanych przez rodziców na dzieci i odwrotnie, przez krewnych i przyjaciół na siebie nawzajem. Oczekują przywrócenia kary śmierci, co już próbnie uczyniono w „republikach” donbaskich...

Dawno temu dla chleba napisałem pod amerykańskim pseudonimem nader krwawą powieść kryminalną, zatytułowaną półżartem „Być albo zabić”. A co, jeśli dla nich rzeczywiście „być” oznacza „zabić”? Wszystkich innych? Więc ja osobiście nie będę płakał, jeśli skarby rosyjskiej kultury zgromadzone w Trietakowce spaliłyby się podczas bombardowania Moskwy, być może niezbędnego, aby przed „mesjańskimi” zakusami Rosji obronić i nasze życie, i nasz system wartości.

 


Źródło:

#Gazeta Polska Codziennie

Jerzy „Bayraktar” Lubach
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo