Międzymorze alla turca

Skoro już kiedyś ustaliliśmy, że nawet to, co się dzieje w jakimś odległym i tak naprawdę dla 90 proc. Polaków trudnym do usytuowania na mapie Kazachstanie, jest jednak dla Polski ważne, to może przy okazji porzucimy notorycznie stosowane w prasie sposoby pisania o niespodziewanych wydarzeniach w tych nieznanych Nibylandiach? Bo kiedy trafiają one znienacka na pierwsze strony mediów, następuje wysyp banałów, wśród których z trudem można znaleźć sensowne informacje. Spróbujmy je teraz wspólnie wyłuskać.

Za czasów moich studiów w moskiewskiej szkole filmowej przez rok mieszkałem w jednym pokoju akademika z Kazachem – moim kolegą z roku reżyserii – i Kirgizem – z operatorskiego. Z przysyłanych przez ich rodziny paczek i piłem zieloną soloną herbatę z kulkami łoju, i jadłem różne suszone mięsne Bóg wie co o podejrzanym wyglądzie, a przede wszystkim chłonąłem ich wieczyste spory o to, czy Kirgizi, czy Kazachowie są prawdziwszymi potomkami Wielkiego Czyngiza. Dziś, po rozpadzie Sojuza, Kazachstan jest potężnym i zasobnym w strategiczne dobra jak gaz i uran państwem, a Kirgizja malutkim jego sąsiadem, z którym nikt się nie liczy. Ale, co istotne dla dzisiejszej sytuacji, owe dysputy w akademiku odbywały się po rosyjsku, i nie dlatego, bym ja, ten trzeci z dalekiego kraju, mógł to zrozumieć, a po prostu dlatego, że obaj rozmówcy nie znali tak naprawdę swych ojczystych języków...

Ludy turkijskie

Od roku rozpadu imperium sowieckiego (1990) wiele się zmieniło – z Kazachstanu wyjechała „na rodinu” większość tamtejszych Rosjan, którzy obecnie stanowią w tym kraju już nie 40 proc., jak za czasów sowieckich, ale ok. 30 proc., a język kazachski nie tylko stał się państwowym i urzędowym, ale jedynym, bo rosyjski przestał być drugim językiem oficjalnym. Rok temu zaś władze Kazachstanu wyraziły zamiar odejścia od narzuconego w czasie rosyjskich podbojów alfabetu zwanego grażdanką na korzyść tureckiej wersji łacinki. Dlaczego tureckiej? Cóż, większość polskich komentatorów po prostu nie wie, że ludy w większości zamieszkujące Kazachstan, zresztą podobnie jak Azerbejdżan, Uzbekistan, Turkmenistan, Kirgizję, Tadżykistan, a dalej na wschód Tuwę i Mongolię, są narodami turkijskimi. To określenie (po angielsku „turkic”, w odróżnieniu od „turkish”), chociaż od dość dawna używa go polska etnografia, nie dotarło jakoś do publicystów, nadal używających nieadekwatnego terminu „tureckie”.

Duchowa stolica wspólnoty

Po upadku Sojuza władzę w Kazachstanie przejął wyższej klasy aparatczyk sowiecki Nursułtan Nazarbajew, który „wygrywał” kolejne wybory prezydenckie od 1990 po 2019, aż postanowił się przesiąść na tylne siedzenie jako szef Rady Bezpieczeństwa Kazachstanu, dzierżąc w rękach resorty siłowe. Tyle, że wcale nie oznaczało to, że jest on wygodnym partnerem dla Moskwy. Stary sowiecki cwaniak, któremu parlament przyznał tytuł „Elbasy” (ojca narodu) i na jego cześć przemianował przeniesioną z Ałmaty do Astany stolicę na Nur-Sułtan, przez 29 lat balansował między Rosją a Chinami, do których w ostatnich latach budowano nowy gazociąg, a gdy Turcja zaczęła pretendować do odrodzenia sułtanatu i kalifatu, coraz chętniej przypominał sobie wspólne turkijskie dziedzictwo.

Bo z Chinami różowo nie jest mimo gazowego biznesu – w pogranicznej prowincji ChRL władze bezlitośnie tępią miejscowych nader licznych Kazachów, zsyłając ich do łagrów śmierci, a po rosyjskiej interwencji w Kazachstanie przewodniczący Xi Jinping oficjalnie oświadczył, że Chiny akceptują wprowadzenie „wojsk pokojowych”, czyli rosyjskich, by „zapobiec obcej interwencji”. Czyjej? Polscy analitycy kompletnie ignorują rolę faktora turkijskiego, a według mnie Erdoğan nie popuści. Nikt jakoś nie zauważył, że w listopadzie 2021 r. na szczycie przywódców państw turkijskich, w którym wzięli udział prezydenci Turcji, Azerbejdżanu, Kazachstanu, Uzbekistanu, Kirgistanu i Turkmenistanu, a także premier Węgier (tak, od 2018 r. kraj ten ma tu status obserwatora!), Radę Turkijską (nie Turecką – jak piszą polskie media!) przekształcono w Organizację Państw Turkijskich. Równocześnie przyjęto dokument strategiczny wyznaczający kierunki integracji państw turkijskich do roku 2040.

Obrady prowadził... obecny prezydent Kazachstanu Kasym-Żomart Tokajew, który nawiasem mówiąc, jako ambasador w Chinach opanował tamtejszy język, ale jakoś chyba nie natchnął się tamtejszą ideologią. Jak głosi deklaracja po tym spotkaniu: „Jednym z kluczowych punktów programu było nazwanie miasta Turkistan w Kazachstanie duchową stolicą świata turkijskiego. W swoim wystąpieniu prezydent Kazachstanu zwrócił uwagę na wyjątkowe znaczenie modernizacji całej cywilizacji turkijskiej. W związku z tym Turkistan ma szczególne znaczenie dla wszystkich ludów turkijskich i powinien stać się ważnym ideologicznym centrum integracji całego świata turkijskiego”.

Matrioszka i mapa

Od momentu jej formalnego powołania z inicjatywy Nazarbajewa w 2011 r. liczebność rady uległa rozszerzeniu i w przypadku przyłączenia się Turkmenistanu organizacja obejmie całą przestrzeń turkijską od Adriatyku po Chiny. Oczywiste więc jest, że Turcja buduje swoje międzymorze, sięgające od Morza Kaspijskiego (Azerbejdżan) po Czarne i Śródziemne. W planach tych właśnie Kazachstan miał odegrać kluczową rolę i to jest możliwy powód gwałtownej reakcji Rosji wobec zamieszek, które zapewne wybuchły spontanicznie, ale szybko przekształciły się w kierowane najwyraźniej przez zawodowców boje uliczne.

Moskwa twierdzi, że owych bojowników przysłali Amerykanie, z kolei były polski ambasador w Armenii Jerzy Marek Nowakowski, podobnie jak gen. Ołeksandr Ustymenko, były szef Centrum Operacji Specjalnych SBU, obecnie ekspert Ukraińskiego Centrum Analityki i Bezpieczeństwa, podejrzewają „grę w matrioszki”, gdzie spod zewnętrznej powłoki ujawniają się kolejne warstwy, a do najistotniejszej można się w ogóle nie dobrać, w rezultacie więc Tokajew utrzyma władzę, zastępując stosunkowo niezależnego Nazarbajewa, tyle że zostanie marionetką Kremla.

Z pewnością zapowiadane przez Moskwę szybkie wycofanie „sił pokojowych” gry o Kazachstan uznawany przez różne mocarstwa za swoją strefę wpływów bynajmniej nie zakończy, a czy matrioszka zostanie z twarzą Tokajewa, czy wyłoni się spod niej kolejna, też nie wiadomo.

Wątpliwe, czy Erdoğan odda pole bez walki – w kilka dni po przybyciu Rosjan do Ałmaty wzbudził wściekłość rosyjskich mediów, fotografując się z podarowaną mu „mapą turkijskiego świata”, obejmującą nie tylko wymienione kraje, ale sporą część Syberii, którą zresztą na swoich mapach jako „odwieczne chińskie terytoria” prezentuje i Pekin. Utwór Mozarta, który sparafrazowałem w tytule, znany jako „Marsz turecki”, w istocie zwie się „Rondo alla Turca”, a jak wiadomo, „rondo” ma i w muzyce, i w literaturze tę cechę, że motyw główny rozwija się w nim aż pod koniec – dochodzi do punktu wyjścia. I gra muzyka w rytmie marsza! Czy tureckiego, czy całkiem innego – zobaczymy.

Postscriptum

Ludzie nieznający bliżej Rosji mają skłonność do zdecydowanie przesadnego wyobrażenia zarówno o jej sile militarnej, jak i nadzwyczajnych zdolnościach dyplomatyczno-politycznych. Owszem, działa ona skutecznie i zawsze wedle odwiecznego planu, co daje jej niewątpliwą przewagę nad tymczasowymi (demokratycznymi) mężykami stanu Zachodu, ale totalny burdel i niewiarygodna korupcja wewnętrzna tylko dzięki nieruchawości i tępocie tegoż Zachodu przynoszą jakie takie i zazwyczaj krótkotrwałe sukcesy. Kiedy zaś USA rozumnie stawiają jej ambicjom opór, nawet jak za nieudacznika Kennedy’ego, zwija trąbę i wraca do swego brudnego legowiska, w którym dawno by zdechła bez świadomej lub nie pomocy Zachodu. Wołodia Bukowski opowiadał mi, że po paru latach w Anglii błagał zachodnich przywódców: „Nie musicie nam (dysydentom) pomagać, wystarczy, że przestaniecie pomagać Moskwie, a wszystko samo się zawali!”.

 


Źródło:

Jerzy Lubach
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo