Internacjonalizm stosowany

„Mieszkam w Warszawie, żyję w Europie” – takim sloganem (i jego wariantami w innych miastach) reklamuje się „Gazeta Wyborcza” i nie zostawia wątpliwości na temat swojej linii programowej. Linii, która była widoczna od lat – stworzenia nad Wisłą jakiegoś nowego społeczeństwa, bez właściwości i tożsamości polskiej, jakichś nowych Europejczyków, którzy tak wstydzą się swojego pochodzenia, że nawet o nim nie wspominają.

Autorom takich akcji wydaje się, że naród jest słaby, wbity w poczucie niższości, a państwo się chwieje i traktowane jest przez obywateli z taką pogardą, że odwoływanie się do internacjonalizmu (jak za dawnych czasów aktywności rodziców i dziadków najważniejszych redaktorów tworzących Agorę) może być postrzegane jako coś pozytywnego.

Tak, dawno nie było tak głośnych publicznych aktów pogardy wobec polskiego państwa ze strony części środowiska politycznego, medialnego oraz akademickiego i świata kultury, jak w tych dniach najostrzejszego starcia Polski z reżimem Łukaszenki. Z zażenowaniem czytam wpisy w mediach społecznościowych niektórych dziennikarzy, którzy dziś pracują w mediach komercyjnych lub w polskich przedstawicielstwach mediów niemieckich, a którzy do 2015 roku robili kariery w mediach publicznych. Niemniej ta pogarda wobec Polaków i polskiego państwa, którą demonstrują, po raz kolejny dowodzi, jak bardzo potrzebna była zmiana kadrowa w mediach publicznych. 

Ale przecież to, co robiła w tym czasie totalna opozycja, miało dużo większy ciężar – głos polityków PO czy Lewicy jest niestety głosem znacznej części sceny politycznej i ma wpływ na miliony Polaków i ich sposób myślenia. Walka z Prawem i Sprawiedliwością, nienawiść do rządu przerodziła się w ich wydaniu w prezentowaną publicznie niechęć do własnego państwa. Zupełnie otwarcie politycy PO i Lewicy odmówili poparcia uchwały w sprawie solidarności w obronie polskich granic. Czemu? A z uwagi na brak odwołania się do Unii Europejskiej i sformułowanie o poparciu rządu Polski w sprawie kryzysu na polsko-białoruskiej granicy. A oni – jak klarowali – domagają się „umiędzynarodowienia” kryzysu. Co to znaczy w praktyce – też mówili właściwie otwarcie: oddanie decyzji w sprawie jego rozwiązania, w kwestii sposobu i zakresu obrony polskich granic, w ręce Unii Europejskiej. Czyli - mówiąc bez zawoalowania – Niemiec i Francji. 

Brak lojalności wobec państwa, podważanie wiarygodności jego instytucji, oczernianie wojska i służb oraz próby obniżenia jego morale („Pamiętajcie, że tych polityków nie będzie, a wy będziecie musieli tłumaczyć się ze swoich działań”, taki miała przekaz opozycja do polskich żołnierzy) – wszystko to było udziałem najważniejszych opozycyjnych polityków. Zupełną kompromitację przyniosły im debaty i głosowania nad dwoma ustawami: o budowie zapory na granicy – nie sądzę, by kiedykolwiek z tego, że byli przeciw, umieli się wiarygodnie wytłumaczyć przed większością Polaków – oraz o ochronie polskich granic po zakończeniu stanu wyjątkowego. Wstyd było patrzeć, jak bardzo próbują szkodzić, przedłużać prace nad kolejnymi przepisami, na to, jakimi posługiwali się argumentami. 

Oczywiście ta ich brzemienna w skutki polityczne postawa (bo przecież Polacy im tego nie zapomną) była zapewne dyktowana strategią Donalda Tuska nienawiści do rządu PiS – nienawiści bez względu na wszystko. Lider PO sam zachowywał się jednak tak, jakby nie chciał być z tymi posunięciami opozycji bezpośrednio łączony – zniknął na wiele dni, nie był obecny nawet na uroczystościach w Narodowe Święto Niepodległości. Pojawił się publicznie – rzecz jasna, atakując rząd – dopiero po rozmowach Berlina i Paryża z Łukaszenką i Putinem. Teraz mierzy się z poważnym kryzysem wizerunkowym z powodu utraty prawa jazdy za przekroczenie prędkości w terenie zabudowanym. Osłabienie lidera PO jest jasne, ale jej politycy raczej nie wyciągną z tego żadnych wniosków. Mają chyba coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego – bez względu na to, jak boleśnie obrywają z powodu działań bezwzględnego, nihilistycznego lidera, trwają i nie są w stanie niczego zmienić. 

Wewnętrzny front, z jakim kraj musi się mierzyć, na szczęście nie rośnie w siłę. Przeciwnie, hasło „Murem za polskim mundurem” jest bardziej dla Polaków przekonujące niż wszystkie internacjonalistyczne czy „europejskie” propagandowe wrzutki razem wzięte.

 

Źródło:

Joanna Lichocka
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo