Kalkulacje kontrolerów agentury

Być może najbardziej niedocenianym kontekstem kolejnego ataku, jaki Federacja Rosyjska przypuściła na Polskę, jest jego logiczne i uporządkowane miejsce w trwającym nieprzerwanie od momentu osadzenia na Kremlu Władimira Putina procesie odtwarzania rosyjskich wpływów na terenie dawnego ZSRS i Układu Warszawskiego.

Po opanowaniu sytuacji wewnętrznej, którą symbolicznie zamknęła śmierć Aleksandra Litwinienki w 2006 roku, reżim przeszedł do powtórnego porządkowania swojej dawnej strefy wpływów. To właśnie w ten sposób rozumieć należy interwencję w Gruzji, zamach w Smoleńsku, podział Ukrainy i rozpoczęcie na jej terytorium wojny. Częścią dokładnie tego samego procesu jest obecny konflikt, który Kreml prowadzi przeciwko swoim dwóm byłym republikom – Łotwie i Litwie, a także – i to jest z pewnością przejście do kolejnego etapu tego wieloletniego procesu – przeciwko Polsce. 

Wszystkie wcześniejsze operacje militarne reżim Putina prowadził na terenie należącym przed 1991 rokiem do ZSRS. Podział, a także późniejsza wojna w Gruzji czy wojna na Ukrainie, rozgrywane były przez Moskwę głównie za pomocą byłych obywateli ZSRS – Rosjan, którzy po rozpadzie Związku stali się obywatelami innych państw. Ich wcześniejsze koneksje z jawnymi i niejawnymi strukturami wojskowej i cywilnej bezpieki były naturalną bazą dla tych procesów, a istniejące rosyjskie mniejszości w każdym z tych państw stanowiły zaplecze dla prowadzenia tego rodzaju działań. 

Z oczywistych powodów sytuacja jest bardziej skomplikowana w wypadku Litwy, Łotwy i Estonii, państw, które były częścią ZSRS, ale weszły do Unii Europejskiej i NATO.

Rozlokowanie w tych państwach wojsk Sojuszu uniemożliwiło przeprowadzenie operacji podobnych do tych, które udały się w pozostałych regionach byłego imperium. Między innymi z tych powodów najnowsza część rosyjskiej wojny o powrót do dawnej potęgi przybrała na razie inne formy. 

Operacja przeciwko Polsce jest wyjściem poza granice bezpośredniego imperium na tereny, które należały do Układu Warszawskiego i od Moskwy były co prawda zależne, jednak nie stanowiły integralnej części ówczesnego państwa rosyjskiego. Z perspektywy procesu odbudowy imperium ma to znaczenie kluczowe. W Polsce agresor nie może liczyć na wsparcie rosyjskiej mniejszości. Tej w Polsce po prostu nie ma. Nie może liczyć na bezpośredni udział w strukturach obronnych Polski swoich byłych obywateli. W Wojsku Polskim nie ma generałów, którzy przed 1991 rokiem byli żołnierzami Armii Czerwonej, służby wolnej Polski nie rekrutowały swoich funkcjonariuszy bezpośrednio na Łubiance. Nasz problem polega jednak na tym, że w Polsce, w przeciwieństwie do byłych republik ZSRS, tę samą rolę przejąć musiała najbardziej bezwstydna i zdegenerowana agentura. O ile w latach 90. jej nasycenie na wszystkich poziomach struktur bezpieczeństwa Polski było obezwładniające, o tyle dzisiaj agresor musi rzucić na szalę praktycznie wszystkie swoje aktywa. 

To problematyczne, bo część z nich musiał już ujawnić i spalić przy okazji operacji Smoleńsk 2010. Najbardziej skompromitowani nie mają już dzisiaj czego szukać w strukturach państwa polskiego, choć część – ze względu na swoją równoległą służbę na rzecz Niemiec – walczy ciągle o możliwość rządzenia Polską. Ta sytuacja powoduje, że kontrolerzy procesu z Moskwy muszą się decydować na ruchy rozpaczliwe, choć z pewnością dające wiele do myślenia. Z punktu widzenia żmudnego procesu, jakim jest wieloletnie legendowanie swoich agentów we wrogim państwie, ich ujawnienie musi się wiązać z konkretnym zyskiem dla kontrolera. Jeśli prowadzony przez wiele lat żołnierz we wrogim państwie dochodzi do stopnia generalskiego, a w czasie ataku państwa, dla którego w sposób tajny pracuje, decyduje się na publiczne poparcie agresora, musi robić to za zgodą kontrolerów. Ci z kolei muszą uznać, że sprawa jest na tyle ważna, iż warto takiego człowieka spalić. 

To samo dotyczy znanych działaczy charytatywnych, dyplomatów, artystów czy społeczników. Ich uwiarygodnianie trwa lata i kosztuje dużo pieniędzy. Ujawnienie ich prawdziwych mocodawców poprzez jawne wystąpienie po stronie agresorów w czasie ataków na polską granicę musi się wiązać z taką samą kalkulacją: co prawda ich ujawniamy, ale operacja, którą prowadzimy, jest tego warta. Od nas, obywateli Polski, zależy, czy pozwolimy kontrolerom na osiągnięcie celów takich działań. 

Atak na Polskę jest częścią wielkiego geopolitycznego planu odbudowy imperium rosyjskiego, połączonego dziś gazowo-finansową rurą z Niemcami. Nasza historia zmagań z tym tandemem jest wystarczająco długa, żebyśmy nie musieli się zastanawiać, czy oczywisty agent działa z głupoty, czy za pieniądze. Te sytuacje są tożsame. To zdrada. I to my jako obywatele decydujemy o eliminacji takich ludzi z wpływu na jakiekolwiek sprawy publiczne.
 

 

Źródło:

Michał Rachoń
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo