Chiński koronawirus dotarł do Nowego Jorku 1 marca. Początkowo lewicowe władze go ignorowały. Dzień po potwierdzeniu pierwszego przypadku gubernator Andrew Cuomo zachęcał mieszkańców swojego stanu do tego, aby go zignorowali i żyli jak zawsze. Dzień później to samo powtórzył komisarz ds. zdrowia NYC. 7 marca Cuomo ogłosił stan wyjątkowy, ale jeszcze trzy dni później lewicowy burmistrz Bill de Blasio mówił na konferencji prasowej, że COVID-19 nie jest groźniejszy od zwykłej grypy. Panika i restrykcje zaczęły się dopiero dwunastego marca.

Najbardziej kontrowersyjną decyzję Cuomo podjął jednak 25 marca. Tego dnia rozkazał stanowemu Departamentowi Zdrowia wydanie rozporządzenia które nakazywało domom opieki ponowne przyjmowanie swoich pensjonariuszy, u których zdiagnozowano COVID-19. Zakazał także przeprowadzania testów wśród pensjonariuszy takich placówek nawet, jeśli istniały podejrzenia, że się zarazili. Jego rozkaz był tak restrykcyjny, że władze domów opieki nie mogły nawet pytać szpitali czy wracający do nich pensjonariusz jest chory na COVID-19.

Rozkaz Cuomo spotkał się z ogromną krytyką, zwłaszcza ze strony lekarzy. Presja była tak duża, że  wycofał się z niego już 10 maja i próbował się potem bronić, że działał tylko według wskazań Centrum Kontroli Chorób (CDC). Jego decyzja zdążyła jednak przynieść już straszne efekty. Chorzy trafiali do placówek, które w żaden sposób nie były przygotowane na ich przyjęcie i w których często brakowało podstawowych środków ochrony jak maseczki czy żele dezynfekujące. Tam zarażali kolejne osoby, z których większość z racji wieku czy chorób była w grupie ryzyka . Ostatecznie szacuje się, że śmierć z powodu COVID-19 spotkała co najmniej 6400 pensjonariuszy takich domów, co stanowiło 20% ofiar śmiertelnych w całym stanie. A to najbardziej konserwatywny szacunek – niektórzy analitycy twierdzą, że takich ofiar było aż 12 tysięcy. Dodatkowo jego rozkaz mógł wpłynąć znacząco na rozprzestrzenianie się koronawirusa. Infekcji uległo bowiem dziesiątki tysięcy osób które pracowały w takich placówkach a wielu z nich o tym długo nie wiedziało i żyło normalnie, narażając swoje rodziny i obcych ludzi na zarażenie. Eksperci są zgodni, że prawdziwych efektów tej decyzji być może nigdy nie uda się oszacować.

Teraz okazuje się, że powodem tych tysięcy śmierci mógł być błąd firmy specjalizującej się w analizach.

W połowie kwietnia amerykańskie media donosiły, że Cuomo postanowił skorzystać z pomocy McKinsey&Company. Ta założona w 1926 roku spółka zajmuje się doradztwem strategicznym i przez lata zebrała imponujące portfolio klientów, zawierające wiele ogromnych korporacji, banków czy nawet rządów. Cuomo chciał aby ich eksperci opracowali dla niego bezpieczny plan otwarcia gospodarki Nowego Jorku. W tamtym czasie Trump bardzo naciskał na gubernatorów w tej sprawie i groził im, że jeśli nie poluzują restrykcji w swoich stanach to wykorzysta swoje uprawnienia do tego, żeby ich zmusić. Ludzie Cuomo otwarcie mówili wtedy, że zatrudnienie tej firmy ma im pomóc w pokonaniu Trumpa. Cuomo jednak już wcześniej, w marcu, powoływał się na ich analizy rozwoju epidemii.

Jednym z największych zagrożeń jakie wiązały się z pandemią chińskiego koronawirusa było przeładowanie służby zdrowia. W wielu miejscach dotkniętych mocniej przez pandemię obawiano się przez cały czas jej trwania, że do szpitali trafi taka liczba chorych na COVID-19, że te nie będą mogły pomóc nie tylko im, ale także chorym na wszystkie inne choroby, co wiązałoby się z tysiącami śmierci. Jak donoszą amerykańskie media decyzja Cuomo miała związek z takimi obawami. Nie chciał, aby pensjonariusze domów opieki zajmowali miejsca w szpitalach które mogą być potrzebne dla młodszych i mających większe szanse na przeżycie pacjentów.

Jak zauważyli dziennikarze powodem tej obawy było to, że Cuomo uwierzył w tworzone przez McKinsey scenariusze rozwoju epidemii w Nowym Jorku. Zwracają uwagę, że cytowane przez niego projekcje liczb chorych i zapotrzebowania na łóżka szpitalne były identyczne z tymi, które podawała firma w swoich projekcjach. Problem w tym, że ich projekcje okazały się znacznie przesadzone i gdyby chorzy na Covid-19 pacjenci zostali w szpitalach zamiast wracać to nie miałoby to większego znaczenia.

W nowojorskich szpitalach jest łącznie ok. 53 tysięcy łóżek. McKinsey prognozowała, że w szczycie pandemii będzie ich potrzeba 55 tysięcy. A to był najbardziej optymistyczny scenariusz, w którym władze wprowadzą daleko idące restrykcje a Nowojorczycy będą ich przestrzegać. W najgorszym wypadku prognozowali, że w szczycie pandemii będzie potrzeba 110 tysięcy łóżek. To właśnie tą liczbę zacytował Cuomo podczas słynnej konferencji 18 marca, na tydzień przed wydaniem rozkazu o domach opieki, po czym powtórzył ją jeszcze kilkakrotnie, wiele razy też chwalił analizy McKinsey i podkreślał, że kluczowe w walce z Covid 19 okaże się szukanie nowych łóżek szpitalnych.

Tyle tylko, że McKinsey kompletnie pomyliła się w swoich przewidywaniach. Nowy Jork był jednym z najgorzej dotkniętych pandemią stanów w USA, ale jej skala nie zbliżyła się nawet do projekcji analityków. Jak wynika z opublikowanego w maju przez biuro gubernatora raportu największe obłożenie szpitalnych łóżek miało w Nowym Jorku miejsce 12 kwietnia. W użyciu było wtedy niecałe 19 tysięcy łóżek – 34% tego, co McKinsey przewidziało w optymistycznym scenariuszu i 17% tego, co w negatywnym. Gdyby Cuomo nie poświęcił pensjonariuszy domów opieki, to nie miałoby to żadnego wpływu na zdolność jego stanu na walkę z pandemią a mogłoby znacznie ograniczyć jej zasięg. McKinsey pomyliła się także w swoich przewidywaniach dotyczących potrzebnej liczby respiratorów – Nowy Jork nigdy nie potrzebował więcej niż 4600, 18% tego, co prognozowali.

Teraz okazuje się, że sprawa ma dalszy ciąg. Cuomo od wybuchu skandalu próbuje zrzucić winę za sytuację w domach opieki na kogoś innego. Wśród osób, które już zdążył obwinić, znaleźli się Donald Trump, redakcja New York Post a nawet... sam Bóg. Kilka dni temu stanowy komisarz ds. zdrowia Howard Zucker wypuścił raport, który oczyszczał z winy za tą sytuację Cuomo i lewicowe władze Nowego Jorku i wskazywał nowych winnych – pracowników domów opieki i rodziny, które odwiedzały w nich swoich bliskich. Według niego pracownicy i rodziny łapali koronawirusa poza domami opieki i  przynosili go ze sobą, zarażając pensjonariuszy.

Raport sam w sobie wzbudził ogromne emocje i falę krytyki. Ale teraz wyszedł na jaw jeszcze jeden ważny szczegół. Okazuje się bowiem, że w jego przygotowaniu brała udział firma McKinsey. To oczywiście skrajny przykład konfliktu interesów gdyż firma ta de facto sama pomagała oceniać skutki decyzji, które zostały podjęte z powodu ich wcześniejszej pracy – trudno spodziewać się w takim wypadku obiektywności. Władze Nowego Jorku były tego chyba świadome, gdyż informacja o udziale tej firmy była w raporcie bardzo starannie ukryta i zauważono ją dopiero po kilku dniach. Stanowy Departament Zdrowia poinformował o tym jedynie drobnym drukiem w jednym z dziesiątków przypisów do tekstu.