15-stronicowy raport został stworzony przez tzw. Pięć Oczu. Tak nazywa się sojusz pomiędzy służbami wywiadowczymi USA, Kanady, Wielkiej Brytanii, Australii i Nowej Zelandii. Jego autorzy skupili się na tym jak komunistyczny rząd Chin zachowywał się wobec wybuchu pandemii. Ustalenia agencji wywiadowczych zdają się potwierdzać tezę, że obecna sytuacja byłaby znacznie łagodniejsza lub wręcz by nie wybuchła, gdyby nie działania rządu ChRL.

Targ ze zwierzętami czy rządowe laboratorium?

Oficjalnie pandemia miała początek na tzw. mokrym targu w mieście Wuhan w prowincji Hubei. Na takich targach, bardzo popularnych w Chinach, sprzedaje się zwierzęta w celach konsumpcyjnych. Zwierzęta te są często zabijane na miejscu, w bardzo niehigienicznych warunkach. Ich istnienie od dawna martwi zachodnich epidemiologów – dwie poprzednie pandemie które wyszły z Chin, pandemia SARS z 2003 roku i ptasiej grypy z 2013 roku najprawdopodobniej miały swój początek właśnie na takich targach.

Wiele osób podejrzewa jednak, że historia o mokrym targu to celowe kłamstwo mające przykryć prawdziwe źródło pandemii – położony kilka kilometrów dalej Wuhański Instytut Wirusologii należący do państwowej Chińskiej Akademii Nauk. To właśnie tam prowadził badania zespół naukowców dowodzony przez wirusolog Shi Zhengli, specjalizującą się w koronawirusach atakujących nietoperze.

Pierwszy ludzki koronawirus – rodzina tych wirusów została tak nazwana z powodu charakterystycznego, przypominającego koronę kształtu osłonki – zidentyfikowano już w 1962 roku. Od tego czasu nauka nie interesowała się nimi za bardzo i prace mające na celu ich zbadanie praktycznie ustały, Zmieniło się to dopiero po 2002 roku, kiedy w chińskiej prowincji Guandong pojawił się wirus SARS-CoV. Wywoływana przez niego choroba – zespół ciężkiej niewydolności oddechowej (ang. Severe Acute Respiratory Syndrome, SARS) była śmiertelnie groźna, a sam wirus okazał się tak żywotny, że wywołał wkrótce pandemię, która kosztowała życie co najmniej 775 osób. Naukowcy na całym świecie zainteresowali się badaniami, a Shi była w tym temacie jednym z pionierów. 

Raport wskazuje na szereg badań, które prowadziła w Wuhan. Jedno z nich dotyczyło na przykład tego czy koronawirusy mogą przejść z nietoperzy bezpośrednio na ludzi - opublikowano je w listopadzie 2015 roku. Jej zespół we współpracy z naukowcami z amerykańskiego Uniwersytetu Północnej Karoliny zmieniał fragmenty wirusa i sprawdzał jak wpływa to na jego zaraźliwość u różnych gatunków ssaków. Autorzy tego badania przyznawali, że stworzyli patogen, który jest groźniejszy niż ten, który znaleźli w naturze i że takie badania są bardzo niebezpieczne. 

Tego typu ryzyko nie jest niczym niezwykłym w świecie wirusologii. De facto od lat trwa ożywiona dyskusja o tym, czy naukowcy mają moralne prawo do tworzenia groźniejszych wersji wirusów w celach badawczych i czy perspektywa uchronienia się przed epidemią jest ważniejsza niż ryzyko z tym związane. Wszyscy zgadzają się jednak ze sobą, że takie badania muszą być prowadzone z zachowaniem najwyższych standardów bezpieczeństwa. Teoretycznie nowe laboratorium w Instytucie ma czwarty, najwyższy stopień bezpieczeństwa, ale wiele osób podejrzewa, że praktyka wygląda mniej różowo. Dziennik Washington Post wszedł w posiadanie depeszy dyplomatycznej wysłanej przez ambasadę USA w Pekinie i datowaną na 19 stycznia 2018 roku. Wynika z niej, że zatrudniani przez ambasadę dyplomaci i naukowcy odwiedzili to laboratorium i porozmawiali z pracującymi tam naukowcami. Na tej podstawie doszli do wniosku, że laboratorium to nie spełnia wymaganych przy tak ryzykownych badaniach standardów bezpieczeństwa i zatrudnia zdecydowanie zbyt mało techników o odpowiednim przeszkoleniu. Ich zdaniem placówka ta była na tyle źle prowadzona, że nie dało się w niej prowadzić podobnych badań w bezpieczny sposób. 

Raport zwraca również uwagę na fakt, że także chińscy naukowcy podejrzewali, że źródłem pandemii jest laboratorium. 6 lutego dwóch naukowców z Uniwersytetu Naukowego Południowych Chin, Botao Xiao i Lei Xiao opublikowało badanie nad pochodzeniem nowego koronawirusa. Doszli w nim do wniosku, że prawdopodobnym źródłem epidemii był wypadek w laboratorium. Ich badanie zostało usunięte już 14 lutego – sami autorzy twierdzą, że stało się tak na skutek braku dostatecznych dowodów. Warto tutaj zauważyć, że tym laboratorium mogło być także laboratorium Wuhańskiego Centrum Kontroli Chorób, które również znajduje się w pobliżu i w którym również prowadzono badania nad transmisją koronawirusów ze zwierząt na ludzi. 

Pacjentka zero

Otwarte pozostaje nadal pytanie w jaki sposób wirus miałby wydostać się z laboratorium i zarazić populację Wuhan. Wśród agentów CIA popularna była teoria, że jeden z pracowników tego laboratorium chciał dorobić i zamiast spalić zainfekowane zwierzę laboratoryjne sprzedał je na pobliskim mokrym targu. Inna, znacznie popularniejsza teoria głosi, że jeden z pracowników laboratorium został pogryziony przez zainfekowane zwierzę albo spryskany jego krwią i zataił to przed zwierzchnikami. Amerykański ekspert od biobezpieczeństwa profesor Richard Ebright, zatrudniany przez Uniwesytet Rutgera, ujawnił w połowie kwietnia, że widział dowody na to, że chociaż Instytut w Wuhan był zdolny do zapewnienia 4 stopnia bezpieczeństwa, to większość badań prowadzono tam w ramach oszczędności czasu i pieniędzy zgodnie z procedurami drugiego stopnia, które zapewniają badaczom znacznie mniejszą ochronę przed potencjalną przypadkową infekcją. 

Raport wspomina w tym kontekście o jednej z zatrudnionych w tym instytucie badaczy, Huang Yan Ling. Według plotek krążących po chińskich mediach społecznościowych to właśnie ona miała być pacjentem zero. Co ciekawe napisała również o tym wydawana w Pekinie państwowa gazeta Xin Jing Bao. Sam instytut stwierdził, że to fake news a Ling odeszła od nich już w 2015 roku. Jego przedstawiciele podkreślili również, że nigdy nie chorowała na COVID-19, żyje i ma się dobrze. Autorzy raportu zauważyli, że po tym, gdy zrobiło się o niej głośno, Instytut usunął po cichu ze swoich stron jej biografię. Sama kobieta pomimo otaczających ją kontrowersji od tego czasu nie dała żadnego znaku życia. 

Jak ukrywano pandemię

Sam fakt, że Chińczycy nie dopilnowali zasad bezpieczeństwa i wypuścili śmiertelnie groźnego wirusa z laboratorium byłby dla nich ogromną porażką wizerunkową. Z raportu wynika jednak coś znacznie gorszego – według zachodnich wywiadów chińscy komuniści aktywnie próbowali ukryć wybuch epidemii. Internet w Chinach jest cenzurowany i już 31 grudnia ocenzurowano w dostępnych Chińczykom wyszukiwarkach takie frazy jak „odmiana SARS”, „mokry targ w Wuhan” czy „nieznane zapalenie płuc z Wuhan”. 1 stycznia zamknięto i poddano dezynfekcji mokry targ. Jak ujawnił New York Times nikt nie pobrał wcześniej próbek od zwierząt i z ich klatek, które mogłyby się okazać bezcenne dla badających pandemię naukowców. Tego samego dnia policja aresztowała ośmiu lekarzy z Wuhan, którzy próbowali ostrzec populację przed nową epidemią. Co najmniej kilka osób, które próbowały o tym ostrzegać, zaginęło bez śladu.

Co gorsza chińscy komuniści aktywnie niszczyli pobranie próbki. Już 2 stycznia komisja zdrowia Hubei nakazała firmom badającym nową chorobę zaprzestanie tego i zniszczenie wszystkich próbek. Dzień później Narodowa Komisja Zdrowia nakazała przesłanie wszystkich próbek „zapalenia płuc z Wuhan” do wyznaczonych laboratoriów lub ich zniszczenia, równocześnie nakładając zakaz wydawania publikacji o nowej chorobie. 5 stycznia Miejska Komisja Zdrowia w Wuhan przestała publikować dane o nowych przypadkach, zaczęli je publikować ponownie dopiero 18 stycznia. 14 stycznia władze zabroniły Instytutowi w Wuhan wysłania próbek do Uniwersytetu w Teksasie. Dwa dni wcześniej zamknięto szanghajskie laboratorium profesora Zhang Yongzhena. Oficjalnie powodem tego było przeprowadzenie audytu, ale dzień wcześniej profesor udostępnił innym naukowcom dane dotyczące sekwencji genomu koronawirusa. 

Nie zamykajcie granic!

Takie postępowanie rzecz jasna znacznie utrudniło pracę zachodnim naukowcom i znacznie skróciło czas jaki mieli na reakcję na wybuch pandemii. Raport jednak dotyka także znacznie poważniejszego grzechu chińskich komunistów – ukrywania, że nowy koronawirus może przenosić się z człowieka na człowieka. Oficjalnie przyznali to dopiero 20 stycznia, jednak wiele świadczy, że wiedzieli o tym znacznie wcześniej. Prestiżowy magazyn medyczny Lancet opublikował 24 stycznia artykuł o cechach klinicznych pacjentów chorych na COVID-19 napisany przez chińskich naukowców. Wynikało z niego, że już 6 grudnia odkryto objawy COVID-19 u mężczyzny, który miał związek z mokrym targiem w Wuhan. Pięć dni później takie same objawy odkryto u jego żony, która nigdy w życiu nie była na tym targu. Był to dowód na to, że ta choroba może przenosić się z człowieka na człowieka, ale został zignorowany. Takich anegdotycznych dowodów jest znacznie więcej. 
 
To bardzo poważny zarzut. Wuhan w trakcie pandemii zostało niemal odcięte od świata. Stało się tak jednak dopiero 23 stycznia i jak zauważa raport od pierwszych przypadków do tego dnia przez miasto – ważny hub komunikacyjny – przeszły miliony osób, które rozniosły koronawirusa po całych Chinach i do innych państw. Gdyby władze zdecydowały się na wprowadzenie identycznych środków bezpieczeństwa wcześniej skala pandemii byłaby znacznie mniejsza. Zamiast tego chińska dyplomacja naciskała na inne państwa aby te nie wprowadzały żadnych ograniczeń dla podróżnych z Chin. Działo się tak nawet już po tym, kiedy w samych Chinach zaczęto wprowadzać kwarantanny. Co więcej naleganie, że choroba nie przenosi się z człowieka na człowieka sprawiło, że zachód zignorował niebezpieczeństwo – jeżeli do zarażenia potrzebny był, jak twierdzili Chińczycy, bezpośredni kontakt z zarażonymi zwierzętami, to szanse na to, że choroba wyjdzie poza Wuhan były iluzorycznie małe. Kosztowało to zachód czas, który mógłby być przeznaczony na przygotowanie się do pandemii.  

WHO – agencja PR-owa chińskich komunistów

Raport wiele uwagi poświęca również kwestii Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Jego autorzy zwracają uwagę na to, że WHO bezkrytycznie podawała dalej informacje otrzymywane od chińskich komunistów nie próbując nawet weryfikować ich prawdziwości. Fakt ten sprawił, że ich rzekome kłamstwa były wzmacniane autorytetem międzynarodowej organizacji. Jeszcze 14 lutego WHO informowała za pomocą swojego oficjalnego konta na Twitterze, że chińskie władze nie znalazły żadnych jasnych dowodów na transmisje międzyludzkie nowego koronawirusa. Zignorowała również ostrzeżenia ze strony lekarzy z Tajwanu i Hongkongu, którzy ostrzegali już pod koniec grudnia, że świat ma do czynienia z nową chorobą zakaźną. 

WHO w związku z tą pandemią znalazła się w ogniu krytyki ze wszystkich stron. Wiele osób zarzucało im, że stali się de facto agencją PR-ową chińskich komunistów. Świadczyć o tym miała chociażby nazwa, którą wybrano dla nowej choroby – COVID-19. Słowo to jest skrótem od angielskiej frazy COronaVIrus Disease-2019. W jej wybraniu nie byłoby nic dziwnego gdyby nie to, że WHO oficjalnie twierdziło, że wybrało ją gdyż nie zawierała w sobie żadnych odniesień geograficznych do miejsca w którym po raz pierwszy ją odkryto, co jest dosyć częstą praktyką w nazywaniu chorób (przykładem może być chociaż Gorączka Zachodniego Nilu). WHO oficjalnie przyznawała, że chciała uniknąć jakichkolwiek skojarzeń między pandemią i Chinami. Z tego samego powodu w swoich oficjalnych dokumentach praktycznie nie używają oficjalnej nazwy koronawirusa, SARS-CoV-2, nadanej mu przez Międzynarodowy Komitet Taksonomii Wirusów. Na swojej stronie internetowej tłumaczą to tym, że „używanie nazwy SARS może mieć niechciane konsekwencje powodujące niepotrzebny lęk przed pewnymi populacjami, zwłaszcza w Azji, która została najbardziej dotknięta wybuchem SARS w 2003 roku”. 

Wiele osób podejrzewa, że takie podejście WHO ma związek z jej obecnym szefem, pochodzącym z Etiopii Tedrosem Adhanomem Ghebreyesusem. Został nim wybrany w maju 2017 roku, jako pierwszy w historii tej organizacji nie-lekarz oraz pomimo licznych oskarżeń o ukrywanie trzech różnych epidemii cholery, które miały miejsce za jego kadencji jako minister zdrowia Etiopii. Stało się tak dzięki poparciu Chin. Warto tutaj także odnotować, że współpracował blisko z Chinami już jako minister zdrowia – w czym zapewne pomógł mu fakt, że jest członkiem Frotu Wyzwolenia Partii Tigray – socjalistycznej partii, która zaczynała jako markistowsko-leninowska bojówka.