W Niemczech liczba zakażonych koronawirusem w dalszym ciągu rośnie. Według ostatnich danych Instytutu Roberta Kocha to już 154 175 osób. Zmarło 5640. W ciągu ostatniej doby liczba zakażonych wzrosła o 1737 przypadków a zgonów o 140 (Według danych z platformy monitorującej pandemię w czasie realnym Johns Hopkins University: 156 513 zakażonych; 5 877 zgonów). A teraz dla porównania: 

Francja  164,644 zakażonych, 22 614 zgonów; 
Belgia – 45 325 : 6 917
Hiszpania – 223,759 : 22 902
Wielka Brytania – 149 569 : 20, 81

(źródło: https://coronavirus.jhu.edu/map.html z 26.04.2020) 

Mimo iż krzywa zachorowań w Niemczech nadal jest daleka od wypłaszczenia, Niemcy na tle większości swoich sąsiadów, wypadają zdumiewająco dobrze. Niezależnie od tego, czy spojrzymy na stosunek liczby oficjalnie potwierdzonych zgonów do liczby zakażeń czy do liczby mieszkańców i porównując te wskaźniki z tymi z Belgii, Francji, Hiszpanii itd. – wyjdzie na to, że Berlin najzwyczajniej panuje nad sytuacją. Fenomen niskiej stosunkowo umieralności w Niemczech od pewnego czasu wzbudza ciekawość zachodnich mediów i ekspertów. Jedni uznają, że Niemcy znaleźli po prostu złotą regułę na walkę z pandemią, inni patrzą na państwo Merkel z podejrzliwością.

Niemiecki wyjątek i odwrotny trop

4 kwietnia „New York Times”, pisząc o zdumiewająco niskiej umieralności Niemców na Covid-19, zastanawiał się nad „niemieckim wyjątkiem” i cytował słowa prof. Hendrika Streecka, dyrektora Instytutu Wirologii Szpitala Uniwersytetu w Bonn, który opowiadał, jak koledzy ze Stanów i innych zakątków globu wydzwaniają do niego z pytaniem, jak to jest możliwe, że Niemcy procentowo odnotowują tak niewiele zgonów. „Mówi się o niemieckiej anomalii” – komentował Streeck.

Prof. Hans-Georg Kräusslich, wirolog Uniwersytetu w Heidelbergu, tłumaczył z kolei, jak wirus przywędrował do Niemiec i dlaczego [przynajmniej w początku pandemii, bo w miarę jej rozrostu i ta kwestia się zmieniła] średnia wieku zachorowania była niższa niż w wielu innych krajach. Jego zdaniem wielu pierwszych zakażonych przywiozło wirusa z austriackich i włoskich kurortów narciarskich i byli to zazwyczaj ludzie młodzi i zdrowi, którzy infekcję przeszli łagodnie. Cytowany przez "NY Timesa" Kräusslich mówi wprost:

„Zaczęło się od epidemii narciarzy”.

I tutaj pojawia się ciekawostka z Italii, gdzie 12 marca prof. Massimo Galli, ordynator oddziału chorób zakaźnych kliniki „Luigi Sacco” w Mediolanie, w wywiadzie udzielonym włoskiemu dziennikowi „ Corriere AdriatieDo” postawił tezę, że koronawirus przedostał się do Włoch nie bezpośrednio z Chin, a z Niemiec, za sprawą mężczyzny spod Monachium, który wpadł z wizytą do Italii po pobycie w Chinach. Pierwszy przypadek stwierdzenia koronawirusa w Niemczech faktycznie dotyczył mężczyzny spod Monachium, pracownika firmy samochodowej, który miał zarazić się wirusem w Wuhan. Zdaniem profesora Galliego, Niemiec zaraził się koronawirusem między 19 a 22 stycznia, następnie przywiózł wirusa do północnych Włoch. Pierwszy włoski pacjent zdiagnozowany pozytywnie na obecność koronawirusa to 38- letni mężczyzna, u którego wykryto zakażenie 20 lutego.

Teoria włoskich naukowców opierała się o analizę sekwencji DNA wirusa z Włoch i Niemiec. Zdaniem prof. Galliego, szczepy wirusa z Włoch są podobne w swojej sekwencji do wirusa, który został wyizolowany w Monachium przez naukowców Instytutu Chorób Tropikalnych monachijskiego Ludwig-Maximilians-Universität. Do włoskiej teorii z dużym sceptycyzmem odniósł się wtedy Christian Drosten, dyrektor Instytutu Wirologii berlińskiej kliniki Charité. Tyle że nie tylko Włosi wysnuli takie wnioski z monachijskim akcentem.

Na początku marca amerykański naukowiec Trevor Bedford z Fred Hutchinson Cancer Research Institut w Seattle postawił w mediach społecznościowych hipotezę, że przypadki zakażenia zdiagnozowane w Europie mogą mieć swoje źródło w Bawarii. Jego wpis uznano w części środowiska naukowego za kontrowersyjny, wywiązała się burzliwa i ciekawa dyskusja. Bedford tłumaczył później:

Postawiłem hipotezę o związku między przypadkami w Niemczech i Włoszech. Kilku kolegów, których bardzo cenię, sceptycznie odniosło się do mojej konkluzji, mają do tego prawo. Dokładam wszelkich starań by mój proces myślowy był jak najbardziej przejrzysty i trafny w ponad 100 proc i staram się być na bieżąco z najnowszymi danymi.

Bedford jest współtwórcą strony nextstrain.com obrazującej rozwój pandemii. Są tam animacje i interaktywne mapy ukazujące tempo i kierunki pandemii.

Póki co teoria o tym, że koronawirus przedostał się do Północnej Italii za sprawą Bawarczyka, czeka jeszcze na mocne potwierdzenie. Profesor Galli zapowiedział stosowną publikację.

Wracając do sedna…

W miarę rozprzestrzeniania się koronawirusa w Niemczech infekcja dotykała coraz starszych osób, liczba zgonów rosła. Jeszcze na początku kwietnia średni wiek zakażenia koronawirusem w Niemczech był jednak i tak dość niski w porównaniu z państwami sąsiednimi. W Niemczech wynosił on 49 lat, podczas gdy we Francji 62,5 a we Włoszech 62. Eksperci mogli więc tłumaczyć, że w Niemczech liczba zgonów jest mniejsza, ponieważ większość zakażonych ma na tyle mocny [młody] system odpornościowy, że dobrze radzi sobie z pokonaniem infekcji. Z danych Instytutu Roberta Kocha z 24 kwietnia wyłania się zaś następujący obraz zakażenia w różnych grupach wiekowych:

Poniżej 10 roku życia: 2 proc.
10-19 lat: 4 proc
20-49: 43 proc
50-69: 33 proc
70-89: 16 proc
Ponad 90 lat: 3 proc

W przypadku 183 osób nie zdołano ustalić wieku. Średnia wieku zakażonych to na dziś 50 lat. Pytanie, czy dużo niższy wskaźnik zakażeń w grupie osób starszych nie wynika z niedostatecznej wiedzy na temat zakażeń w tej grupie wiekowej.
 

Źródło: https://www.rki.de/DE/Content/InfAZ/N/Neuartiges_Coronavirus/Situationsberichte/2020-04-24-de.pdf?__blob=publicationFile

O tym, że sami Niemcy mają problem z oszacowaniem zwłaszcza tego, o ile zgonów następuje w Niemczech więcej [niż zwykle] z powodu pandemii świadczy zapytanie Niemieckiej Agencji Prasowej (DPA) do władz krajów związkowych: Bawarii, Badenii – Wirtembergii i Nadrenii Północnej – Westfalii, czyli tych landów, które odnotowały najwięcej przypadków zakażenia koronawirusem i zgonów.

Okazało się, że landy nie dysponują aktualnymi danymi na temat liczby zgonów wywołanych koronawirusem. Również Federalny Urząd Statystyczny jak do tej pory nie przedstawił aktualnej liczby zmarłych na skutek infekcji koronawirusem. Co prawda w Niemczech oficjalnie zmarło 5133 osób zakażonych koronawirusem, ale - jak tłumaczą eksperci - ponieważ zgony dotyczą głównie osób starszych, które cierpiały na ciężkie choroby [ujmowane później jako współistniejące] często jest niejasne, czy i bez infekcji nie zmarłyby w najbliższym czasie. W 2019 roku wg szacunków Federalnego Urzędu Statystycznego w Niemczech zmarło 940 tys. osób, to jest średnio 2,6 tys. dziennie. O tym że Federalny Urząd Statystyczny nie jest w stanie przedstawić na dziś dzień danych, na których podstawie można by wysnuć wniosek, że Covid-19 przyczynił się do zwiększenia umieralności w Niemczech, pisze w raporcie z 24.kwietnia Instytut Roberta Kocha. Placówka tłumaczy ten fakt tym, że na w statystykach federalnych są ujęte zgony ze znacznym przesunięciem czasowym i w przypadku rejestrów zgonów w Niemczech ostatnie dane pochodzą z 15 marca.

Niejasne kryteria ustalania przyczyny śmierci

Niemiecki magazyn Focus prześledził kilka dni temu ostatnie komunikaty krajów związkowych dotyczące umieralności. I tak - jak wynika z komunikatu ministerstwa zdrowia Hesji - w tym landzie „nie można na razie stwierdzić zwiększonej umieralności w związku z pandemią koronawirusa (…) Jak do tej pory w żadnej z grup wiekowych nie stwierdzono znacznych odchyleń od zwykle spodziewanej liczby zgonów”. Natomiast administracja ministerstwa zdrowia w Berlinie podała, że „w ostatnich tygodniach odnotowano tylko nieco więcej zgonów niż zazwyczaj. I liczba ta dotyczyła prawdopodobnie w pierwszym rzędzie zgonów na skutek grypy, a nie Covid-19”.

Niejasne jest nie tylko to, na ile koronawirus jest odpowiedzialny za większą liczbę zgonów w Niemczech, ale i pytanie o to, ilu zakażonych do tej pory faktycznie zmarło.

Ponieważ w większości landów rzadko kiedy pośmiertnie wykonuje się dodatkowe testy na obecność koronawirusa, statystyki obejmują głównie przypadki, w których infekcja koronawirusem była wiadoma już przed śmiercią. Poza tym przyczyna śmierci jest w Niemczech różnie definiowana. Instytut Roberta Kocha za przyczynę śmierci uznaje się Covid-19 w przypadku, gdy przed zgonem stwierdzono u pacjenta obecność koronawirusa. Poza tym w Hamburgu, gdzie przeprowadza się autopsję osób zmarłych pozytywnie przetestowanych na koronawirusa, liczba zgonów przypisana Covid-19 jest niższa niż ta ujęta w statystyce IRK. W statystykach z 16 kwietnia na przykład, Instytut informuje o 80 zgonach na skutek koronawirusa w Hamburgu, ale sam Hamburg podaje 65 zgonów. Sam szef IRK Lothar Wieler z kolei zwraca uwagę, że z całą pewnością część osób umiera na koronawirusa, ale jako tacy nie zostają zdiagnozowani. Instytut dopuszcza wiec taką możliwość, że śmiertelność jest wyższa, niż to wynika z oficjalnych statystyk. A w Hamburgu odpowiadają, że ludzie umierają na choroby, na które i tak by umarli, a infekcja być może tylko nieznacznie przyspieszyła zgon. Zresztą nie tylko w Hamburgu. 

Batalia o autopsje

Coraz częściej w Niemczech odzywają się głosy, że aby na 100 procent potwierdzić przyczynę śmierci w dobie pandemii, trzeba za każdym razem przeprowadzić autopsję, a nie zadowalać się wyłącznie testami. Podstawowe pytanie patologów brzmi: „Czy śmierć nastąpiła na skutek koronawirusa czy z koronawirusem?”. Instytut Roberta Kocha w swoich wytycznych w związku z pandemią odradza przeprowadzanie autopsji, ale część patologów buntuje się przeciwko tym środkom ostrożności. Chcą zbadać organy osób zakażonych wirusem, by oszacować skalę spustoszenia, jakiego Covid 19 dokonuje w organizmie. I poza tym odpowiedzieć na pytanie o przyczynę śmierci. Sceptycyzm jest bowiem spory. Specjaliści medycyny sądowej krytykują wytyczne RKI oraz władze landów, które uznały je za obowiązujące. Przewodniczący Niemieckiego Związku Zawodowego Patologów Sądowych, Reinhard Dettmayer, który naciska na możliwość przeprowadzania autopsji o pacjentów z koronawirusem, argumentuje, że większość zmarłych to osoby starsze, schorowane, a część zakażonych umiera na zawały, wylewy. Zdaniem patologa, w obu przypadkach zgon nastąpiłby i tak w niedalekim , ale „bliżej nieokreślonym” czasie, również bez infekcji. 

Jak na razie pionierem w przeprowadzaniu autopsji w czasie pandemii jest Hamburg. Przypadki osób, które zmarły jako pacjenci ze zdiagnozowanym Covid-19, są szczegółowo badane w hamburskim Zakładzie Medycyny Sądowej. Hamburg tym samym wystąpił przeciw zaleceniom RKI. A najbardziej prominentną twarzą tego buntu jest hamburski patolog, Klaus Püschel, dyrektor Zakładu Medycyny Sądowej Kliniki Uniwersyteckiej Eppendorf, który już na statusie buntownika odwiedził chyba wszystkie możliwe tok-szoły niemieckiej telewizji. Ale o panu profesorze innym razem. Tak czy inaczej, z punktu widzenia debaty o faktycznej umieralności na Covid-19 cicha walka między Instytutem Roberta Kocha a patologami sprowadza się do tego, że ten pierwszy uznaje za „śmierć Covidową” wszystkie przypadki, w których wcześniej stwierdzono zakażenie, a patolodzy widzą sprawę w sposób bardziej złożony. Przyjmując jednak optykę patologów, wychodziłoby na to, że i tak stosunkowo niska umieralność na Covid-19 wykazywana w statystykach IRK jest ich zdaniem…zawyżona.

A patrząc w statystyki, te bardziej już ogólne, w Niemczech sekcję zwłok wykonuje się w mniej niż 10 proc przypadków wszystkich zgonów. Kwestia ta nie jest jednorodna, tylko regulowana prawem poszczególnych landów. 

Domy opieki i samotna śmierć w domu 

Osobną kwestią jest pandemia z perspektywy domów opieki, spokojnej starości lub jednoosobowych gospodarstw domowych z samotnie żyjącymi seniorami. Jak podaje ministerstwo zdrowia Dolnej Saksonii, osoby, które umarły w tamtejszych domach opieki i we własnych mieszkaniach, a zaliczane do grupy ryzyka, nie były często testowane, o badaniu pośmiertnym nawet nie wspominając. "Testy są przeprowadzane w związku z zaistnieniem sytuacji ryzyka chorobowego, kiedy wiadomo, że osoby mogły mieć kontakt z zakażonymi koronawirusem lub wykazywały objawy zakażenia, czyli wyłącznie w przypadku konkretnego podejrzenia” – brzmiał komunikat urzędu. Ministerstwo landu nie było w stanie udzielić pewnej informacji odnośnie do testów przeprowadzonych na osobach zmarłych.

W przypadku zmarłych w Badenii-Wirtemberdze testy są zalecane w przypadku, gdy ktoś przejawia typowe objawy chorobowe lub jest wiadome, że miał kontakt z osobą zakażoną. Jak ustalił magazyn „Focus”, na razie nie da się oszacować skali zgonów nieujętych w statystykach mających związek z Covid-19.

Rzeczniczka ministerstwa zdrowia Nadrenii-Palatynatu twierdzi natomiast, że liczbę nieujawnionych przypadków zgonu na skutek koronawirusa szacuje się na stosunkowo niewielką. Jak argumentuje, osoby z grupy ryzyka, które obserwują u siebie zakażenia, bardzo szybko zgłaszają się do placówek ochrony zdrowia. A prowadzący domy opieki są zobowiązani do zlecania tekstów w przypadku podejrzenia infekcji u swoich podopiecznych. A jednak w domach opieki umiera coraz więcej zainfekowanych osób, mimo że nie zaobserwowano u nich symptomów chorobowych.

„Żadnych typowych objawów koronawirusa i wyraźnie skrócony proces umierania” – tak opisali wybuch infekcji koronawirusa w domu opieki w Wofsburgu prowadzący go pracownicy. Teraz w tej sprawie prowadzi dochodzenie prokuratura w Braunschweigu. Dlaczego? Dlatego że zmarło tam 29 pensjonariuszy, reakcja przyszła zbyt późno. Chorzy ludzie umierali, odwiedziny miały miejsce jakby nigdy nic. Takich miejsc w Niemczech jest sporo.