W sfilmowanych grach, takich jak "Tomb Rider" czy "Prince of Persia" z przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku, fabuła była szczątkowa. Trudno też mówić o jakimś profilu psychologicznym postaci. Liczyła się akcja. Trzeba było pokonywać przeszkody i zaliczać kolejne poziomy trudności

- mówi krytyk i tester gier Mikołaj Baran.

Ale to, co w grze nie było atutem, w filmie stało się mankamentem. Nudził brak sensownej fabuły, jedynie "do celu po trupach". Później to się zmieniło. Z różnym skutkiem. Np. w filmie "Max Payne" duży nacisk położono na stworzenie mrocznego klimatu. Wykorzystano efekt "bullet-time", spowolnienia akcji, jak w "Matriksie". W grze ten zabieg jest fajny, w filmie może nużyć. Jednak gry "nauczyły się" już od filmów tworzenia ciekawej fabuły i budowania charakteru bohatera, a filmy tylko na tym skorzystają

 - puentuje. Które filmy jego zdaniem zasługują na uwagę?

1. "Warcraft: Początek" w reżyserii Duncana Jonesa (2016 r.). Ludzie walczą z orkami, których gatunek jest zagrożony wyginięciem. W roli głównej Travis Fimmel, znany z roli Ragnara w serialu "Wikingowie". Film zadowala zarówno graczy, jak i kinomanów, bo nie dość, że wiernie oddaje fabułę gry, to nie narzuca widzowi tezy, że ludzie powinni wygrać. Powstawał długo, bo scenariuszowi zarzucano, że jest zbyt bliski "Władcy pierścieni".

2 "Mortal Kombat" z 1995 r. w reż. Paula W.S. Andersona. Ziemscy śmiertelnicy mierzą się z siłami chaosu. Bohaterom, reprezentującym Ziemię, policjantce, mistrzowi zakonu i aktorowi kina akcji, sprzyja jednak bóg piorunów (w tej roli Christopher Lambert). Świetne sceny walki, ciekawa intryga i dokonała ścieżka dźwiękowa. W scenach kaskaderskich bardziej liczy się kunszt wykonawców niż triki komputerowe. Film zasłynął także tym, że zagrania w nim odmówiło wielu aktorów, m.in. Jean-Claude Van Damme, Tom Cruise i Johnny Depp, Cameron Diaz. A ci zainteresowani zmarli przed rozpoczęciem zdjęć (Brandon Lee i Steve James).

3. "Pokemon: Detektyw Pikachu" w reżyserii Roba Lettermana (2019 r.). Kino familijne, ale z przytupem. Furorę robi Ryan Reynolds, aktor dramatyczny o zacięciu komicznym, który przygotowując się do "bycia głosem" maleńkiego pokemona, obserwował świat z punktu widzenia chomika. Np. kładł się w miejscach publicznych. Na ekranie relacja pomiędzy ludzkimi bohaterami, a myszowatym pokemonem, wpleciona w wartką akcję, wywołuje salwy śmiechu.

4. "Tomb Raider". Ten z Alicią Vikander w reżyserii Roara Uthauga (z 2018 r.), a nie z Angeliną Jolie ("Lara Croft: Tomb Raider" z 2001 r. i "Lara Croft: Tomb Raider: Kolebka życia" z 2003 r.). Główna bohaterka jest seksowną archeolożką i mierzy się z tajemnicami, do których przyzwyczaił nas filmowy Indiana Jones. Są starożytne grobowce z pułapkami i łamigłówkami. Do tego sporo walki. Tylko widzowie-gracze narzekają, że filigranowa i dziewczęca Lara-Alicia nie jest tak wielką sexbombą jak Lara-Angelina. A jednak przyciąga uwagę jak magnes.

5. "Max Payne" w reżyserii Johna Moore'a (2008 r.). Upadły detektyw nowojorskiej policji (w tej roli Mark Wahlberg) mści się na mordercach żony i córki. Zbrodni tej dokonali pod wpływem narkotyku który przemienia ludzi w potwory. Schemat. Ale też ukłon w stronę scenarzystów i reżysera, że nie odwzorowali wściekłej masakry z gry, a skupili się na psychologii postaci.