I choć film Gaghana nie zaskakuje, to przecież po prostu nie musi, a historia rodem z wiktoriańskiej Anglii choć nie jest naszpikowana widowiskowymi efektami specjalnymi, to daje to, czego w kinie ostatnich lat bardzo mało: pozytywną, ciepłą opowieść, w której dobro to nie jakaś zamglona rzeczywistość, ale prawdziwy konkret, który można odnaleźć w codziennym działaniu. Tytułowego doktora Johna (niezła rola Roberta Downeya Jr.) poznajemy jednak w momencie, w którym on sam nie ma przesadnej ochoty na zetknięcie się ze światem, a jego myśli zaprząta przede wszystkim śmierć żony sprzed kilku lat. Zaszyty w głębi lasu, otoczony lubianymi (z wzajemnością) zwierzętami zdaje się pędzić "żywot człowieka poczciwego", w dodatku - jakże na czasie - żyjącego w zgodzie ze światem natury.

Wszystko zmienia się, gdy do jego niemal pustelniczych bram puka wysłanniczka królowej - Jej Królewska Mość choruje na tajemniczą chorobę, a Dolittle, postawiony pod ścianą i w zasadzie szantażowany przez swoje krnąbrne zwierzęta, opuszcza wygodne siedlisko i rusza na poszukiwanie przygód. Towarzysząc mu w tej wyprawie, widzowie otrzymują kilka kolorowych mrugnięć okiem, okraszonych niezłym poczuciem humoru i scenariuszem, który choć dość przewidywalny, daje kilka ciekawych zwrotów akcji - wszystko by rozwikłać zagadkę tajemniczej choroby królowej i znaleźć skuteczne lekarstwo na trawiący ją wirus. 


Ale to nie dość prosta historia jest główną zaletą filmu - najlepsze i najpiękniejsze przesłanie dotyczy współpracy, jaką Dolittle musi podjąć ze swoją zwierzęcą drużyną. Dodajmy od razu: współpracy obarczonej przeróżnymi trudnościami: wielki goryl zmaga się z lękiem, kaczka z, delikatnie mówiąc, zbyt dużą otwartością na świat, a i struś, papuga czy wiewiórka mają swoje kłopoty. Brzmi jak naiwna bajka? Pewnie tak, ale przecież przygody Dolittle'a oparte są właśnie o tego rodzaju przekaz: na długo przed tym, gdy tryb "eko" zaczął być modny, fani historii o doktorze Johnie szukali wspólnych mianowników ze światem natury. Film Gaghana jest w tym zakresie potwierdzeniem tamtych intuicji i sentymentów, a przy tym wielką lekcją o miłości do świata przyrody i to niekoniecznie w wersji trącony ideologicznym sznytem ekologów XXI wieku. To piękna opowieść - zwłaszcza dla młodszych widzów - o tym, że naturę trzeba szanować, zwierzęta mądrze kochać, a w każdej istocie znaleźć pierwiastek życia, któremu należny jest przynajmniej elementarny szacunek. Święty Franciszek byłby pierwszym widzem tego filmu. I nawet jeśli czasem po prostu nudziłby się na przewidywalnej opowieści, to z kina wyszedłby podbudowany. A przecież o to chodzi w tego rodzaju produkcjach w kinie.

Ocena: 6/10