Poszła na Marsz Polaków - zatrzymała ją policja. „Musiałam się rozebrać do naga”

Zdjęcie ilustracyjne / Fot. Krzysztof Sitkowski/Gazeta Polska

  

- Musiałam się rozebrać do naga. (...) Mówiono, że będą mnie polewać wodą, a policjantki, oburzone faktem, że byłam ze swoim dzieckiem na marszu „będą mnie zaraz linczować” - opowiada w rozmowie z Niezalezna.pl kobieta, której postawiono zarzuty w związku z udziałem w nielegalnym zgromadzeniu.

Podczas wrocławskiego marszu zorganizowanego z okazji Święta Niepodległości, policjanci zatrzymali łącznie 14 osób. W środę do Prokuratury Rejonowej dla Wrocławia Śródmieścia doprowadzono 11 zatrzymanych. Wszyscy usłyszeli zarzuty "występku o charakterze chuligańskim i czynnego udziału w zbiegowisku mimo wiedzy, że jego uczestnicy wspólnymi siłami dopuszczają się gwałtownego zamachu na osoby lub mienie". Oprócz tego, jeden z zatrzymanych usłyszał zarzut czynnej napaści na funkcjonariusza.

"Są to osoby wieku od 18 do 64 lat. Zastosowano wobec nich środki zapobiegawcze o charakterze wolnościowym, a w tym dozór policji oraz poręczenie majątkowe" – przekazała w środę rzecznik Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu prok. Justyna Pilarczyk. Pozostali zatrzymani to dwie 17-latki, które odpowiedzą za znieważanie interweniujących funkcjonariuszy i mężczyzna, który odpowie za wykroczenie.

Rzecznik wrocławskiej policji asp. szt. Łukasz Dutkowiak poinformował wczoraj, że po analizie nagrań z kamer operatorów będących na miejscu zdarzenia, policjanci zatrzymali kolejne dwie osoby. Byli to rodzice 4-letniego chłopca, którzy brali czynny udział w zgromadzeniu, pomimo jego rozwiązania.

"Mężczyzna dodatkowo trzymał na rękach syna, nie zważając na zagrożenie jakie powoduje swoim zachowaniem" – powiedział rzecznik.

Rodzice dziecka usłyszeli zarzuty "czynnego udziału w zbiegowisku pomimo wiedzy, że jego uczestnicy wspólnymi siłami dopuszczają się gwałtownego zamachu na osoby i mienie". Mężczyzna odpowie też za narażenie dziecka na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Rzecznik dodał, że o zdarzeniu został również powiadomiony wrocławski sąd rodzinny, który teraz zajmie się sprawą.

Portal Niezalezna.pl skontaktował się z kobietą, której postawiono zarzuty. Przedstawiła nam ona swoją wersję zdarzeń, relacjonując jednocześnie przebieg jej zatrzymania i przesłuchania.

Jak czytamy w postanowieniu Prokuratury Rejonowej dla Wrocławia Śródmieścia, które udostępniła nam podejrzana, prokurator Ireneusz Zieliński argumentował, że „w dniu 11 listopada 2019 r. we Wrocławiu wzięła ona czynny udział w zbiegowisku odbywającym się po rozwiązaniu przez organizatora marszu z okazji odzyskania niepodległości, wiedząc, że jego uczestnicy wspólnymi siłami dopuszczają się gwałtownego zamachu na osoby w postaci funkcjonariuszy Policji i mienie w postaci samochodów służbowych Policji, przy czym czynu tego się dopuścił, działając publicznie, bez powodu okazując przez to rażące lekceważenie porządku prawnego”.

Odnosząc się do zarzutów prokuratury kobieta podkreśliła, że podczas trwania marszu nie usłyszała żadnej informacji o jego rozwiązaniu.

- Już po fakcie dowiedziałam się, że jakaś pani z magistratu rozwiązała marsz, po czym uciekła w asyście policji. Mówiła tak cicho, że osoby, które były z tyłu tego nie słyszały. Kiedy marsz się zatrzymał zaczęliśmy pytać policjantów co się stało, dlaczego stoimy i wówczas policja powiedziała, że marsz został rozwiązany

- mówiła w rozmowie z naszym reporterem.

Ponadto podejrzana kobieta opisała nam w jaki sposób ją zatrzymano i przesłuchiwano.

- W dniu 14.11.2019 r. o godzinie 10:45, kiedy byłam w pracy, przyszła do mnie pani wicedyrektor i poinformowała mnie, że muszę zabrać swoje rzeczy i opuścić miejsce pracy, ponieważ przyszła po mnie policja i będę zatrzymana

- relacjonowała.

- Musiałam przemaszerować z panią wicedyrektor do jej gabinetu, pod którym stało dwóch policjantów. Pracuję w szkole jako starszy specjalista ds. płac oraz zastępcą głównego księgowego, a to wydarzyło się w czasie, kiedy na korytarzu było wielu nauczycieli, dzieci i rodziców. Panowie policjanci machali ostentacyjnie swoimi odznakami. Wszyscy się dowiedzieli, że przyjechała po mnie policja. W trakcie jazdy na komisariat jeden z policjantów zapytał o moje wyznanie religijne i porównał mnie do islamskich terrorystów, którzy zasłaniają się dziećmi. Jego wypowiedź uważam za obrazę mojej osoby.

- mówiła.

Po przewiezieniu do komendy miejskiej policji na ul. Sołtysowicką 21 kobieta została drobiazgowo przeszukana. 

- Przed policjantką musiałam się rozebrać do naga. Potraktowano mnie co najmniej tak, jak bym była handlarzem narkotyków

- powiedziała kobieta, która twierdzi, że była także straszona przez policjantów.

- Ponieważ policjanci chcieli przesłuchać mojego partnera, który był ze mną na Marszu Polaków, wraz z moim dzieckiem, a oni nie wiedzieli, gdzie on się teraz znajduję, to straszono mnie, że jeśli nie ujawnię jego miejsca pobytu, to mnie zamkną. Mówiono, że będą mnie polewać wodą, a panie policjantki, oburzone faktem, że byłam ze swoim dzieckiem na marszu „będą mnie zaraz linczować”.

- opisywała wydarzenia na komendzie.

Podejrzana kobieta stwierdziła, że nie pozwolono się jej skontaktować z adwokatem i nie udzielano jej znajomym żadnych informacji, co się z nią dzieje i gdzie obecnie przebywa.

- Po przesłuchaniu zakuto mnie ponownie w kajdanki i policjanci w kominiarkach przewieźli mnie na sygnale do prokuratury. To wszystko było filmowane. Rozkuli mnie, jak prokurator zaprosił mnie do składania zeznań. Nie przyznałam się do winy i odmówiłam składania zeznań. Postawiono mi zarzut udziału w nielegalnym zgromadzeniu. Dostałam nadzór policyjny i poręczenie majątkowe w wysokości 1000 zł. Ponadto muszę zgłaszać każdą zmianę miejsca swojego pobytu i nie mogę opuszczać kraju

- relacjonowała wydarzenia portalowi Niezalezna.pl.

- Straszono mnie, pytając: „czy pani dziecko ma opiekę, bo pani partnera też zatrzymamy”. Sugerowano, że moje dziecko zostanie zabrane. Wczoraj mój partner także został zatrzymany i postawiono mu zarzuty

- dodała kobieta.

Portal Niezalezna.pl skontaktował się także z oficerem prasowym Komendanta Miejskiego Policji we Wrocławiu.

Asp. Łukasz Dutkowiak poinformował, że działania Policji wobec podejrzanej kobiety były zgodne z procedurami. 

- Wszelkie czynności procesowe i poza procesowe realizowane przez wrocławskich policjantów w tej sprawie, były adekwatne do sytuacji i zgodne z obowiązującymi w Polsce przepisami prawa

- napisał w odpowiedzi na naszego maila asp. Dutkowiak.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, pap

Tagi

Wczytuję komentarze...

Prezydent upamiętni rocznicę Bitwy w Ardenach

/ Filip Blazejowski/Gazeta Polska

  

W poniedziałek prezydent Andrzej Duda weźmie udział w Belgii i Luksemburgu w uroczystościach upamiętniających 75. rocznicę bitwy o Ardeny, w której brali udział polscy lotnicy. Piloci Spitfire'ów 1 stycznia stoczyli zwycięską walkę nad Belgią z samolotami niemieckimi.

Bitwa w Ardenach, stoczona na przełomie lat 1944 i 1945 r., była ostatnią dużą ofensywną wojsk niemieckich na froncie zachodnim w czasie II wojny światowej. Zakończyła się klęską wojsk niemieckich.

„W Belgii uroczystości odbywają się w Bastogne, mieście, które było bronione w trakcie ofensywy w Ardenach przez wojska amerykańskie. Polska, jako jedno z kilku państw, została na nie zaproszona. To pokazuje, jak ważna jest historia w relacjach polsko-belgijskich. To też docenienie tego, co zrobili żołnierze 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka, którzy wyzwalali Belgię. Jesteśmy w gronie tych państw, które wyzwalały zachodnią część Europy, obok USA, Wielkiej Brytanii czy Kanady”

- powiedział PAP ambasador RP w Królestwie Belgii Artur Orzechowski.

Jak dodał, 1 stycznia 1945 roku, pod koniec operacji w Ardenach, siły niemieckie podniosły z ziemi ostatnie samoloty, by przeważyć na swoją korzyść losy bitwy. „Trzy polskie dywizjony, które stacjonowały obok Gandawy, stoczyły zwycięska bitwę z samolotami Luftwaffe, zestrzeliwując około 20 maszyn wroga. Była to największa bitwa powietrzna polskiego lotnictwa na Zachodzie w 1945 roku” – powiedział.

Historia potyczki z 1 stycznia 1945 r. jest bardzo ciekawa. Tego dnia Niemcy rozpoczęli realizację planu pod kryptonimem "Bodenplatte", która miała unieszkodliwić samoloty alianckie poprzez zmasowany atak na lotniska w Belgii i Holandii. Do wykonania zadania przygotowano myśliwce, jakie Niemcy posiadali na froncie zachodnim - Focke-Wulfy FW 190 i Messerschmitty Bf 109. Jednym z lotnisk, które mieli zbombardować Niemcy, było St. Denijs Westrem w Belgii, pod Gandawą. Jak przypomina MSZ, na lotnisku tym stacjonowały od października 1944 r. trzy polskie dywizjony (302 Dywizjon "Poznański", 308 "Krakowski" i 317 "Wileński"), tworzące razem 131 Skrzydło Myśliwskie.

Podgandawskie lotnisko przydzielono do ataku jednostkom niemieckiego JG1. Łącznie w stronę Gandawy poleciało około 40 Focke-Wulfów.

Tymczasem trzy polskie dywizjony otrzymały zadanie bombardowania dróg komunikacyjnych i przepraw przez Mozę. 1 stycznia o 8.27 wystartowało dwanaście Spitfire'ów 308 dywizjonu (pod dowództwem kpt. Ignacego Olszewskiego), o 8.40 jedenaście samolotów 317 dywizjonu (kpt. Marian Chełmecki) i o 8.49 osiem maszyn 302 dywizjonu (por. Edward Jaworski). Polskie Spitfire'y zbombardowały wyznaczone cele.

W tym samym czasie nad lotnisko St. Denijs Westrem - jak podaje resort spraw zagranicznych - nadleciały niemieckie myśliwce. Po zrzuceniu bomb zaczęły ostrzeliwać z broni pokładowej cele, zapalając samoloty, ciężarówki, budynki i wszystko inne, co dało się zniszczyć. Obrona przeciwlotnicza została zaskoczona, poza tym jej stan był niepełny, gdyż już wcześniej część przemieściła się na nowe lotnisko w Grimbergen. W wyniku nalotu zginęło trzech żołnierzy z personelu naziemnego - kierowcy kpr. Jerzy Koczwara-Bielka i kpr. Antoni Komorowski oraz mechanik kpr. Józef Sikora, zaś 18 innych zostało rannych (w tym 11 ciężko). Po pojawieniu się nad lotniskiem niemieckich samolotów, stanowisko dowodzenia natychmiast przekazało przez radio prośbę o ratunek do będących w powietrzu Polaków.

Kpt. Chełmecki i kpt. Olszewski zwiększyli prędkość i po chwili ujrzeli kłęby czarnego dymu nad lotniskiem (dywizjon 302 był zbyt daleko od St. Denijs, aby interweniować). Niemcy, zajęci ostrzeliwaniem lotniska, w pierwszej chwili nie dostrzegli Spitfire'ów i dali się zaskoczyć. Polacy rozproszyli się i zaczęła się bezładna pogoń za Niemcami.

Wiele Focke-Wulfów zostało zestrzelonych tuż nad lotniskiem, rozbijając się na okolicznych polach. Niektórzy z pilotów gonili nawet uciekające w kierunku południowo-wschodnim niemieckie samoloty, większość jednak ze względu na brak paliwa pozostała nad Gandawą i czekała na możliwość lądowania. Niestety, w czasie walki zginęło także dwóch lotników, zestrzelonych przez niemieckie myśliwce. Byli to ppor. Wacław Chojnacki z Dywizjonu "Krakowskiego" oraz por. Tadeusz Powierza z Dywizjonu "Wileńskiego". Wraz z trójką mechaników spoczęli na cmentarzu w St. Denijs. Obecnie spoczywają w Lommel.

Z chwilą podjęcia walki przez polskich myśliwców ataki na lotnisko ustały, a personel naziemny rzucił się ku pasom startowym, by usunąć z nich kawałki blach, resztek spalonych pojazdów i jak najszybciej umożliwić polskim pilotom lądowanie.

Podczas ataku na St. Denijs Westrem Niemcy stracili 21 samolotów - 17 pilotów poległo, a 4 dostało się do niewoli.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP


Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl