Adiutant Józefa Kurasia „Ognia”

Stanisław Ludzia, adiutant Kurasia / ipn.gov.pl

  

4 kwietnia na cmentarzu Rakowickim w Krakowie odbędzie się uroczysty pogrzeb Stanisława Ludzi – adiutanta Józefa Kurasia „Ognia”. „Jego losy doskonale obrazują logikę działań bezpieki wobec żołnierzy powojennego antykomunistycznego podziemia” – tłumaczy w rozmowie z PAP dyrektor krakowskiego oddziału IPN dr hab. Filip Musiał.

Gdzie i kiedy odnaleziono szczątki Stanisława Ludzi?

Jesienią 2017 r. podczas prac, które Biuro Poszukiwań i Identyfikacji IPN prowadziło na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Wątpliwość wiązała się z tym, że obok siebie w dwóch kwaterach pochowanych było kilku partyzantów z jednego oddziału. Z zapisków grabarzy wynikało, że zostali „pochowani w nocy, bez trumien i ubrań, trudno powiedzieć, w którym grobie”. Działania pionu poszukiwań koncentrowały się na tym, by szczątki partyzantów z tych dwóch kwater podjąć i spróbować zidentyfikować.

Kiedy Ludzia związał się z oddziałem „Ognia?

Prawie do końca II wojny światowej Stanisław Ludzia zajmował się gospodarstwem i opiekował rodziną. Do Ludowej Straży Bezpieczeństwa – oddziału, którym dowodził Józef Kuraś „Ogień” – dołączył dopiero w czerwcu 1944 r., mając 21 lat. Początkowo wspierał oddział, dostarczając żywność i materiały potrzebne do budowy leśnych schronisk, przekazywał też informacje. Z polecenia „Ognia” w lutym 1945 r. wstąpił do Milicji Obywatelskiej w Nowym Targu. Środowisko ruchu ludowego i podporządkowane mu oddziały zbrojne próbowały wtedy wnikać w aparat represji z nadzieją, że te siły porządkowe uda się przejąć lub zdominować. Ludzia zdezerterował z milicji w kwietniu 1945 r. i dołączył do oddziału odtworzonego w Gorcach pod komendą Józefa Kurasia. Jesienią, gdy następowała zimowa demobilizacja, z fałszywymi dokumentami wyjechał na Śląsk, wrócił wiosną 1946 r. w czasie ponownej koncentracji oddziału. Wówczas został adiutantem „Ognia”, w tym czasie działał pod pseudonimem „Harnaś”.

Jaka była jego rola u boku Józefa Kurasia?

Był najbliżej Kurasia. Wykonywał wszelkie polecenia dowódcy. Dostarczał informacje, przekazywał rozkazy, wykonywał specjalne zadania. W połowie 1946 r., kiedy powstało zgrupowanie „Błyskawica”, został wcielony do grupy ochrony sztabu zgrupowania. W kwietniu 1946 r. był jedną z osób, które osłaniały ślub Kurasia z Czesławą Polaczykówną. Brał też udział w walkach w maju 1946 r. z Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego nad Ostrowskiem, w lipcu uczestniczył w rozbiciu oddziału prowokacyjnego, dowodzonego przez funkcjonariusza UB mjr. Wałacha. Ta akcja miała znaczenie i propagandowe, i materialne, bo partyzantom udało się zdobyć uzbrojenie oraz dokumenty bezpieki. Była też ważna dla podniesienia morale w oddziale.

Ludzia został ranny podczas tej samej akcji, w której zginął Kuraś.

Tak, ale trzeba przyznać, że wielokrotnie miał olbrzymie szczęście. W styczniu 1947 r. został osaczony przez obławę w swoim rodzinnym domu, a jednak zdołał uciec. 21 lutego był ze swoim dowódcą w Ostrowsku, gdy otoczyli ich funkcjonariusze KBW i bezpieki. Kuraś próbował odebrać sobie życie, Ludzia przebił się przez pierścień obławy. Został ranny, ale udało mu się umknąć w góry. Początkowo się ukrywał, później ujawnił się w czasie amnestii, wierząc w obietnice komunistów, że istnieje szansa powrotu do jawnego życia.

Nadzieje te okazały się płonne, żołnierze podziemia antykomunistycznego nie mogli wrócić do normalnego życia…

Analizując życiorys Stanisława Ludzi „Harnasia”, można dostrzec logikę działań bezpieki. Ujawnienie się żołnierzy podziemia tak naprawdę służyło władzy do zewidencjonowania partyzantów. Pół roku po tym, jak Ludzia się ujawnił, do rodzinnej miejscowości partyzanta przyszedł patrol poszukujący między innymi jego. Ludzia napisał wtedy przejmujący list do kierownictwa bezpieki. Wskazał w nim, że choć zaprzestał walki partyzanckiej, to stał się obiektem działań UB. Wrócił w góry i we wrześniu 1947 r. dołączył do oddziału „Wiarusy”, którym dowodził Józef Świder „Mściciel”. Oddział powstał na bazie jednej z kompanii rozbitego zgrupowania partyzanckiego „Błyskawica”. Tworzyli go ludzie, którzy po części znali się ze wspólnej konspiracji z Kurasiem. Ludzia przyjął wtedy nowy pseudonim: „Dzielny”. Bardzo wielu partyzantów, widząc zmianę sytuacji geopolitycznej po sfałszowanych wyborach, miało nadzieję, że amnestia z lutego 1947 r. da szansę powrotu do jawnego życia i do nadgonienia czasu, który spędzili w lesie, ułożenia sobie życia rodzinnego. Okazało się to jednak niemożliwe. Z perspektywy komunistów ktoś, kto raz podjął walkę z systemem, będzie zagrożeniem aż do upadku komunizmu. Żołnierze antykomunistycznego podziemia, którzy przeżyli represje z lat 40., 50. i 60. byli inwigilowani do 1989 r.

Jak potoczyły się dalsze losy Ludzi?

Harnaś” był jednym z tych, którzy po nieudanym powrocie do jawnego życia, pod presją bezpieki, wrócił do konspiracji. Razem z „Wiarusami” brał udział w najgłośniejszych akcjach zbrojnych na przełomie 1947 i 1948 r., gdy szeregi podziemia bardzo się już skurczyły. Ludzia to postać szczególna, bo z wielu trudnych sytuacji wyszedł cało. Gdy podczas walk z KBW zginął „Mściciel”, on ocalał. Brał udział w obronie bunkra nad Harklową i mimo dramatycznego przebiegu walk, przetrwał. W kwietniu 1948 r. wrócił do oddziału, którym po rozproszeniu i ponownej koncentracji dowodził Tadeusz Dymel „Srebrny”. W październiku 1948 r. na pograniczu Rabki i Chabówki przebił się po raz kolejny przez obławę. Wyskoczyli wtedy przez okno we dwóch z Tadeuszem Dymlem. Dymel zginął, Ludzia został ranny. Był młody, ale najbardziej doświadczony ze wszystkich, którym udało się przetrwać rozbicie oddziału Świdra i Dymla, dlatego objął nad nim komendę.

W jakich okolicznościach zginął?

Za pośrednictwem byłej łączniczki „Ognia” Stefanii Kruk, która wtedy współpracowała już z bezpieką jako agent „S-21”, „Wiarusy” zostały wciągnięte w grę operacyjną. Partyzanci spotykali się z Marianem Strużyńskim vel Reniakiem, żołnierzem AK, później agentem UB. Przedstawił się im jako porucznik „Henryk” z Ruchu Oporu AK. Obiecywał organizację przerzutu do Wielkiej Brytanii, gdzie mieli przejść przeszkolenie podobne do cichociemnych, a potem wrócić do kraju. W rzeczywistości auto, które po nich przyjechało w lipcu 1949 r., było samochodem UB, którym partyzanci przewiezieni zostali do budynku Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Krakowie. Gdy Ludzia był tam wprowadzany, zobaczył portrety komunistycznych dygnitarzy. Próbował wyszarpać broń, ale obezwładniony postrzelił się w nogę. Dalsze jego losy są analogiczne do losów tysięcy działaczy antykomunistycznego podziemia: złapany jako dowódca i uczestnik wielu akcji przeciw bezpiece został poddany krótkiemu, ale bardzo brutalnemu śledztwu. 28 listopada 1948 r. skazano go na karę śmierci. Został zabity w styczniu 1950 r. na dziedzińcu więzienia Montelupich. Prawdopodobnie za spust pociągnął strażnik więzienny Stanisław Szymaniak.

Czym wsławił się Ludzia?

Przy zachowaniu wszelkich proporcji i w tych warunkach, w jakich przyszło mu walczyć, gdy objął komendę nad oddziałem, przyjął taką taktykę, jaką mieli podkomendni słynnego mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Oddział był w ciągłym ruchu, naprawdę nieuchwytny. W bardzo trudnych warunkach od jesieni 1948 r. partyzantom udało się działać przez niemal rok na szeroko pojętym Podhalu. Prowadzić akcje rekwizycyjne i działania o charakterze politycznym w warunkach, gdy większość oddziałów partyzanckich skupiała się na przetrwaniu. Dopiero gra operacyjna bezpieki doprowadziła do rozbicia oddziału. Był adiutantem Józefa Kurasia „Ognia”, ale pamiętajmy, że zginął jako ostatni dowódca „Wiarusów”. Miał wtedy 27 lat. Wprawdzie nie posiadał stopnia oficerskiego, ale kto wtedy miał mu go nadać?

Jak będzie wyglądał jego ponowny pochówek?

4 kwietnia o godz. 12 rozpocznie się msza święta w kościele karmelitów bosych przy ul. Rakowickiej. Ma jej przewodniczyć metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski. Potem nastąpi odprowadzenie trumny na cmentarz Rakowicki przy ul. Prandoty. Współorganizatorem pochówku jest wojewoda małopolski Piotr Ćwik.

Kogo jeszcze udało się zidentyfikować po poszukiwaniach na cmentarzu Rakowickim?

Odnaleziono i zidentyfikowano szczątki jeszcze pięciu osób: Tadeusza Zajączkowskiego „Mokrego”, Wiesława Budzika „Rolanda”, Adama Domalika „Kowboja”, Antoniego Wąsowicza „Rocha” i Tadeusza Gajdy „Tarzana”. Ich pogrzeby będziemy organizować sukcesywnie, do wczesnej jesieni.

Specjaliści z Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN pracowali także na dawnym dziedzińcu Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przy pl. Inwalidów w Krakowie. Badania te nie ujawniły jednak żadnych pochówków. Czy będą jeszcze podejmowane?

Wydaje się, że nie. Na podstawie badań warstw ziemi wytypowane zostało jedno miejsce, które sprawiało wrażenie, że można się tam spodziewać pochówków. Okazało się jednak, iż kiedyś prowadzono tam po prostu jakieś prace budowlane.

W pionie śledczym krakowskiego IPN prowadzone było postępowanie dotyczące fizycznego i psychicznego znęcania się, śmierci i fałszowania tożsamości trzech członków II Zarządu WiN  kpt. Waleriana Tumanowicza, ppłk. Alojzego Kaczmarczyka i kpt. Józefa Ostafina. Nie udało się znaleźć ich szczątków. Czy próby będą jeszcze podejmowane?

Przypadek działaczy II Zarządu WiN-u jest szczególny. Po egzekucji w areszcie na Montelupich ich ciała zostały wywiezione pod fałszywymi nazwiskami do Zakładu Anatomii Opisowej jako materiał do ćwiczeń dla studentów medycyny. Idąc tym tropem próbowaliśmy przeprowadzić ekshumację w miejscu, gdzie powinny być ich szczątki, ale odnaleźliśmy szczątki innych osób. Bez nowych dokumentów, bez nowego tropu, nie mamy szans na sukces.

W jakich miejscach i na jaką skalę Biuro Poszukiwań planuje poszukiwania w tym roku?

Na cmentarzu Rakowickim jest sporo miejsc, które chcielibyśmy przebadać w najbliższych latach i zapewne wrócimy tam także w tym roku. Będziemy prowadzić prace w Brzesku i na krakowskim Glinniku. Trudno określić ich zakres. Z podjęciem decyzji czekamy jeszcze na raporty z ostatnich badań. Jeśli się uda, to podejmiemy też poszukiwania na pograniczu powiatów wadowickiego i suskiego.

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP/Małgorzata Wosion-Czoba


Wczytuję komentarze...

Opowieść wielkanocna o najlepszych z nas. „Stasiu Suchowolec, Sylwek Zych... Oni się ich bali”. WIDEO

  

Ginęli jeszcze w okolicach „okrągłego stołu”. - Przyjechał po mnie biskup z kanclerzem, pokazali dekret i powiedzieli, że mam półtorej godziny na spakowanie rzeczy. I mnie wywieźli – tak usunięcie z parafii na Łazarzu wspomina ks. Leszek Marciniak. Pośpiech wynikał z obaw, że robotnicy siłą zatrzymają księdza. Być może wtedy ocalił życie, bo wkrótce zaczęli ginąć jego przyjaciele, mówiący podobne kazania. – Ks. Stefan Niedzielak zginał za swoją ideę, próbował pokazać, jak wielu ludzi zginęło na Wschodzie, nie tylko w Katyniu, ale wszyscy, którzy byli tam wywiezieni, przecież to miliony – mówi ks. Leszek Marciniak.  Obejrzyj poniżej rozmowę z legendarnym księdzem w „Wywiadzie z chuliganem”.

Stasiu Suchowolec, cudowny człowiek, wspaniały, przyjaciel księdza Jerzego, opiekun jego rodziców, był bardzo niepokorny. I bardzo niewygodny dla wielu tam, w tym Białostockiem, dlatego zginął

– mówi w rozmowie z Piotrem Lisiewiczem ks. Leszek Marciniak.Ks. Stefan Niedzielak zginął na dwa tygodnie przed „okrągłym stołem”, ks. Stanisław Suchowolec tydzień później, a ks. Sylwester Zych pięć tygodni po wyborach z 4 czerwca 1989.

Tym, co łączyło mordowanych w czasie historycznej zmiany ustrojowej księży, było to, że mówili o historii, o Katyniu, o tym, o czym nawet duża część opozycji nie chciała mówić. Zdaniem księdza Leszka Marciniaka, można było to zrozumieć jako demonstrację, że wykuwająca się „nowa” Polska ma być pokracznym tworem oderwanym od korzeni.

Jesteśmy odcinani od historii, nie przypadkiem historię wyrzucano ze szkół. Jeśli do niej nie powrócimy, będzie tragedia. Bo naród tracąc pamięć, traci życie

– mówi ks. Leszek Marciniak. Wobec tych zbrodni na najodważniejszych polski księżach w tamtych dniach panować miała obojętność.

Sylwka Zycha spotkałem jeszcze na pogrzebie księdza prałata Teofila Boguckiego, proboszcza księdza Jerzego. Wyszedł z tego więzienia, trochę opowiadał o tym. Nie wiedziałem, że za chwilę przeczytam, że nie żyje.

Ks. Leszek Marciniak podkreśla, że nie ma pretensji do śp. arcybiskupa Jerzego Stroby, że go usunął z parafii.

Też miałem pogróżki. Nie wiadomo, jakby się to skończyło. Myślę, że arcybiskup podejmując tą decyzję, wyrzucając mnie z Poznania, uratował mi życie.Ślubowałem biskupowi i posłuszeństwo i uważam, że ono jest w kościele bardzo ważne, mimo wszystko, mimo bólu

– stwierdza.

Obejrzyj rozmowę z niezwykle odważnym polskim księdzem:

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl