Czerwony alert dla polskiej psychiatrii

  

Jeśli chcemy wyciągnąć jakąkolwiek lekcję z tragedii, które ostatnio wydarzyły się w Polsce, nie pozwólmy sprowadzić ich do międzypartyjnych wojen. Są one przede wszystkim sygnałem systemowych kłopotów, które dotykają choćby polską psychiatrię.

Zabójstwo Pawła Adamowicza nie schodzi z pierwszych stron gazet. Niestety horrendalny czyn Stefana W. błyskawicznie został przemieniony w stricte polityczną sprawę. Zaprzyjaźnione z opozycją media, najpierw w półsłówkach, a nieco później już otwartym tekstem, obarczyły winą aktualną władzę. Koniecznie trzeba wyjść poza narzucaną przez nie logikę. Zabójstwo w Gdańsku bowiem, popełnione podczas kolejnego finału WOŚP, na scenie pilnowanej przez agencję ochrony Tajfun wiele mówi o kłopotliwych i mniej udanych aspektach polskiej rzeczywistości. Już tylko kolejne informacje dotyczące tej firmy ochroniarskiej dają do myślenia (kogo temat interesuje bardziej, znajdzie na Niezależna.pl mój artykuł „Rynek ochrony czy patologiczny biznes?”). Podobnie do myślenia daje niedawna tragedia w Koszalinie, gdy w pożarze escape roomu zginęło pięć nastolatek. Chwilę później okazało się, że ten segment rynku w niemałej części rządzi się najgorszymi regułami dzikiego kapitalizmu, w którym dba się przede wszystkim o szybki i łatwy zysk.

Stanowski ma rację

Z jednej strony nie ma sensu negować osobistej odpowiedzialności poszczególnych osób za tak tragiczne wydarzenia jak w Koszalinie czy Gdańsku. Z drugiej – wszystko to dzieje się w określonej rzeczywistości społecznej, gospodarczej, instytucjonalnej z jej bardzo silnymi determinantami. W tej przestrzeni jednostki często poruszają się jak w skomplikowanym labiryncie, którego drogi czasem prowadzą ku najgorszym pułapkom. Może to dla kogoś zbyt mocna teza. Jednak Krzysztof Stanowski w swoim cotygodniowym felietonie dla Weszło.com opisał to nie mniej mocno: „Jeśli rozłożymy tragedię z Gdańska na czynniki pierwsze, to okaże się, że po prostu musiało do niej dojść. Sumiennie wszyscy na nią zapracowaliśmy”.

Stanowski zwraca uwagę na trzy kwestie. Pierwsza to wysoce prawdopodobny kryzys polskiego systemu penitencjarnego (przepełnione więzienia, mocno kulejąca resocjalizacja). Druga i trzecia wiąże się z jasno już stwierdzonym kryzysem polskiej psychiatrii. Nie pisałem nigdy o więziennictwie, więc nie będę robił za okolicznościowego eksperta. O kryzysie polskiej psychiatrii i szerzej – opieki zdrowotnej – pisałem natomiast często, również na łamach „Codziennej”. Zwykle w tonie alarmistycznym, po prostu inaczej się nie da. W wypadku psychiatrii negatywnie warunkują się przynajmniej dwie przyczyny. Pierwsza wynika z ogólnego pogarszania się zdrowia psychicznego Polaków i Polek. To długofalowe skutki przemian społecznych i demograficznych: problemy wynikają z większej atomizacji społecznej, rozpadu rodzin i pogłębionych więzi międzyludzkich, zmniejszonej ilości wolnego czasu oraz coraz większej presji czynników ekonomicznych na jednostkę przy równoczesnym wzroście społecznych oczekiwań (walka o prestiż!).

Na Pomorzu jest najgorzej

Trzeba też pamiętać, że – podobnie jak w wypadku chorób somatycznych – w pewnej liczbie przypadków decyduje biologia, czyli geny. Poza tym osoba ciężko chora psychicznie potrzebuje innego wsparcia i leczenia niż człowiek z pogłębionymi zaburzeniami nastroju. Ale dla jednego i drugiego problem zaczyna się, gdy ograniczony dostęp do efektywnej terapii psychologicznej lub leczenia psychiatrycznego mniej lub bardziej utrudnia funkcjonowanie. A w najgorszym razie spycha ludzi na margines społeczeństwa, prowadzi do bezdomności albo przyczynia się do konfliktów z prawem. I w tym przypadku groźne jest ubóstwo, choć przy tak niewydolnej sieci psychiatrycznej, jaką ma Polska, także dla tzw. zwykłych ludzi jest to nierzadko niemały problem. Problem z podwójnym źródłem: po pierwsze to brak placówek oferujących efektywne wsparcie, po drugie – deficyt specjalistów w tych placówkach.

Z danych ekspertów, które przytacza „Dziennik Bałtycki”, wynika, że źle jest w całym kraju: co czwarty Polak doświadczył w życiu jakiejś formy zaburzeń psychicznych, a co dwudziesty piąty – trzech i więcej. Na stany obniżenia nastroju i aktywności, przewlekły lęk i drażliwość uskarża się 20–30 proc. Polaków między 18. a 64. rokiem życia. Jak się okazuje, to właśnie Pomorze jest regionem, w którym od lat rejestruje się najwięcej przypadków depresji i stanów lękowych. Doktor Blanka Brancewicz z Gdańska, wojewódzki konsultant w dziedzinie psychiatrii, tak mówiła „DB”: „Rejestrujemy najwięcej w Polsce przypadków zachorowań na zaburzenia afektywne i lękowe (różnego typu zaburzenia nastroju, w tym głównie depresje), mamy jeden z najwyższych wskaźników umieralności z przyczyn psychiatrycznych w kraju”. Na Pomorzu nie ma odpowiedniej liczby ośrodków zdrowotnych, w których pacjenci mieliby dostęp do psychologów i psychiatrów. Wiąże się to niestety z szerszą tendencją, dotyczącą całego kraju: Najwyższa Izba Kontroli już kilka lat temu alarmowała, że Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego, który miał zostać wdrożony w latach 2011–2015, zakończył się fiaskiem.

Coraz gorzej z psychiką dzieci

Warto sobie uświadomić, że – identycznie jak w przypadku chorób somatycznych – brak dostępnej placówki, wraz z fatalną nieraz siecią komunikacji publicznej, jest bardzo istotnym czynnikiem decydującym o braku leczenia lub jego zaniechaniu. W takich sytuacjach dramat jednostek i ich rodzin bardzo szybko przeradza się w problem społeczny – u nas niestety lekceważony, bo zbyt duża część społeczeństwa, a także naszych elit uwierzyła niemądrej maksymie, że „społeczeństwo nie istnieje”. Owszem, istnieje, także jako wspólnota, która jest szczególnie zagrożona właśnie wówczas, gdy cierpią „ludzie niewidzialni” na ogół w naszych publicznych debatach. Może czas, żeby poza odpowiedzialnością, którą obarczamy jako obywatele polityków czy media, zastanowić się, o jakich sprawach my sami najchętniej rozmawiamy na co dzień i czy obchodzi nas jeszcze coś więcej poza logiką newsów i płycizną fal, po których surfujemy w mediach społecznościowych.

Dziś zresztą coraz częściej słychać, że z coraz większymi problemami zmaga się psychiatria dziecięca. I znów to samo: problem braku specjalistów i placówek, szczególnie na prowincji, rosnące statystyki zaburzeń psychicznych wśród dzieci i młodzieży, wzrastająca liczba aktów agresji. Kumulacja odpowiednich czynników prowadzi do określonych skutków nie tylko w świecie przyrody, także w świecie społecznym. Można sobie łatwo wyobrazić scenariusz jakiejś potwornej szkolnej tragedii, po której wszyscy nagle zaczną być ekspertami od polskiej szkoły i psychiatrii dziecięcej. I przy ogromnej emocjonalnej temperaturze sporu będą się zastanawiali, dlaczego nikt nic z tym nie zrobił, albo szukali winnych wśród polityków – najlepiej tych przeciwnej opcji. Ale to droga donikąd, bo problemy społeczne nie pojawiają się i nie znikają, tylko dlatego, że rządzą tamci lub owi. Czasem problemy się dziedziczy, czasem dodatkowo się je generuje, nawet przez zaniedbania. Stan polskiej psychiatrii to niestety suma licznych zaniedbań, powstałych przez lata.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts