Przełom listopada i grudnia to czas, w którym coraz częściej słychać świąteczne dzwoneczki reniferów, a czapki św. Mikołaja raz po raz zaczynają być widoczne na ulicach. Nic dziwnego, że i na ekrany kin twórcy wysyłają produkcje, które mają przynajmniej delikatnie nawiązywać do tej wyjątkowości w kalendarzu. Nie inaczej jest z filmem "Miłość jest wszystkim", w którym akcentów świątecznych jest całe mnóstwo. Szkoda tylko, że to jeden z tych przypadków, w których - wbrew powiedzeniu - od przybytku zaczyna boleć głowa.

W filmie Michała Kwiecińskiego niemal nic nie jest bowiem na swoim miejscu. Autorzy postawili, a w zasadzie chcieli postawić na ckliwy przekaz, który ma widza wzruszyć i wycisnąć z oka łzę. Stąd próby zagrania na uczuciach poprzez szereg przewidywalnych historii bohaterów: jest oryginalny, dziwaczny św. Mikołaj odgrywany przez Olafa Lubaszenkę (jedna z niewielu ról, która jest godna zapamiętania), mamy kilka miłosnych historii, w tle pojawia się także nawiązanie do trudnych relacji ojciec - syn. Każda z tych opowieści nie jest jednak ani spójna, ani dobrze zagrana, ani nawet emocjonalnie poprowadzona tak, by wywołała u widza kapkę wzruszenia. Ot, kilka wyrwanych chaotycznie puzzli, które nie są wartością samą w sobie, a co gorsza - nie tworzą nawet jakiegoś szerszego obrazu, jaki byłby zjadliwy. Dodatkowym utrudnieniem w odbiorze filmu jest kiepskiej jakości dźwięk; podczas seansu niektórzy widzowie wręcz dopominali się u obsługi kina, by coś z tym zrobić. Niestety, to prostu kolejna usterka...

Tak naprawdę jedynym plusem filmu są urocze obrazki z Gdańska. Miasto położone nad Motławą prezentuje się naprawdę wyjątkowo, a ujęć nie psuje nawet wciskające się - mocno na siłę - ego Pawła Adamowicza. Prezydent Gdańska wystąpił bowiem w filmie w roli... prezydenta Gdańska, najwyraźniej uznając, że każda okazja jest dobra, by pokazać się i zadbać o swoją pozycję. Na marginesie - film kręcono w czasie, gdy Adamowicz wcale nie był pewny przedłużenia swojej kadencji... Ale polityczne akcenty to tylko margines filmu. Trudno nawet powiedzieć, by mocno zaszkodziły produkcji, bo "Miłość jest wszystkim" po prostu nie broni się na żadnym odcinku. Może poza symbolicznym epizodem z udziałem Jana Englerta, który w filmie wciela się w wielkiego i sławnego aktora - co przy bogatym dorobku artystycznym Englerta po prostu musiało się udać.

Ze świecą szukać w tym filmie pozytywów, ale i w "Miłość jest wszystkim" są momenty, których przesłanie jest pozytywne, ciepłe, prorodzinne. Jednak o ile w kolejnych odsłonach "Listów do M." czy "Planety Singli" historie te są opowiadane z finezją, pomysłem i rozmachem, o tyle najnowszy "świąteczny" rozdział w polskim kinie zwyczajnie nie zdaje egzaminu. Nie wszystko z Bożym Narodzeniem w tle musi się obronić - byłoby dobrze, gdyby film Kwiecińskiego był przestrogą dla innych polskich twórców. Pójście na skróty: scenariuszowe, aktorskie i realizatorskie niestety zawsze kończy się nieciekawie.

Ocena: 3/10