Musimy doprowadzić Polaków do porządku – mówią Brytyjczycy niewierzący w talent naszych bohaterów. Zanim ci w końcu wzbiją się w powietrze, wsławią się hulaszczym trybem życia oraz zamiłowaniem do kobiet i wódeczki. Słabo też znają angielski, a scena, w której uczą się, jak powiedzieć „naleśnik” w obcym języku, jest równie żałosna co zdumiewająca. Do kina wszedł właśnie film brytyjskich scenarzystów i reżysera „303. Bitwa o Anglię” z Iwanem Rheonem, Milo Gibsonem i Marcinem Dorocińskim.

„Oberwańcy” znad Wisły

Z punktu widzenia pracy nad konstrukcją filmu takie ujęcie problemu może być zrozumiałe. Mamy oto grupę niegodnych zaufania obcokrajowców, zwaną oberwańcami, którzy nie szanują musztry i bawią się nocami. (Nie tworzy to żadnego ciągu logicznego z pojawiającymi się w filmie scenami, w których Polacy ubolewają nad losem okupowanej w tym czasie ojczyzny. We wspomnieniach jednego z pilotów pojawia się nawet scena z Katynia.)

Pozory mogą mylić, o czym widz przekona się, gdy myśliwce prowadzone przez naszych wzbiją się w niebo. Jednak scena, w której polscy piloci wsiadają za stery myśliwców, będąc na… kacu, może wywołać w widzu oburzenie. Historia prowadzona jest jednak tak, że etos polskiego pilota finalnie się obroni. Polacy działają niekonwencjonalnie, ale skutecznie. Gdy dostają zielone światło do powietrznej walki, poznajemy ich jako postrach Luftwaffe robiący furorę w podniebnej walce. – W tych samolotach nie ma ludzi. Są Niemcy – motywują się polscy piloci. – Jeszcze chwila i wygrają za nas wojnę – mówi jeden z brytyjskich dowódców. Dowiemy się też niebawem, że polscy piloci są koneserami wina, szarmanckimi dżentelmenami i potrafią grać na pianinie. Są też świetnymi... kochankami. Słowem, we wszystkim przebijają Anglików.

Brytyjski żal za grzechy

O skuteczności Polaków szybko zrobi się głośno. Już niebawem Brytyjczycy nie pozwolą im spać przez 32 godziny, by dalej, równie spektakularnie, rozprawiali się z wrogami. Zorganizują na ich cześć bankiet, a dywizjon uznany zostanie za najskuteczniejszą jednostkę powietrzną podczas bitwy o Anglię.

Tym, co wydaje się największą wartością filmu, jest fakt, że reżyser David Blair nie waha się pokazać kompromitujących zachowań swoich rodaków. Jego film jest pewną formą uderzenia się w piersi. Blair pokazuje, że Anglicy nie będą płacili polskim pilotom, a po skończonej walce odeślą ich do domów, gdzie za udział w bitwie o Anglię czeka ich śmierć. Ci, którzy zostaną, będą co najwyżej pracować jako sprzedawcy gazet. Jednak żeby film w hołdzie polskim pilotom mógł być odbierany jako forma zadośćuczynienia po latach, powinien spełnić wiele warunków, których „303. Bitwa o Anglię” nie spełnia. Choćby budżet. Produkcja ewidentnie cierpi na zbyt małą liczbę scen batalistycznych. Staje się przez to produkcją rozpaczliwie szukającą miejsca między kinem kameralnym a filmem akcji. Budżet filmu to ok. 10 mln dol. Dokładnie dziesięć razy mniej niż „Dunkierki” Christophera Nolana.

Bitwa na dywizjony

A już za dwa tygodnie na ekrany kin wejdzie „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” z Piotrem Adamczykiem i Maciejem Zakościelnym w reżyserii Denisa Delićia. Będzie to również polsko-brytyjska produkcja. Film powstał na kanwie bestsellerowej książki Arkadego Fiedlera o tym samym tytule. Fiedler był porucznikiem Wojska Polskiego, który poznał pilotów Dywizjonu 303. Przedruk jego książki „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” krzepił ducha w okupowanej Polsce. Film z PISF i ministerstwa kultury został wsparty dotacją w wysokości 4 mln zł. W sumie budżet opiewa na kwotę ok. 14 mln zł. Produkcja powstawała kilka lat. W pierwszym etapie oceny scenariusza PISF skierował projekt do poprawek. Później zmienili się reżyser, obsada i dystrybutor.

Twórcy filmu „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” postanowili zażartować i na plakacie ostrzegają, by nie pomylić filmów. Wyścig twórców „303. Bitwa o Anglię” i „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” trwa. Pytanie, czy gra na pewno toczy się o to, kto godniej upamiętni bohaterów Dywizjonu 303.