O aferze ściekowej rozmawiamy z kandydatem PiS na prezydenta miasta Kacprem Płażyńskim.

- Służby na razie uspokajają, ale badania cały czas trwają. Wedle moich informacji dopiero za kilka tygodni okaże się, na ile te bakterie, które dostały się do Motławy i Zatoki Gdańskiej, są groźne. Bez względu na to już wiemy, że ujście Motławy jest skażone i nawet kilka milionów zł może kosztować przywrócenie terenu do stanu pierwotnego. Ten koszt poniesie Saur Neptun Gdańsk, gdzie miasto ma 49 proc. udziałów.  Do tego grzywna, którą nałożą instytucje odpowiedzialne za ochronę środowiska oraz skutki długofalowe w postaci spadku liczby turystów. Z moich rozmów wynika, że już część rezerwacji w hotelach jest odwoływanych. Każdy może się postawić w roli turysty z południa Polski czy z zagranicy i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chciałby wypoczywać w takich warunkach.  Nie jesteśmy bańką, z której informacje nie wydostają się poza region. Oczywiście skutki tej katastrofy będziemy mogli zmierzyć dopiero po sezonie, porównując konkretne miesiące z ubiegłego roku z tymi samym okresem roku bieżącego.

- mówi portalowi Niezalezna.pl Kacper Płażyński. Polityk nie zostawia suchej nitki na działaniu miasta i Pawła Adamowicza.

Mówimy o infrastrukturze krytycznej, która nie ma prawa ulec tak wielkiej awarii. Każde nowoczesne przedsiębiorstwo jest przygotowane na takie sytuacje i wie, jak przeciwdziałać kryzysowi. Podobnie spółka Saur Neptun Gdańsk powinna posiadać plan zarządzania ryzykiem i w oparciu o niego działać. Powinno wiedzieć, jak zapobiec takiej awarii, a jednocześnie mieć przygotowane scenariusze, poprzedzone szkoleniami osób i testami, które niwelowałyby skutki awarii. W tym wypadku nie mieliśmy z czymś takim do czynienia. Ponadto pozostawia wiele do życzenia to, w jaki sposób w Gdańsku zarządza się kryzysem. W dniu katastrofy po kilku godzinach po ogłoszeniu przez miasto, że nie można się zbliżać do skażonych akwenów, spacerując wzdłuż Motławy, widziałem wędkarzy łowiących ryby i kąpiących się ludzi. Zastanawiam się, gdzie były służby? Nie jest to zdrowa sytuacja zetknięcie się z taką wodą, ale dodatkowo w tamtym momencie zupełnie nie wiedzieliśmy, na ile to jest realne niebezpieczeństwo. Brak reakcji służb w Gdańsku i brak zapobiegania kontaktu ludzi z terenem zanieczyszczonym co najmniej zastanawia. Co by się stało, gdybyśmy mieli dużo groźniejsze skażenie? Jeśli chodzi o politykę informacyjną, to widać, że ta po prostu nie istnieje

- podkreśla Płażyński.

Jak dodaje - wystosował serię pytań do Pawła Adamowicza, a wśród nich zasadnicze dotyczące funkcjonowanie spółki Saur Neptun Gdańsk:

1.Dlaczego SNG nie posiadała zapasowych pomp i silników na wypadek awarii?  
2. Czy SNG jest ubezpieczona od awarii z jaką mieliśmy do czynienia trzy dni temu? 
3. Jaki dokument i przez kogo opracowany określa zasady na jakich SNG zarządza ryzykiem?  
4. Ile wyniósł łączny dochód SNG od momentu rozpoczęcia swojej działalności? 
5. Czy władze Gdańska nałożą na SNG kary umowne z tytułu nieprawidłowego wykonywania umowy? 
6. W jakich wypadkach zawarta przez władze Gdańska z SNG umowa pozwala na jej rozwiązanie?  
7. Czy w obliczu zaistniałej awarii zamierza Pan rozwiązać umowę z SNG?

- Zasadnicze pytania dotyczą kar umownych i rozwiązania umowy. Warto powiedzieć, że to nie jest umowa wieczna. To jedynie udostępniona infrastruktura na zasadzie umowy dzierżawy i ta kończy się w 2023 r. Pytanie, czy mamy możliwość jej rozwiązania z uwagi na rażące niewypełnianie i przekazać infrastrukturę pod zarząd innej spółki miejskiej. Niestety w Gdańsku mamy do czynienia z oddawaniem monopolów obcemu kapitałowi. Dotyczy to ścieków i ciepłownictwa. Oddaliśmy podmiotom zagranicznym kury znoszące złote jaja 

– mówi Płażyński.

Zapowiada również, że nie ma zamiaru odpuszczać sprawy.

- Liczę, że Paweł Adamowicz odpowie na wszystkie moje pytania postawione publicznie podczas konferencji prasowej. Jak na razie ustosunkował się do dwóch i pół pytania. Na pozostałe odpowiedział nie na temat, albo wcale 

- podkreśla w rozmowie z portalem niezalezna.pl