O tym, że Instytut Lecha Wałęsy jest w poważnych kłopotach finansowych, informowaliśmy kilkakrotnie. Na początku czerwca spółki Skarbu Państwa zażądały zwrotu ponad 1,5 mln zł. Podarowane pieniądze zostały wydane niezgodnie z przeznaczeniem. Pieniądze przeznaczone były na konkretne cele – według statutu to m.in. "ochrona dziedzictwa narodowego" oraz "tradycji narodowej" i "solidarnościowej".

Mgr Jerzy Stępień, prezes Instytutu, tłumaczył wówczas, że "środki poszły na inne cele – na utrzymanie instytutu, na pensje". Po rządach byłego prezesa, Mieczysława Wachowskiego, na koncie zostało... 107 zł. Stępień przyznał, że Wachowski sam podał się do dymisji.

Parę tygodni temu zakończył się audyt, który zlecił Stępień. Wynika z niego jasno, że Instytut tonie w długach – sięgają one obecnie ponad miliona złotych. Zaległości i tak maleją (sięgały 1,7 mln zł), ale instytut w ratach spłaca zobowiązanie wobec PZU: łącznie ok. 370 tys. zł. Ostatnią ratę (130 tys. zł) wobec PZU ma uiścić w listopadzie.

Po audycie Lech Wałęsa zdecydował się na zupełne zmiany w radzie nadzorczej instytutu. Nie spodobało się to Jerzemu Stępniowi, który sam zrezygnował z funkcji prezesa.

Postawiłem sobie za cel zbadanie, jak wyglądają finanse Instytutu. Razem z radą nadzorczą wykonaliśmy to zadanie. Kiedy byliśmy u końca tej pracy, to okazało się, że fundator bardzo istotnie zmienił skład rady nadzorczej. Pozostali członkowie rady poczuli się dotknięci sposobem zmiany i zachowaniem niektórych nowych członków rady, więc złożyli rezygnacje. Uznałem, że moje dalsze pozostawanie w ILW traci sens. Nie czując oparcia, uznałem, że moja misja jest skończona. Złożyłem rezygnację z funkcji prezesa i czeka ona na przyjęcie. Byłem pełny dobrej woli, ale przyznam szczerze, że choć wielokrotnie pełniłem poważne funkcje w państwie, to jednak ta przerasta moje możliwości
tłumaczy swoją decyzję Stępień.