„Jesteśmy wspólnotą wolnych Polaków, a więc niemożliwe jest kompromisowe odnalezienie się w strukturze III RP, która oparta jest na kłamstwie. Kłamstwo jest zawsze formą zniewolenia.” Z Wojciechem Wenclem, poetą i felietonistą, rozmawiają Dawid Wildstein i Samuel Pereira.

- Jest Pan jednym z głównych bohaterów filmu Joanny Lichockiej „Przebudzenie”. Czym dla Pana jest udział w tego typu przedsięwzięciu?
- Ten film to rodzaj osobistego świadectwa. Starałem się odtworzyć w szczegółach doświadczenie Smoleńska, które zmieniło moje życie. Ale to również rodzaj zobowiązania wobec wspólnoty wolnych Polaków, która narodziła się po 10 kwietnia 2010 r. Chyba nikt nie jest w stanie przez kilkadziesiąt lat utrzymywać patriotycznej wrażliwości i solidarności na tak wysokim poziomie. Duch kiedyś osłabnie, zostanie codzienność. Dlatego cieszę się, że mam punkt odniesienia, do którego będę mógł wracać, gdy świat znów będzie mnie spychał w egoizm i konsumpcję.

- W filmie Anita Czerwińska mówi, że przestała czuć się mniejszością. Pojawia się wątek nowej wspólnoty.  W jakiej relacji pozostaje ona do tego, co było przed nią?
- Jesteśmy wspólnotą wolnych Polaków, a więc niemożliwe jest kompromisowe odnalezienie się w strukturze III RP, która oparta jest na kłamstwie. Kłamstwo jest zawsze formą zniewolenia. Stąd nasza antysystemowość. Przed  10 kwietnia ludzie czuli, że z państwem jest źle, ale nie sądzili, że aż tak. Mimo wszystko spodziewaliśmy się, że wobec katastrofy smoleńskiej władza zachowa minimum przyzwoitości. Oddanie śledztwa Kremlowi, później gaszenie zniczy, powrót do mowy nienawiści w mediach - wszystko to uświadomiło nam, że jesteśmy sami i że na nas spoczywa odpowiedzialność, by Smoleńsk nie stał się wyłącznie newsem w serwisach informacyjnych. Kultura, która nie potrafi dostrzec świętości ofiary i nie interesuje jej prawda o śmierci głowy własnego państwa, jest głęboko chora. Musimy zrekonstruować kulturę reagującą właściwie na rzeczywistość. Tę pracę trzeba wykonać w podziemiu, bo tylko tam można stworzyć nowe centrum. Starając się reformować kulturę III RP, pozostalibyśmy częścią obecnego systemu.

- Film „Przebudzenie” mocno akcentuje uczucie przełomu, nowości. Niech mi Pan powie, czy „po naszej stronie”, przed 10 kwietnia istniała jakakolwiek wspólnota? Czy dopiero tak radykalne doświadczenie jak Smoleńsk mogło tę wspólnotę wytworzyć?
- Przed 10 kwietnia istniały pozostałości formacji niepodległościowej, rozproszone środowiska tradycyjnej polskiej inteligencji. Nazwałbym ich stańczykami. To ludzie głęboko świadomi, czym naprawdę był Okrągły Stół, niemający złudzeń co do natury III RP. Ale większość z nas traktowała ich odmowę uczestniczenia w życiu publicznym jako gest przesadzony. Dopiero radykalna trauma uświadomiła nam, w jakim państwie żyjemy. Przebudziła nas z letargu. Obudziliśmy się głodni prawdy, sprawiedliwości, realnej wolności słowa. Tym większy hołd należy się tym, którzy już wcześniej walczyli z kłamstwem: Krzysztofowi  Wyszkowskiemu, Andrzejowi Gwiaździe czy środowisku krakowskich „Arcanów”. Oni przechowali dla nas substancję polskości, z której dziś możemy budować w wymiarze masowym.

- Ale z tego wysnuwa się przerażający wniosek, że ta tragedia była nam niezbędna dla przetrwania i zrozumienia. Dla istnienia wspólnoty...
- Narodowe tragedie zawsze mają dwie strony. Są olbrzymią traumą, ale mają też funkcję oczyszczającą, zdzierają maski. Stając wobec śmierci, trudno nadal prowadzić jakieś gierki ideologiczne, dostosowywać się do otoczenia. Oczywiście bardzo chciałbym, aby to, co się stało w Smoleńsku, nigdy się nie wydarzyło. Ale skoro już się stało, nie można tylko lamentować. Mam głębokie, chrześcijańskie doświadczenie, że Bóg przychodzi do człowieka na gruzach jego życia. Podobnie jest w historii narodów. Przebudzenie, o którym mówi film Joanny Lichockiej, dla mnie osobiście jest też przebudzeniem do krzyża. Ten krzyż wykluczenia, podziemnej kultury nie musi być przekleństwem. Jeśli połączymy go z krzyżem Chrystusa, jarzmo będzie słodkie, a brzemię lekkie. Bł. ks. Jerzy Popiełuszko mówił: „Odważne świadczenie prawdy jest drogą prowadzącą bezpośrednio do wolności. Człowiek, który daje świadectwo prawdzie, jest człowiekiem wolnym”.

- Przecież to, co Pan mówi, znaczy,  że istnieliśmy w tak zdegenerowanym świecie, że tylko krew niewinnych mogła go odmienić?
- Skoro doszło do ofiary, widocznie tak było. Ta tragedia jest przecież kulminacją atmosfery nienawiści wobec polskiego prezydenta i jego współpracowników, narastającej przez lata. Od Okrągłego Stołu formacje niepodległościowe były konsekwentnie, choć często zakulisowo, niszczone. Ostatnie miesiące przed Smoleńskiem to już festiwal szyderstw i nienawiści. Długo żyliśmy w tym zdegenerowanym świecie, oszukując się, że być może demokracja musi tak wyglądać. Czuliśmy się źle, ale pocieszaliśmy się, że przecież nie ma już w Polsce sowieckich wojsk, cenzury czy jawnych mordów politycznych. Smoleńsk odsłonił prawdziwy obraz: żyliśmy w bagnie, w cuchnącym wnętrzu hybrydy zrodzonej przy Okrągłym Stole. Nie przejdzie mi przez usta, że smoleńska ofiara krwi była konieczna, ale chylę głowę przed poległymi, bo każdy dzień bardziej uświadamia mi ich bohaterstwo.

- Stwierdza Pan w filmie, że zagrożeniem dla wspólnoty są te siły, które dążą zawsze do zbrukania tego, co wysokie…
- Istotą III RP jest przymierze cyników w polityce i kulturze. To państwo błazeńskiego rechotu, szyderstwa. Najbardziej typową emanacją polityczną tego zjawiska jest działalność Janusza Palikota, kulturalną - medialne popisy Kuby Wojewódzkiego. Najgorzej, że obaj mają swoich wyznawców wśród postępowej inteligencji, która na własny użytek zdeformowała dykcję gombrowiczowską. Witold Gombrowicz spełniał się jako wentyl bezpieczeństwa dla narodowej tradycji, nie pozwalał nam popaść w megalomanię, nie przyszłoby mu jednak do głowy domagać się likwidacji całej romantycznej spuścizny. Dzisiejsi mędrcy zrozumieli to jednak nie jako przestrogę przed nadmiernym nadmuchiwaniem patriotycznego balonu, lecz jako całkowitą negację patriotyzmu. Myślę, że Gombrowicz, gdyby żył, wyśmiałby ich. W istocie są nie spadkobiercami pisarza, lecz klonami Zyty Młodziakówny. Niestety, skutki ich groteskowej postawy w kulturze są poważne.

- Mówi Pan, że duch kiedyś osłabnie. Jakie są szanse przetrwania wspólnoty „wolnych Polaków”? Przegraliśmy kolejne wybory, nagonka trwa. Joanna Lichocka mówiła, że ten film ma pokazywać nadzieję. Ja widzę zmęczenie  i smutek.
- Chcę gorąco podziękować Joasi za ten film. Jestem pewien, że wszyscy będziemy do niego wracali. Nie zgodzę się, że nie ma w nim nadziei. Jest, tyle że nadzieja krzyża, a nie polityczny triumfalizm. Czeka nas długa droga pogłębiania polskiej kultury, ale też własnej duchowości. Kto oczekuje natychmiastowej wypłaty w wyborach, może być rozczarowany, ale dla nas nadzieja tkwi w rzeczach małych: w rodzącej się solidarności, w uśmiechach obcych ludzi, w zniczach osłanianych dłonią, w pracy u podstaw, wytrwałości, wierności, pokorze wobec faktów politycznych, w tym wszystkim, co się tli na Krakowskim Przedmieściu. Jedyną drogą do zachowania ducha jest codzienna modlitwa. Oczywiście wierzę, że kiedyś ten nasz ogień się rozprzestrzeni na całą Polskę, ale to już nie zależy wyłącznie od nas. Oczekując przebudzenia narodu, nie powinniśmy gardzić tym, co już nam dano: nasze znicze, pochodnie i serca wciąż płoną. Ciemność ich nie ogarnęła.

Wywiad opublikowany został w weekendowym wydaniu "Gazety Polskiej Codziennie"