Rakowiska k. Białej Podlaskiej (woj. lubelskie), niecałe dwa tygodnie do Bożego Narodzenia. Nastoletnia para Zuzia i Kamil z precyzją i wyrachowaniem godnym zawodowców mordują rodziców chłopaka. Mimo ogromu tragedii facebookowy profil Marii Goniewicz (tak brzmi pseudonim artystyczny nastoletniej morderczyni-poetki) w kilka dni zyskuje rzeszę fanów, a tomik jej autorstwa osiąga na aukcji internetowej zawrotną cenę. Pojawia się nawet akcja internautów pod hasłem „Free Maria Goniewicz”. Nastolatkowie przyznają, że planując zbrodnię, inspirowali się filmami, głównie z dorobku Quentina Tarantino. 

Automatycznie nasuwa się pytanie: czy twórca „Pulp fiction” ponosi moralną odpowiedzialność za to, że jego obrazy popchnęły tych dwoje do zbrodni? I czy rodzina 23-letniego samobójcy z Peru, który chciał być jak Hannah Baker z „Trzynastu powodów”, powinna wystąpić o odszkodowanie od Netflixa? Idąc tym tropem, musielibyśmy wyeliminować z kina przemoc, choroby psychiczne i wszystko, co mogłoby stwarzać potencjalne zagrożenie – zostałyby tylko bajki (a i też nie wszystkie). Kto zatem ponosi odpowiedzialność za realne zło, zaczerpnięte z nierealnej przecież rzeczywistości filmu? Odpowiedź, choć prosta, może zakłuć: winni jesteśmy my sami: ty i ja, społeczeństwo. 

Dziś kolejność priorytetów zupełnie się odwróciła, a na jej szczycie króluje pieniądz. Myślę, że kiedy dokonał się ten wybór, tak naprawdę zatraciło się gdzieś nasze społeczeństwo

 - mówił Luc Besson kilka tygodni temu na konferencji w Warszawie, gdzie promował „Valeriana i Miasto Tysiąca Planet”.

Po niespełna trzech dekadach, wraz z nowym sezonem „Twin Peaks” sprawa Laury Palmer powróciła – raczej na zasadzie wzmianki, ale jednak. Niemal równolegle z jej powrotem, pojawiła się Hannah Baker, bohaterka „13 powodów”  Briana Yorkeya. Gdzieś po drodze spotkaliśmy bezwzględnego Kevina z dramatu Lynne Ramsay, a całkiem niedawno Szymka i Czarka we wstrząsającym „Placu Zabaw” Bartosza M. Kowalskiego. W odniesieniu do tych tytułów słowa Bessona można potraktować jako pewien wspólny klucz, który może okazać się ciekawym punktem wyjścia do dyskusji nad wychowawczą misją kina, zwłaszcza w kontekście zaburzeń psychicznych u dzieci i młodzieży.

Serial Netflixa "Trzynaście powodów" wywołał liczne kontrowersje (fot. mat.pras.)

„Synalek” (1993) Josepha Rubena, „Funny Games” (1997) Michaela Hanekego czy nowsze „Musimy porozmawiać o Kevinie” (2011) Lynne Ramsay to tytuły traktujące o  zaburzeniach zachowania. Bohaterów tych filmów z powodzeniem moglibyśmy nazwać psychopatami, ale mając na względzie standardy kliniczne, w przypadku osób nieletnich mówi się raczej o zaburzeniach zachowania, odraczając diagnozę zaburzeń osobowości, by ochronić młodocianych pacjentów przed etykietowaniem. Wszyscy czterej bohaterowie wymienionych obrazów kierują się własnym, często trudnym do zdefiniowania, interesem. By osiągnąć swój cel, nie zawahają się przed niczym – nawet przed morderstwem.

Pewne tropy, choć może nie aż tak spektakularne, znajdziemy również w polskiej kinematografii. Chociażby w „Pannie Nikt” Andrzeja Wajdy, gdzie prosta wiejska dziewczyna, pragnąc zaimponować rówieśniczkom z metropolii, z czasem przebija je swoim wyrachowaniem i bezwzględnością, czy we „Wronach” Doroty Kędzierzawskiej, znakomitym studium dziecięcej samotności i skutkach niezaspokojenia naturalnej potrzeby miłości, które wyzwoliły w główne bohaterce pokłady agresji. Dobrym przykładem może być również oparty na książce Sławomira Łubińskiego miniserial „Ballada o Januszku” (1987). Tytułowemu Januszkowi miłości nie brakuje, a i tak rozwija w sobie skłonności, które ostatecznie doprowadzają go do zakładu o zaostrzonym rygorze. Wątki dotyczące zaburzeń zachowania znajdziemy również w takich filmach jak „Cześć, Tereska” (2001) Roberta Glińskiego, „Weiserze” (2002) Wojciecha Marczewskiego czy „Galeriankach” (2009) Katarzyny Rosłaniec.

Kadr z filmu "Galerianki" (fot. mat.pras.)

Świeże spojrzenie na ten temat z polskiej perspektywy rzuca „Plac Zabaw” (2016) Bartosza M. Kowalskiego, doceniony m.in. na festiwalach w San Sebastian i Gdyni. Twórca wprost mówi, że jego film traktuje o psychopatii dziecięcej. Reżyser bierze na warsztat historię, która wydarzyła się w latach 90. pod Liverpoolem i umieszcza jej akcję w polskich realiach, nadając jej nową, choć prawdziwie wstrząsającą, jakość. Oto dwójka chłopców – Czarek i Szymek, wydawałoby się w niczym nie odbiegająca od reszty rówieśników, dla „beki”, jak modnie dziś się to nazywa, upokarza koleżankę z klasy, a kiedy przychodzi wakacyjna nuda chłopcy decydują się na zbrodnię na niewinnym dziecku porwanym z centrum handlowego.

Kadr z filmu "Plac zabaw" Bartosza M. Kowalskiego (fot. mat.pras.)

Oprawcy sami nie potrafili wyjaśnić, wzajemnie się obwiniali. Armia detektywów, psychologów i biegłych nie ustaliła przyczyn. Były co prawda stereotypowe poszlaki: rozbita rodzina, oglądanie brutalnych filmów, gry wideo, itd. Ale to tylko spekulacje

 - mówi Kowalski w rozmowie z "Gazetą Polską Codziennie".

Zacząłem szerzej zgłębiać tematykę zaburzeń zachowań, dokumentować przypadki psychopatii dziecięcej. Zacząłem od Internetu, sięgnąłem po odpowiednią literaturę i zrobiłem wywiady z biegłymi sądowymi. Okazało się, że problem dziecięcej psychopatii istnieje, ale mało się o nim mówi

 - dodaje.

Nieco mniejszym tabu są zaburzenia emocjonalne wśród nastolatków - objawiające się depresją lub chwiejnością emocjonalną, charakterystyczną dla coraz częściej diagnozowanej osobowości z pogranicza – borderline. Świadczy o tym urodzaj filmów o tej tematyce w kinematografii światowej i rodzimej. „Kochankowie mojej mamy” (1985) Radosława Piwowarskiego, „300 mil do nieba” (1989) Macieja Dejczera, „Pokolenie P” (2001) Erika Skjoldbjaerga, „Biały Oleander” (2002) Petera Kosminsky'ego, „Ucieczka w milczenie” (2004) Jessiki Sharzer czy serial „Skins” (2007-2013) Bryana Elsleya i Jamie Brittain to zaledwie nikły procent obrazów, w których występują dzieci-bohaterowie, które z powodu ponadprzeciętnej empatii i konieczności szybszego wejścia w dorosłość, na pewnym etapie życia przeżywają coś, co moglibyśmy śmiało nazwać depresją (choć psychotyzm-neurotyzm to raczej dymensja niż dychotomia, w związku z czym do powyższej listy można by dorzucić część tytułów wymienionych przy zagadnieniu dotyczącym tzw. psychopatii). 

A jednak, mimo że o wiele łatwiej przyznać się do depresji (a dzięki licznym kampaniom społecznym jest to z dnia na dzień coraz mniej stygmatyzujące) niż skłonności psychopatycznych, gorąco dyskutowany w ostatnim czasie serial „Trzynaście powodów” (2017)  Briana Yorkeya wywołał wiele kontrowersji. Podzielił widzów na tych, którzy w pesymistycznym finale widzą ostrzeżenie i na tych, którzy są oburzeni tak realistyczną sceną samobójstwa głównej bohaterki.  Rzeczywiście, można podać w wątpliwość, czy tak drastyczny finał poprzedzony mroczną, ale jednak opakowaną we współczesne błyskotki narracją, nie okaże się dla niewyrobionego jeszcze umysłu (serial przeznaczony jest dla widzów od 16. roku życia – ale czy tak naprawdę ktoś to jeszcze kontroluje?) tragiczną w skutkach inspiracją. Rodzi to jednak odwieczne pytanie, czego tak naprawdę oczekujemy od kina? Pokazania prawdy, ale tylko do pewnego momentu? Czyżby niektórzy nie wiedzieli, albo nie chcą wiedzieć,że nieleczona depresja może doprowadzić do samobójstwa? Zdaje się, że przywykliśmy do jednego scenariusza, gdy mowa o tej chorobie (tak, chorobie – jak nowotwór czy reumatyzm): jako widzowie jesteśmy skłonni zaakceptować najcięższe nawet historie zmagających się z depresją bohaterów, o ile kończą się one happy endem, a nieobliczalna dotąd Lisa z „Przerwanej lekcji muzyki” (1991) Jamesa Mangolda, po opuszczeniu szpitala psychiatrycznego zakłada rodzinę i zaczyna uczęszczać na niedzielne msze. Niestety, istnieje też alternatywny, mniej optymistyczny scenariusz, w którym bohater poddaje się i doprowadza do tragedii – czyjejś lub własnej. 

Podobne zresztą zarzuty musiał odpierać Kowalski co do omówionego wcześniej „Placu Zabaw”. Ze względu na realistyczny, zaserwowany bez znieczulenia finał filmu, jeden z widzów po projekcji próbował opluć reżysera, pojawiły się nawet groźby śmierci. Istnieje pokusa, by spytać, czy paradoksalnie, w obliczu epatowania patologią o takiej skali, złość na twórcę nie jest zdrową reakcją. W przytaczanym wywiadzie Bartosz M. Kowalski, na tak sformułowaną tezę odpowiada:

A może oburzajmy się na to, że takie rzeczy dzieją się pod naszym nosem? Dlaczego tego nie robimy? Otwieramy gazetę, informacja o nowym samochodzie celebryty jest tuż obok gwałtu na noworodku, oba newsy czytamy w podobnym zobojętnieniu. Może westchniemy, pokręcimy głową i po chwili problem znika z naszych głów. I to jest do przyjęcia? A przecież „Plac zabaw” to film, przy którego realizacji nikomu włos z głowy nie spadł. A sama historia wydarzyła się naprawdę, Do tego opowiedziana jest z daleka, bez szczegółów, bez krwi i flaków – do których przecież na co dzień wsuwamy popcorn w kinie

Trudno się z nim nie zgodzić.

Hannah Baker, Laura Palmer, Czarek i Szymek z „Placu Zabaw” – choć ci bohaterowie są tak różni, łączy ich jedno: prowadzili, często za cichą zgodą ich zajętych walką o byt rodziców, podwójne życie, które doprowadziło do smutnego finału. Jak bumerang powraca pytanie - kto zawinił? Przyczyny mogą być bardzo złożone – od dysfunkcyjnego środowiska po uwarunkowania biologiczne. Nie sposób rozstrzygnąć tego w sposób zero-jedynkowy.

Niektórzy psychologowie lubią mówić, że każdy z nas „ma w sobie wszystko” – wszystkie cechy, które można przypisać ludziom stabilnym i niestabilnym psychicznie. Dopóki utrzymują się one w pewnej równowadze, nic poważnego nam nie zagraża. Problem pojawia się, gdy jedna z części zaczyna destrukcyjnie przeważać nad resztą. Według tej teorii neurotyczna Hannah Baker czy socjopatyczny Szymek są w każdym z nas – w jednym w zaledwie dwóch procentach, w innym – w dziewięćdziesięciu. O tym, jak szybko zorientujemy się, że stajemy się nimi my sami, czy ktoś z naszego otoczenia – znajomy, uczeń, czy wreszcie nasze dziecko – decyduje tylko i wyłącznie nasza uważność. 

Kto wie, może gdyby ktoś w porę zdecydował się „porozmawiać o Zuzi” czy Kamilu z Rakowisk, zbrodni, która wstrząsnęła całą Polską, można by było uniknąć. Bez względu na to, w jakim kinie gustowali młodzi mordercy.