"Botoks” przypomina program w stylu „Mam talent”. Na scenę wchodzi kolejny kandydat, który chce zaprezentować coś więcej, zaskoczyć mocniej, zszokować bardziej. Najpierw gołąb wylatuje z przebitego balonu, potem pojawiają się dzieci mówiące brzuchami, a pani pokazuje trzecie oko z tyłu głowy. Publika jednak chce więcej, jury zdaje się coraz bardziej znudzone. Pojawiają się więc kochanka ufoludka, mężczyzna z dwiema głowami i kobieta chodząca po suficie.

Według takiego klucza Vega stworzył swój film. Zrobił ponaddwugodzinny teledysk ze scen patologii, wynaturzeń i obrzydliwości. W 123. minucie kolejne zwłoki dziecka na tacy przestają robić wrażenie. Przepis na „Botoks” jest prosty. Trudno zliczyć, czy pojawia się w nim więcej wariatów, czy trupów. Vega podkreślał przed premierą, że każda scena zaczerpnięta jest z życia. Jeśli przyjąć to za fakt, to dowiemy się o mordujących lekarzach, przekrętach z lekami, skorumpowanych doktorach i nielegalnych aborcjach. Sprawdzimy, jak przeprowadza się operacje plastyczne kobiecych narządów rodnych, jak wygląda cesarskie cięcie i gdzie sprzedać komórki jajowe, by mieć 41 dzieci.

Kilka wątków losów bohaterów, które chciałoby się nazwać dramatycznymi, giną w zalewie krwi pacjentów i innych płynów fizjologicznych. Tak jakby Vega stanął w szranki ze Smarzowskim w zawodach na to, kto umieści więcej zwłok na metrze kwadratowym filmowego planu i kto wymyśli bardziej odrażającą scenę molestowania seksualnego. Jednak cytując położnika, który „sprząta” w papierach po śmierci pacjentki – nie traćmy poczucia humoru! Być może Vega chce „Botoksem” walczyć z programem Rodzina 500+. Kto po takim seansie będzie chciał jeszcze rodzić dzieci? A te z kobiet, które się jednak zdecydują, nie będą mogły liczyć na obecność mężów przy porodzie.