– Z przestrzeni publicznej powinni zniknąć Kopacz, Tusk, Sikorski, Arabski, Klich. Ci wszyscy ludzie mają krew na rękach i są umoczeni po uszy w tragedię, którą nam zgotowano po katastrofie – podkreśla Janusz Walentynowicz, syn śp. Anny Walentynowicz, w rozmowie z „Gazetą Polską Codziennie”. 

Czy mógłby Pan przypomnieć, jak Rosjanie potraktowali ciało Pana śp. mamy?
Kiedy identyfikowałem mamę w Moskwie, było to rozpoznanie stuprocentowe. Oprócz mnie mamę rozpoznał dr Książek oraz rodzina śp. Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej. Żadnej pomyłki być nie mogło.

Mama była umyta, włosy były lekko zabłocone i czuć było na nich paliwo. Była w całości, nie miała żadnych obrażeń zewnętrznych. Jedyne, czego brakowało, to pieprzyka pod nosem, który w jakiś sposób został zerwany i w tym miejscu była ranka. W Moskwie ciało było dobrze przygotowane do identyfikacji.

Czyli, zasadniczo, w Moskwie było wszystko dobrze?
Tak. Kiedy rozpoznałem mamę i miałem pewność, że to ona, dostałem informację od Kopacz, powtarzaną przez Arabskiego, że trumny nie będą otwierane. Pozwolono nam dołączyć do ciała perłowy różaniec od papieża.

Pierwsze niejasności pojawiły się przy okazji ekshumacji śp. Zbigniewa Wassermanna. W dokumentacji medycznej opisano narządy, których już nie miał. W 2012 r. spłynęła dokumentacja mojej mamy i było dokładnie to samo – opisano narząd, którego od wielu lat nie miała. Zażądaliśmy natychmiastowej ekshumacji. Wtedy kłamca płk Szeląg poinformował nas, że prokuratura podjęła decyzję. Z góry wytypowali dwa groby – w Gdańsku i w Warszawie. Skąd wiedzieli? To był 2012 r. Szeląg, Kopacz i cała banda, już we wrześniu 2010 r. wiedzieli, że są zamienione ciała w trumnach.

W grobie mojej mamy leżała śp. Teresa Walewska-Przyjałkowska, a w jej grobie spoczywało inne ciało, które – z góry założono – należało do mojej mamy. Po odwinięciu ciała z ohydnej czarnej folii budowlanej, okazało się, że to ciało praktycznie nie miało głowy – strzępy skóry z włosami i trochę kości czaszki. Nic się nie zgadzało. Było otwarte złamanie lewej nogi, otwarta rana na lewym ramieniu oraz nie było blizny pooperacyjnej, którą miała moja mama po prawej stronie. Była blizna po lewej stronie, zdecydowanie większa. Już wtedy zgłaszałem, że to nie jest ciało mojej mamy. To nie było ciało, które identyfikowałem w Moskwie.

Badania genetyczne potwierdziły, że to moja mama. Niekoniecznie zostały sfałszowane, ale nie wiem, co zostało przebadane. Uznali osobę, która spoczywa u nas w grobie za Annę Walentynowicz, chociaż tak nie jest. To ciało było brudne, jakby wyjęte z błota i zawinięte w folię. Był różaniec, ale nie nasz, widziałem go pierwszy raz na oczy. Były fragmenty trawy, gałązek, a w plecach tkwiła główka metalowego nitu.

Cała rozmowa z Januszem Walentynowiczem w dzisiejszym wydaniu „Gazety Polskiej Codziennie”.