No i jak Państwo myślicie? Grecja nie zbankrutuje, a Hiszpania się uratuje, Włosi dadzą sobie radę? No, Polacy, to wiadomo, naród cierpliwy, od stuleci przywykły do okupacji, jak nie tej, to tamtej. Zadowolony z życia, co wykazują badania instytutu dobrych wieści CBOS, a nawet jak nie zadowolony, to mówi sobie: nie takie worki na plecach targałem. I targał, nie da się ukryć. I jest wyćwiczony w bojach o byt, lepszy albo gorszy, ale zawsze jakiś. Żyjemy w nowej rzeczywistości, z którą nie jesteśmy w stanie się zmierzyć. I dlatego odpuszczamy, niech się władza martwi. Nie my jedni, choć wyjątkowo upośledzeni przez historię. W podobnym duchu oceniają swoją sytuację Niemcy, Francuzi i bankruci. Skąd się to bierze? Ano z tej osobliwej rzeczywistości, której nie sposób zrozumieć, więc trzeba ją zaakceptować.
Prało się w balii, szorowało na tarze
Jest w niej wiele pozytywów, tak zwanych zdobyczy technicznych ułatwiających życie. A nawet takich, bez których nie można się obejść. Weźmy dla przykładu nagłą i długotrwałą awarię prądu. Taką miesięczną, a nawet krótszą, tygodniową. Włos się jeży na głowie na samą myśl o takiej katastrofie. A jeśli spadnie ona na całą Europę albo większość świata? Nie działają lodówki, nie można oglądać ulubionych polskich seriali ani dzienników wiodących telewizji państwowych, TVN, Polsatu czy TVP. I co gorsza, wysiądą komputery, człowiek światowy nie będzie mógł wymienić na Twitterze poglądów ze światowym ministrem spraw zagranicznych III RP Radkiem Sikorskim. I nawrzucać mu, ile wlezie. A on – nawrzucać z wzajemnością. Nie będzie można ugotować wody na herbatę i uprać odzieży, komórki przestaną działać, bo nienaładowane. A tu dziecko nasze nie może żyć bez SMS-ów, które decydują o jego zainteresowaniach i kontaktach koleżeńskich.
Należę do pokolenia, które musiało żyć bez prądu. Po repatriacji z Wileńszczyzny zamieszkaliśmy w miejscowości wskazanej nam przez władzę ludową. Nie było prądu, świeciliśmy lampami naftowymi, radio było na kryształki, więc było go słychać tylko trochę, na węglowej kuchni grzało się wodę na pranie i gotowało białą bieliznę. Mydło do mycia było szare, ale nie wywoływało alergii. Prało się w balii, szorowało na tarze. A potem suszyło w obejściu na słońcu. A w zimie na strychu. W ogrodzie rosło wszystko, czego dziś dusza zapragnie, a do ulubionych przysmaków dzieci należała młoda marchewka wyciągnięta z grządki. Nie pryskanej. Młoda marchewka, nie myta, wytarta o sukienkę. Samo zdrowie. Mogłabym tak w nieskończoność wymieniać niedogodności życia w powojennej Polsce, ale nie o to chodzi. Ważne, czy jesteśmy gotowi na znoszenie niewygód i walkę z przeciwnościami losu. Nie tylko wielkimi, tragicznymi, ale i z tymi zwykłymi, do których człowiek powinien być przygotowany, a przede wszystkim wychowany do samodzielnego i odpowiedzialnego życia.
W czasach, które opisałam, nie było banków ani książeczek oszczędności. Gotówki też było niewiele. Człowiek nie musiał się martwić stanem oszczędności, bo ich nie posiadał, a skoro nie posiadał, nie brał kredytów. Najwyżej otrzymał pożyczkę w zakładzie pracy, którą mu strącano z pensji w miesięcznych ratach. Mógł też kupować na raty, jeżeli było co. A dziś? Zadłużamy się po uszy, a nawet wyżej, i wzbogaceni o nowy dom i wypasiony samochód oraz wszystkie atrybuty nowoczesnej elektroniki mamy żal do świata, że każe nam te kredyty spłacać. I kiedy już nie mamy z czego, bo los nas skrzywdził redukcją etatów, popadamy w rozpacz, z wszystkimi jej konsekwencjami – rozpadem rodziny, nałogiem, samobójstw nie wykluczając.
Pokolenie egoistów
Jaka z tego płynie nauka? Ano taka, że nie wszystko jest nam dane raz na zawsze. I aby móc się zmagać z losem i coraz bardziej skomplikowaną rzeczywistością, musimy być przygotowani na wszystko, nawet na najgorsze. Trzeba zacząć od wychowywania dzieci. One powinny umieć sprzątnąć mieszkanie, ugotować strawę i zrobić zakupy. A jak to wygląda dziś? Dzieci mieszczuchów, prawdziwych i tych ze wsi, są pokazową hodowlą nierobów, przygotowywanych do pełnienia roli ludzi sukcesu, zatem sprzątanie po sobie i ugotowanie posiłku to czynności poniżające i godne służącej, a jak jej nie ma, to rodziców. Bo od tego są, wszak latorośle nie prosiły się na świat. Jest też wiele innych czynności wymagających niewielkiego wysiłku fizycznego, którymi potomkowie społeczeństw europejskich pogardzają. I dlatego mamy do czynienia z pokoleniem singli, dla których wyprowadzenie się od mamy i taty na swoje, a co gorsza założenie rodziny, to wysiłek przekraczający możliwości, a przede wszystkim chęci. Chęci życia na własny rachunek, zarabiania, jeśli jest praca, na siebie i bliskich, nie tylko na egoistyczne przyjemności, i nieunikania odpowiedzialności za drugiego człowieka.
To nie jest nic nowego. No, może jeszcze w Polsce, ale nie w świecie zachodnim, do którego podążamy, naśladując tendencje dominujące za granicą. A mają one decydujący wpływ na spadek przyrostu naturalnego, komplikacje spowodowane późnym macierzyństwem i starzenie się społeczeństw. Na tym tle wybija się zdumiewająca niezaradność młodych ludzi, którzy są nastawiani przez swoich rodziców na łatwy sukces zawodowy, uzyskany łatwym wykształceniem na byle jakiej prywatnej uczelni. Problem pojawia się, gdy dziewczyna czy chłopak zaczynają poszukiwać pracy. Nie mają żadnego fachu w ręku poza dyplomem magistra i słusznym poglądem na świat, który ma być przyjemny, beztroski i naszpikowany gadżetami.
Smutna rzeczywistość XXI wieku
Czy piszę to wszystko po to, żeby udowodnić, że tamto powojenne życie było lepsze, a to dzisiejsze jest gorsze? Nic podobnego. Ja tylko chcę zwrócić uwagę na rosnącą niezaradność młodych ludzi, zaprogramowanych na życie w wygodach i dobrobycie, w egoistycznej wierze, że im się wszystko należy. I że tak będzie zawsze. Oczywiście są w naszym kraju – i nie tylko – ludzie biedni i bardzo biedni. Nie z powodu światowego kryzysu, ale tak im się w życiu ułożyło. Nie stać ich na gadżety i często na godne jedzenie. To emeryci, grzebiący w śmietnikach w poszukiwaniu kawałka chleba. To rodziny wielodzietne w wielkich miastach i na prowincji, żyjący w nieludzkich warunkach, zapomniane przez państwo, pogardzane przez lewaków, którzy liczną rodzinę traktują jak społeczny margines niegodny uwagi. A wielu młodych singli uważa takich ludzi za frajerów, co to nic nie umieją robić poza bachorami.
Taka jest właśnie rzeczywistość początków XXI w. Pełna sprzeczności, wyprana z zasad i wielce niepewna. A żyją w niej zadowoleni z siebie ludzie, całkowicie nieprzygotowani na ciężkie czasy. I coraz bardziej niewrażliwi na zjawiska moralnego upadku całych generacji, upadku kultury i sztuki, upadku cywilizacji europejskiej.
Na koniec świata, który uważaliśmy za normalny, przyjazny i w jakiś sposób uporządkowany.
Stan ten ma swoje odbicie w mediach, w polityce, w stosunku do drugiego człowieka. I wyraża się w spłycaniu prawdziwych problemów lub zastępowania ich bulwarowymi rewelacjami serwowanymi dla tępaków.
Oto moje najnowsze wrażenia. Od samego rana stacje telewizyjne pompują w naród sensacje o zwolnieniu ze stanowiska szefa Narodowego Centrum Sportu, który jakoś się tam nazywa, ale nie ma komentarzy na temat kolejnego seryjnego samobójcy, jednego z dwóch najważniejszych świadków katastrofy smoleńskiej. Ten technik pokładowy miał tylko 42 lata, a prokuratura natychmiast wyjaśniła, że odebrał sobie życie. Poza tym roi się od wypowiedzi rozmaitych speców na temat straszliwej przemocy wobec dzieci w jakimś żłobku. Jedna z wychowawczyń miała powiedzieć do ofiary: „pupa nie szklanka” i to wywołało falę oburzenia rodziców i mediów. Moje oburzenie wywołuje fakt puszczenia na żywioł problemu żłobków, mogą je zakładać wszyscy, dzieci pielęgnować może każda dziewucha, która wyrazi na to zgodę.
W naszym kraju jest nieporównanie gorzej niż za granicą na Zachodzie, ponieważ dopuszcza się wszelkiego rodzaju nadużycia, i to w majestacie prawa, zgodnie z przepisami. Jak to jest możliwe? Ano tak, że nasza III RP jest zarządzana przez ludzi, którzy wychodzą z założenia, że jakoś to będzie, jakoś da się to załatwić, jakoś się uniknie odpowiedzialności, byle tylko się nie przejmować. Ludzie już tacy są, ponarzekają, ponarzekają i przestaną.
A jak zabraknie prądu, będziemy rąbać drzewa i palić ogniska. Tylko że gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Na wszystkich, z władzą włącznie.